Rozpacz i złość, czyli wyniosłość Máraiego

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Na tylnej okładce trzeciego tomu „Dziennika” Sándora Máraiego, który właśnie się ukazał w wielkim jak zawsze tłumaczeniu Teresy Worowskiej, swoje osobiste polecenie daje nam inny sławny diarysta Szczepan Twardoch, rzucając takie perły: „Pomiędzy epizodami bezradnej goryczy i gniewu dziennik Máraiego wypełnia przede wszystkim pogodna melancholia, w której najwyraźniej widoczna jest wielkość i krystaliczna czystość tej literatury”. Pogodna melancholia, żabusiu? W istocie? Trochę gniewu, trochę goryczy, ale nade wszystko pogodna melancholia? Czytałeś ty, kochasiu, cały ten trzeci tom „Dziennika” czy poprzestałeś na pobieżnym kartkowaniu? Miałeś ty go w ogóle w ręku czy coś tam pamiętałeś z jednotomowego wyboru, jaki się w Polsce pojawił 14 już lat temu? Bo jeśli ktoś nieco skrupulatniej ten trzeci tom przeczyta, to wiedział będzie, że tam jest rozpacz, złość, frustracja i nienawiść niemal, a to, co nazywasz „pogodną melancholią”, to jest studzienna deprecha i poczucie nadchodzącej klęski życiowej.

To zapiski z lat 1957-1966, z emigracji amerykańskiej, gdy pisarz zostaje obywatelem Stanów Zjednoczonych. Márai Ameryki nie polubił, nie cierpiał jej wręcz, nieustanną wojnę prowadził z amerykańską kulturą masową, nawet z powieścią popularną walczył niczym Rycerz Smętnego Oblicza ze skrzydlatymi budowlami, zajadle postponował współczesnych amerykańskich pisarzy, w zasadzie najbardziej lubił pisarzy nieżyjących – znana postawa u literatów, nieżyjący pisarz nie stanowi bezpośredniej konkurencji w wyścigu po zachwyty czytelnicze. Márai w Ameryce był w zasadzie pozbawiony konkurencji w tym sensie, że i tak nic mu tam nie chcieli wydawać. Z tej także przyczyny nie znosił gwiazdorów list bestsellerów i całej Ameryki jako takiej. Mimo iż z roku na rok, z wpisu na wpis poczuwał się coraz silniej do bycia Amerykaninem, to więcej niż dystans wobec nowej ojczyzny zachowywał. W swej wielkiej antyamerykańskiej tyradzie powoływał się nawet na Talleyranda, który pod koniec XVIII wieku pisał, że „Ameryka jest tak strasznie nudna, że wolałby już nawet mieszkać w Krakowie”.

Był Márai twardą jak stal czołgowa konserwą, głosował na Republikanów i w pogardzie miał Kennedy’ego, był więcej niż pryncypialny i był bardziej niż protekcjonalny, osobliwie, jak pisał o wyzwalających się na niepodległość byłych koloniach w Afryce – stworzył monumentalne dzieło, przy którym zapiski poczciwego Gombrowicza to humor zeszytów szkolnych, ale jednakowoż stworzył dzieło, które przeraża. Widać, że mamy do czynienia z umysłem potężnym, lecz jest to – pozwolę sobie na frywolne porównanie – potęga dywizji pancernych Guderiana.

Dajmy na to proces Eichmanna mu się wyraźnie nie podoba, uważa go za „niebezpieczny eksperyment”, pisząc zdanie co najmniej konfundujące: „Żydzi będą musieli sobie odpowiedzieć na pytanie, co jest przyczyną antysemityzmu”. Znaczy, że antysemityzm, owszem, okropna rzecz, ale jednak z jakiegoś powodu się tak rozwinął i sami Żydzi muszą się zastanowić, z jakiej przyczyny Eichmann i jemu podobni postanowili Żydów wymordować do ostatniego. To znów pogodna melancholia wielkiego Węgra, takie dywagacje? Nie idzie o to, że Máraiemu podobali się naziści, jemu nade wszystko nie podobali się bolszewicy – czyżby z tej przyczyny, że naziści mu większej krzywdy osobistej nie uczynili, w przeciwieństwie do Sowietów? Nazizm nie był dobry, ale komunizm gorszy, bo komunizm dąży do władzy nad światem. Nazizm nie dążył? Chciał sobie tylko lokalnie porządzić, trochę nabroić, może przesadnie, no ale jednak nie tak jak bolszewizm? Powieszenie Eichmanna też mu się nie podobało – nie mówi wprost, ale zdać się może, iż uważa to za zbrodnię sądową. Im dalej w gęstwinę zapisków, tym twarz nam bardziej tężeje. Jedzie Márai na piękny Cape Cod, a tam znów Murzyni, „przyjeżdżają wielkimi autami, zachowują się bez zarzutu, ale są Murzynami”, i nie ma w tym żadnej ironii, na tle wielkich pisarzy węgierskich minionego wieku był Márai wybitnie pozbawiony ironii. Ameryka byłaby lepsza, gdyby w niej tylu Murzynów nie było? Murzyni „jeszcze długo nie będą cywilizowani (…) nie są zdolną rasą”, teraz jeszcze chcą niepodległości w Afryce, a jak ją dostają, to nic stworzyć nie potrafią, na dodatek zjadają swoich ministrów. Powiem coś dziwnego: to nie rasizm, to niepojęta wręcz wyniosłość. Kiedy Márai zaczyna krzepnąć w Ameryce, kiedy powoli zapomina, a przynajmniej nie tak często myśli o swych niedolach, nędzy, upokorzeniach, tym częściej powraca jego niebosiężna wyniosłość, jego coś więcej niż pogarda, bo jego arystokratyczność kulturowa. Tak bardzo nienawidzi kultury popularnej, że wpada w natręctwo i chodząc po ulicach, powtarza sobie: „Trzeba ogolić Beatlesów na łyso” – w zasadzie to jest główny przekaz tych „pełnych pogodnej melancholii” zapisków: wściekłość na żywych tworzących, albowiem geniusze to tylko ci, którzy już nie żyją. Jako i Márai wciąż umiera na kartach „Dziennika”, choć do samobójstwa zostało mu ćwierć wieku. Jak się czyta Máraiego, to natychmiast chciałoby się rzucić do oglądania komiksów i hollywoodzkich filmów sensacyjnych, od razu puszczać punk rocka albo disco polo – wedle uznania.

Czy „wielka i głucha beznadzieja”, jakiej doświadcza w „Dzienniku” pisarz, to jest to samo, co „pogodna melancholia”? Owa melancholia doprowadziła go zresztą do samobójczego strzału w głowę w roku 1989 – najpierw stracił ojczyznę, potem żonę i adoptowanego syna, cały swój amerykański pobyt rozpaczał z powodu sowieckiego władztwa nad Europą Środkową (nad Węgrami ściślej), „Był przekonany, że słowiańscy komuniści dążą do wytrzebienia narodu węgierskiego przez wprowadzenie możliwości dokonywania aborcji”. Nieustannie w „Dzienniku” dawał do zrozumienia, że imperium komunistyczne rośnie, potężnieje, przy ogromnej pomocy zachodnich pożytecznych idiotów, względnie tchórzliwych cyników. Strzelił sobie w głowę akurat w tym momencie, gdy Związek Radziecki konał w konwulsjach, a Zachód wychodził z tej wojny 45-letniej zwycięsko.

Naturalnie, że kusi, kusi przemożnie, aby sobie pospekulować, jakie by dzisiaj miał Márai poglądy, ale kuszeniu temu się przeciwstawiam, jako przeciwstawiam się wszelkim spekulacjom w rodzaju „Gdyby Jan Paweł II żył, to byłby przeciw”, względnie „Gdyby Piłsudski żył, toby na to nie pozwolił”, jako i przeciwstawiam się zdaniom w rodzaju „Gdyby Lech Kaczyński żył, to nie podobałoby mu się to, co robi jego brat Jarosław” – nieżywi ludzie mają to do siebie, że w zasadzie nie prezentują wyraźnych poglądów wobec rzeczywistości i można przywoływać ich przekonania wyłącznie z czasów, kiedy żyli.

Pisze Márai, że „ojczyzna powinna być jak katedra, ale bywa jak kloaka”. No to ja ze swojej strony powiem, że nie tylko wizja kloaki mi nie pasuje ze względów oczywistych, ale i katedra budzi mój niepokój, ja bym chciał najbardziej, żeby ojczyzna była jak solidna kamienica. Katedrę buduje się sto lat, a może i dłużej, ale katedra następne kilkaset, a może i tysiąc lat postoi, kładąc się mrocznym cieniem nad całą okolicą. Kloakę można złożyć w jeden dzień, jeśli to kloaka wypasiona – w tydzień można pewnie największą i najwspanialszą kloakę wyfasować, ale jak się kloaka rozsypie, to i tak szambo po ziemi się rozleje. A w kamienicy można po prostu normalnie żyć.

Jedzie Márai na piękny Cape Cod, a tam znów Murzyni, „przyjeżdżają wielkimi autami, zachowują się bez zarzutu, ale są Murzynami

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.