Kazimierzem Kikiem Grzegorz Szymanik

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Profesor Kik -

Przyszedłem pana zrozumieć.

– To od razu powiem: jestem urodzonym buntownikiem.

Pan?

– Wszystko robię na przekór i dlatego ludzie nauki mnie nie lubią, myślą, że jestem zarozumiały.

A jest pan?

– Nie.

(– Kazik, ale trzeba mówić szczerze. Jak nie jesteś? Siebie uważasz za najmądrzejszego – rzuca z fotela żona Grażyna Kik).

Dobrze, ale jakbym nie miał o sobie wysokiego mniemania, tobym pewnie nie był naukowcem. Nie lubię też wchodzić w układy.

I dlatego ląduje pan zawsze tam, gdzie są zwycięzcy?

– To tylko tak wygląda z boku. Moje rozczarowanie elitami narastało długo. Zaczęło się od słów premiera Tuska o politologach. Powiedział, że od nas woli wybitnych spawaczy. Od tego momentu, tak uważam, politologia w Polsce upada. Szczerze, nikt mnie tak nie skrzywdził jak moje lewicowo-liberalne środowisko, warszawka. Nie lubią mnie, bo stąd nie wyrosłem. W cztery oczy to wszyscy koledzy „Kaziu, Kaziu...”. A za plecami wydłużali mi drogę do profesury.

Jak wydłużali?

– Jako że moja uczelnia w Kielcach nie miała prawa zgłosić mnie do profesury, drogę wybrałem najambitniejszą – wniosek poszedł przez Uniwersytet Warszawski. Uczelnia wysłała go do opiniowania i dostałem świetne recenzje mojej pracy o socjaldemokracji. W Centralnej Komisji ds. Tytułów wyznaczyli kolejnych recenzentów i znowu świetne opinie. Ale głosowania nie ma. Dwa lata czekałem, zagłosowali dopiero na ostatnim zebraniu w kadencji – i odrzucili, choć spełniałem wszystkie kryteria. A potem pracę wysłali do jeszcze jednego superrecenzenta, celowo wybrali nieprzychylnego – mnie, lewusa, dali katolikom z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, żeby katolicką ręką zniszczyli zakalca. I co? Dostałem na UKSW recenzję wyśmienitą. Wtedy zacząłem myśleć dobrze o katolickich profesorach, bo wznieśli się ponad, kiedy moi fałszywi przyjaciele chcieli mi dowalić. Ale mimo tej recenzji znowu kłody. Mieli cichą umowę: uwalić Kika. Bo Kik to taki mądrala, co chodzi po telewizjach, nie z naszych. To byli ludzie elit, ludzie układu. Musieli przyjść nowi ludzie, musiał prezydent Duda bezstronnie spojrzeć, żebym w końcu dostał profesora. Prezydent wręczył mi tytuł w lutym.

W międzyczasie zmieniło się też moje postrzeganie socjaldemokracji. Zorientowałem się, że to inna socjaldemokracja. Zliberalizowała się, nie ma już przy niej robotników – dołączyli do PiS. A kwestie socjalne, elektorat socjalny, są dla mnie najważniejsze. Te wszystkie strumyczki mnie doprowadziły do tego, że zacząłem popierać dobrą zmianę, rząd PiS, stałem się komentatorem rządowych mediów. Miałem więc sporo powodów, np. względy osobiste. Słyszę, że głównie osobiste.

– Czasem są dla mnie ważne.

(– Kazik, nie czasem, nie czasem… – rzuca z fotela żona profesora, pani Grażyna Kik).

W końcu 50 lat jestem politologiem i wierzę w siebie. Nie wierzę za to w tych, którzy nie wierzą we mnie. A teraz wielcy dyrektorzy instytutów i dziekani widzą, że jestem blisko dobrej zmiany, ich pieniądze z dotacji omijają. Ostatnio jeden zaprosił mnie na kolację.

Długo żywi pan urazy?

– Życie składa się z uraz.

Tak pan myśli?

– Lepiej tak myśleć. Mam doświadczenie w klęskach. Nigdy nie awansuję tak, jakbym chciał, w decydującym momencie zawsze dzieje się coś niedobrego, z kimś trzeba zacząć walczyć. Zrobić na przekór. Mam taką myśl od dzieciństwa: nie dam się, nie dacie mi rady. Zawsze się musiałem ze wszystkimi bić o swoje, wykroić sobie przestrzeń.

Profesor był chuliganem?

– No, byłem. Całe dnie się biliśmy. Katowice kontra Chorzów, pięćdziesięciu na pięćdziesięciu. Gazety o tym pisały. Do szkoły zazwyczaj nie chodziłem, ale czasem szedłem na cały dzień do punktu skupu makulatury, zamykałem się i lądowałem na dzikich stepach – sześć tomów Szyszkowa o kozakach „Jemielian Pugaczow”, trylogia Sienkiewicza, Karol May, gazety. Ucieczka od rzeczywistości. Choć w rzeczywistości też uciekałem, najpierw z rodzicami.

Przed czym uciekaliście?

– To są tylko domysły: urodziłem się po wojnie, w Gorzowie Śląskim, a potem od razu zaczęliśmy się tułać. Wieś Podjuchy pod Szczecinem, Łysogórki, Karlino, Stołczyn, Skolwin, znowu Szczecin. Podejrzewam, że rodzice bali się przesiedlenia, bo uważano ich za Niemców. Poznali się w Saksonii, matka z domu Zawadzka jeździła tam na saksy, czyli roboty. Rodzina ojca też wyemigrowała tam za pracą, z Niderlandów. Nigdy z nimi o tym nie rozmawiałem. A przestaliśmy się tak błąkać, akurat kiedy przesiedlenie już nie groziło. Miałem wtedy osiem lat. Zamieszkaliśmy w Katowicach.

Ojciec był górnikiem?

– Pracował w kopalni Wujek, ale na górze, bo bał się zjeżdżać. Matka zajmowała się sprzątaniem. Częściej była w szpitalu, chorowała na nerki, na serce i na oczy. W młodości na robotach przechodziła zimę prawie boso. A jak nie chorowała, to piła. Było nas, dzieci, pięcioro, a ja najstarszy. Mieszkaliśmy w suterenie, chodziliśmy po śmietnikach.

Panu pierwszy raz o tym opowiadam. Wcześniej nie mówiłem, bo było mi wstyd. Dopiero teraz, jak zostałem profesorem, poczułem się pewniej. Najbardziej pamiętam wieczory. Do dziewiątej albo dziesiątej brudni i głodni czekaliśmy na schodkach do piwnicy, aż ojciec wróci z roboty, jednej albo drugiej, bo zawsze gdzieś jeszcze dorabiał. Ludzie to zauważyli. Jak miałem dziewięć lat, to trafiłem do domu dziecka. Uciekałem.

Dokąd?

– Nocowałem w altankach i na strychach, bo jak pojawiłem się w domu, to zaraz znajdowała mnie milicja. Bułki kradłem. Chciałem z chłopakami jechać w Bieszczady i zakładać tam AK. Raz nawet ukradłem pistolet, z żołnierskiej stołówki. Wisiały na paskach i łatwo było zwinąć. Zrobili na mnie obławę. I tak to się toczyło, od 9. do 16. roku życia. Aż przyszedł moment, że wszystko mi się odmieniło.

Jaki to moment?

– Rok 1961. We trzech, z kolegami, chcieliśmy uciec do Legii Cudzoziemskiej. Mieliśmy po 15 lat. Przeszliśmy granicę i byliśmy już w Czechosłowacji. Od paru dni na kradzionych z sadów jabłkach, spaliśmy w stogu siana. Budzę się rano, w brzuchu burczy. Patrzę, a sto metrów dalej idą do szkoły dzieci. Takie wymyte, zadowolone, z ładnymi tornistrami. Pomyślałem, że w tornistrach mają pewnie drugie śniadanie. I popłakałem się. To było moje nawrócenie.

I co się stało?

– Wróciłem. To znaczy najpierw złapali mnie na granicy, ale uciekłem, znowu złapali – trafiłem do poprawczaka. Ale postanowiłem: koniec, do roboty! Na zwolnieniu półwolnościowym pracowałem w kopalni Wujek. W szkole w 1,5 roku wyszedłem na najlepszego ucznia. Zobaczyli, że jestem prymus, i dostałem zwolnienie warunkowe do domu. Miałem kuratora, bardzo mi na początku pomógł. Poszedłem do roboty jako pomocnik ślusarza, a ten ślusarz był cham okropny. „Dziewiątkę przynieś! Nie to, kurwa”. A ja tak sobie nie pozwolę. Więc z byka go w brzuch, aż poleciał na żelastwo. I w nogi! Myślałem, że to już koniec, ale kurator jakoś załatwił. Całe dnie siedziałem w książkach. Camus, Sartre, miałem zupełnego bzika na punkcie egzystencjalizmu. Sporo też czytałem o psychologii społecznej. Przyjęli mnie do liceum wieczorowego, bo spodobało im się moje opowiadanie. Nie pamiętam o czym, pamiętam za to, że byli zachwyceni, mimo że zrobiłem 22 błędy ortograficzne. Dalej ciągnęło mnie do bitki, więc zapisałem się do klubu bokserskiego. Ale to moje bicie to bardziej było unikanie niż atakowanie. Nazywali mnie przez to baletnicą. Całą rundę potrafiłem przetańcować. Zapisałem się też do kółka poetyckiego, więc czasem na wieczory poetyckie przychodziłem z limem. W nauce narzuciłem sobie ostry rygor. Od 6 rano czytanie gazet i książek, przedmioty dodatkowe, chemia organiczna i filozofia. Żadnej zabawy, dziewczyn, alkoholu.

Przyjaciele?

– Jeden kolega, nazywał się Skiba i był mechanikiem samochodowym. Przychodził pod nasz familok, bo rodzice dostali już wtedy mieszkanie kopalniane z Wujka, i gwizdał. Wychodziłem i spacerowaliśmy po mieście, ja opowiadałem mu swoje koncepcje, a on milczał i słuchał, bo był taki milczek. Latem dorabiałem w hutach. W hucie Baildon na wysokościach rozbieraliśmy rury ciepłownicze. Praca, nauka, literatura, historia. Polityką w ogóle się nie interesowałem.

Jak to? Podobno w marcu 1968 zorganizował pan w liceum demonstracje?

– Drogę do szkoły miałem przez plac Wolności. A na placu był akurat strajk studentów, otoczyła ich milicja z psami. A to była moja droga – będą mi ją zagradzać? Maszerowałem więc dalej. Spałowali mnie, poszczuli psami. Byłem honorny. Nikt mnie nie będzie bić ani mi ubliżać. Pobiegłem do liceum. „Ludzi biją na ulicach!”. Zebrało się nas kilkudziesięciu i wyszliśmy.

Po prostu odgryźć się pan chciał?

– Tak. Poszliśmy ulicą 3 Maja, krzyczeliśmy: „Protestujemy!”. Wywróciliśmy samochód, wbiegaliśmy na komisariaty. Zacząłem przemawiać.

Co pan mówił?

– „Chleba”, „Wolności”, co mi do głowy przyszło. Pieprzenie w bambus. I tak przez trzy dni. Raz dostałem w piętę, ale uciekłem. A potem milicja opanowała sytuację, po Katowicach chodziły patrole ormowców. Koniec. Z koleżanką przemykałem przez miasto, udawaliśmy zakochanych, ale wyskoczyli z bocznej uliczki, rozpoznał mnie znajomy sierżant. Za ręce, za nogi i do samochodu, na komisariat. Trzymali mnie do trzeciej w nocy. Pokazywali mi zdjęcia: kto to jest? A ten? Tamtego znasz?

I pan rozpoznawał?

– Nie, bo naprawdę ich nie znałem. To byli studenci, a ja się tam znalazłem przypadkiem. I wyszedłem pewnie na bohatera, ale jakbym znał, to może bym i wydał. Zobaczyli, że nie pasuję do demonstrantów, jakiś gówniarz, robotnik. Wypuścili mnie, a potem miałem jeszcze spotkanie z SB. Złego słowa na nich nie powiem!

Bo?

– Bardzo mili, grzeczni. Normalni Polacy. Ja już myślałem, że mam po studiach, wszystko skreślone. Za dwa miesiące była matura. A oni: co ty, idź, dostaniesz się, jesteś zdolny robotnik. I puścili. Dopiero ostatnio dowiedziałem się, że teczkę mi jednak wtedy założyli. Znajomy mi powiedział, jak przyjmowali go do MSWiA i sprawdzali. Pokażę panu, bo sobie skserowałem. Kazimierz Kik, ps. „Krzykacz”...

– Wróg ustroju! Po wszystkim wróciłem do liceum. Wchodzę do klasy, moja historyczka wstaje. A potem wstaje cała klasa. To było bardzo antypeerelowskie liceum. Duma mnie rozpierała. Dzięki temu zdałem maturę z matematyki, bo słaby byłem z liczenia, ale pomogli nauczyciele, za zasługi z protestów.

A dwa lata później zapisał się pan do PZPR. Nie rozumiem.

– Na złość się zapisałem.

Jak to?

– No tak. Najpierw kupiłem legitymację Związku Młodzieży Socjalistycznej. Zdawałem na UJ i chciałem mieć większe szanse. Jak się dostałem, to nie chciałem rezygnować, żeby nie wyszło, że ze mnie lipny zetemesowiec. Zostałem nawet szefem komisji ds. współpracy pozauczelnianej oraz szefem komisji propagandy. Zorganizowałem pierwszy czyn społeczny, bal i wieczorek zapoznawczy. Pamiętasz, Grażyna? Z żoną poznaliśmy się na pierwszym roku. Oprócz ZMS byłem też w Związku Studentów Polskich. W ogóle to wszędzie byłem, nazywali mnie „Kazik – Siedem Srok za Ogon”. Tylko z boksu zrezygnowałem, bo profesor Krawczuk, kiedy przyszedłem poobijany po treningu, powiedział, że sobie chuliganów na wykładzie nie życzy. Ale zacząłem biegać w AZS na 400 metrów (zdobyłem mistrzostwo) i założyłem też grupę literacką Wprost.

Pisałem wiersze: „Bośmy zmiennością owiani przedświtem, stężali w trwodze zapomnienia, w lęku. Obrazem życia w zwierciadle odbitym, metamorfozą pozbawioną wdzięku”. Teść prezydenta Dudy, czyli Julian Kornhauser, miał wtedy konkurencyjną grupę Teraz.

A wracając do tematu: w ZSP byłem wysoko, a w ZMS niżej. Więc wymyśliłem, że połączę te organizacje na uczelni. To znaczy zlikwiduję ZMS. Miałem sporo zwolenników, ale w końcu dostałem po głowie od aparatczyków ZMS-u. Na zebranie rady uczelnianej ściągnęli studenta historii z Warszawy i jego przeforsowali. Bo ja to niepartyjny i rozchwiany. Zdenerwowałem się. Postanowiłem: wstępuję do partii. I wam wszystkim pokażę!

I to był powód, żeby wstąpić do PZPR?

– Opowiadam, jak było. Ale zaraz znowu wpakowałem się w kłopoty. Grudzień 1970 roku, na rynku tumult, siedliśmy grupą pod Mickiem i zaczęliśmy recytować „Odę do młodości”. Zebrał się tłum.

Znowu wokół pana?

– Tak, ludzie się wokół mnie gromadzili. Pojawiła się milicja, a mnie włączył się tryb chuligański. Bo jak tylko czułem milicyjną opresję, to zaraz robiłem się zadziorny i dążyłem do rozróby. Granatem łzawiącym dostałem w twarz, kopa w przyrodzenie. Obudziłem się w żeńskich akademikach, jakoś musiałem tam dokuśtykać, ale nie pamiętam. Potem odbył się sąd partyjny nade mną. Wielkie zebranie, partyjni doktorzy, profesorzy, ja w ostatnim rzędzie. Przykro o mnie mówili, że Kik to gnida, że zadymiarz. Chcieli mnie wyrzucić z kandydata do partii, bo nie byłem jeszcze pełnoprawnym członkiem. Ale jak kiedyś SB, tak teraz uratowała mnie profesor Celina Bobińska. Miała na uczelni posłuch, jej ojciec był zna-

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.