Atak spokoju, czyli Polak się oburza

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Wychodziłem z filmu „Atak paniki” w doskonałym humorze, w stanie ekstazy niemalże, zadziwiająco przychylny ludzkości i przerażająco empatyczny, tak bardzo, że dałem nawet dychę ulicznej muzykantce zaciekle rzępolącej w przejściu podziemnym – ja w zasadzie nie daję ulicznym grajkom, albowiem niebywale grają mi na nerwach. To znaczy dawałbym, gdyby grali własne kompozycje, przez siebie ułożone melodie i własną ręką napisane teksty; niestety z maniackim uporem powielają szlagiery.

Z „Atakiem paniki” rzecz poniekąd podobna: znakomite to dzieło, ale jednak jakbym już gdzieś je widział, ściślej – widziałem już „Atak paniki”, oglądając kiedyś argentyńską czarną komedię „Dzikie historie”, i to skojarzenie towarzyszyło mi w czasie całego pokazu. Ponoć reżyser Paweł Maślona odrzuca oskarżenia o głęboką inspirację argentyńskim filmem, na dowód swej oryginalności wyciąga papiery dowodzące, że scenariusz jego dzieła powstał przed premierą argentyńskiego. Nie wykluczam tego, jestem w stanie Maślonie uwierzyć bez zastrzeżeń, nic jednak nie poradzę, że oglądając „Atak paniki”, myślałem o „Dzikich historiach”, gdzie panna młoda wpadała w prawdziwy szał, ze swojego wesela czyniąc niemal jatkę – w „Ataku paniki” panna młoda wyłącznie rodzi, a i sam poród trzeba uznać za zadziwiająco wstydliwie pokazany, choć mógłby być pretekstem do spektakularnej katastrofy, jaką na ekranie pragnęlibyśmy zobaczyć. U Argentyńczyków dwóch kierowców wpadało w taki obłęd, że toczyli walkę na drodze na śmierć i życie – w sensie dosłownym, jako że obaj finalnie zginęli. Tam to dopiero się prawdziwe ataki paniki działy, tam złość, frustracja, szaleństwo znajdowały miejsce erupcji, „Dzikie historie” wyzwalały i oczyszczały do spodu.

Oglądając film Maślony z narastającym poczuciem niepokoju zwiastującym panikę, skonstatowałem, że na ekranie nikt nie ma prawdziwego ataku paniki, to są jedynie małe nerwówki, zwykłe napięcie, poczucie braku komfortu, ale prawdziwa widowiskowa panika? Nic z tego. Można powiedzieć, że bohaterowie Maślony nerwy trzymają na wodzy i zachowują się nad wyraz powściągliwie. Małżeństwo, obok którego zasiada w samolocie irytująco gadatliwy i nieprzyjemnie gruby facet, który na dodatek uprzykrzy lot swoją śmiercią, reaguje na tę sytuację z iście stoickim spokojem. Młoda dziewczyna zajmująca się chałupniczymi występami w internetowych pornosach, gdy zostanie niemal nakryta przez nalot koleżanek na jej mieszkanie, jedynie jakieś grymasy czyni, oczami przewraca, ale przecież nawet w prawdziwy szał nie wpada, żadnego pokazu histerii nie urządza. Kelner klinicznie uzależniony od gier komputerowych, gdy staje się obiektem szantażu ze strony jakiegoś internetowego bandyty, wyrzuca z siebie kaskady bluzgów, ale to nie jest żadna panika, to jest naturalne, codzienne zachowanie większości społeczeństwa w trakcie rozmów telefonicznych – paniki tu ani śladu.

A jednak, czując dojmujący brak brutalnych doznań w „Ataku paniki”, będąc niemal zaszokowanym grzecznością tego filmu, odczuwałem zarazem rodzaj ukojenia i rozlewała się we mnie niedostępująca mnie na co dzień życzliwość. Brało się to stąd zapewne, że mimo iż żyjemy w czasach permanentnej wściekłości, nierozładowanego napięcia, bulgoczącej nienawiści, to na ekranie dostaliśmy obraz społeczeństwa, które nawet w sytuacji skrajnego stresu umie zachować się wyjątkowo kulturalnie i przyzwoicie, powściągliwie i szarmancko nieomal. Oglądając nieodmiennie znakomitą Magdalenę Popławską w roli znerwicowanej pisarki zasiadającej do obiadu z byłym już po prawdzie mężem, spodziewałem się fenomenalnego wybuchu histerii, gdy tymczasem dostałem rozmowę zadziwiająco zduszoną i z paniką nie mającą nic wspólnego – gdyby ludzie w takim stylu się rozwodzili, nie mówiłoby się w ogóle o traumie rozwodu.

Z „Ataku paniki” taka płynie nauka, że jesteśmy narodem wyjątkowo opanowanym i mocno ściągającym lejce emocji, albo też, że nie powstał film, który by pokazał prawdziwe emocje w Polakach buzujące. Do tej pory dostawaliśmy głównie albo filmy głębinowo mroczne, albo komedie o typie humoru koszarowym, które z humorem jako takim relacje miały niezwykle luźne. Zasadniczym problemem zdaje mi się obumarcie poczucia humoru, żyjemy w epoce śmiertelnej powagi, wzdymania się, obrażalstwa, naburmuszenia. Wyjście z impasu widzę jedno tylko: byłbym za tym, aby lewicowcy zaczęli wreszcie śmiać się z lewicy, a prawicowcy z prawicy – lubię czasami pobawić się w utopijne fantazje. Czy byłby możliwy w Polsce taki film jak angielskie „Party”, gdzie jak najbardziej lewicowa reżyserka znęca się nad hipokryzją lewicowej elity? „Party” to jest w zasadzie teatr telewizji, mimo iż zbierający brytyjski gwiazdozbiór aktorski, jednocześnie kameralny tak bardzo, jak tylko kameralny w ogóle może być film kinowy, a jednocześnie emocje, jakie tam eksplodują, wypełniłyby dziesięć „Ataków paniki”. Czy zatem możemy wyobrazić sobie w Polsce wściekłą komedię ukazującą obyczajową i światopoglądową hipokryzję (czy mamy utalentowanych lewicowców umiejących się zaśmiać z lewicy?). Czy też jakiś utalentowany prawicowy reżyser (czy są w tym kraju utalentowani prawicowi reżyserzy, czy w ogóle są tu jacyś utalentowani prawicowi artyści?) nakręciłby przezabawną i bezbrzeżnie śmieszną komedię o prawicowcach? Czy w ogóle możliwy jest w rodzimej kinematografii film polityczny będący wyzwalającą komedią, i to jeszcze komedią nadzwyczaj inteligentną?

Widziałbym też komedię o polskich faszystach, faszyści – osobliwie ci, którzy jeszcze nie doszli do władzy – mają ogromny potencjał komediowy i spodziewam się, że prawdziwie śmieszna komedia o polskich wielbicielach Hitlera więcej by zdziałać mogła niż słuszne przecież głosy potępienia. Adolf Hitler wedle wszelkich relacji pozbawiony był poczucia humoru w sposób fundamentalny, spodziewam się, że wszyscy jego polscy pogrobowcy także cierpią na ten przykry deficyt. Wedle wspomnień Augusta Kubizka, przyjaciela Hitlera z młodości i w zasadzie jedynego przyjaciela, jakiego Hitler miał w życiu, młody Adolf potrafił się fascynować, potrafił nawet płomiennie się zakochać, jeszcze lepiej się wściekał i nienawidził, jednej rzeczy tylko nie umiał – śmiać się. Wszystko traktował ze śmiertelną powagą, albowiem każdy dyktator, nawet jak jeszcze dyktatorem nie jest, nie posiada gruczołu czy też enzymu odpowiadającego za absorpcję żartów. A każda dyktatura nasamprzód stara się wszelkie przejawy komizmu z życia wyplenić, albowiem to, czego się boi panicznie, to śmiech. Śmiech znaczy dla niej ośmieszenie, a ośmieszenie nie tylko jest klęską, ale i nieodwołalnym i niezmywalnym poniżeniem. Czy zatem dałoby się nakręcić wściekle śmieszną i w świetnym guście komedię o polskich rasistach, miast wciąż katować się niedorzecznymi podróbkami komedii romantycznych, które obok rzeczywistości nawet nie przechodziły?

Jak wiadomo, naczelnym uczuciem przepełniającym Polaków jest oburzenie – nieustająco wszyscy są oburzeni, tutaj nawet można oburzyć się na dziennikarzy, że ujawnili zupełnie niedowcipną działalność polskich nazistów. Czyż nie byłaby śmieszną komedia o nieustającym polskim oburzeniu? Naturalnie, że dotyczy to zarówno prawicy, jak i lewicy, ale prawica oburza się, jak wiadomo, ładniej, a nawet bardziej straceńczo – nie ma lepszego tematu na wyzwalającą komedię niż prawicowe oburzenie.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.