Przystanek Prawda

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Orliński Szczygieł Poluje Na Prawdę - Mariusz Szczygieł

Na 2. Festiwalu Reportażu w Miedziance – MiedziankaFest – przystanek autobusowy miał tablicę „Przystanek Prawda”. Przez pół dnia wysłuchiwałem na nim prawd. Nie wierzyłem własnym oczom, że ustawiła się kolejka. – Przychodzę do pana zmartwiona – powiedziała pani Krystyna z Wrocławia. – Jestem dzieckiem wojny i okupacji. Myślałam przez całe życie, że na starość nie będę już się musiała niczego obawiać. Myślałam, że przecież ta wojna nauczyła ludzi tego, co właściwe. I mam pretensję do świata, że nie jest tak pięknie, jak miało być. A najwięcej pretensji o te wojny mam do mężczyzn.

– I zostanie pani już do końca życia zawiedziona?

– Prawda jest taka, że przed śmiercią muszę pogodzić się z tym, jaki jest świat.

– Nie jestem jeszcze godna swojej prawdy, korzystam z cudzych – powiedziała pani Natalia, lat 25, z Jeleniej Góry. – Ale mam takie podejrzenie, że prawdą są tylko chwile. Mistyczne chwile, w których człowiek czuje coś szczególnego. Prawda to miejsce i moment w czasie, a nie jakieś zdanie.

– W wielu miejscach Polski mieszkałem – powiedział pan Marcin, lat 30. – Po ślubie z żoną sporo się przemieszczaliśmy: Bełchatów, Syców, Kalisz, Wałbrzych, Bolesławiec, Sanok.

– Skąd ten ruch w waszym życiu?

– Jestem magistrem sztuki i nie funkcjonuję dobrze w społeczeństwie. Teraz pracuję w lesie. Jestem od spraw trocinkowych, czyli monitoruję stan sanitarny lasu, czy kornik się gdzieś zadomowił, czy ekipę trzeba przysłać sprzątającą. Uważam, że każdy ma przypisane mu miejsce. Niektórzy je znajdą, a niektórzy będą się błąkać i nie znajdą go nigdy.

– I las to jest już pana miejsce?

– Myślę, że jeszcze nie.

– A skąd pan będzie wiedział, że to już jest miejsce właściwe? – Uważam, że ono do mnie krzyknie: jestem!

– Przychodzę z prawdą mojego męża, informatyka. Ma 48 lat, na imię Piotr i prosił, żebym za niego przyszła, bo on nie przyjechał w tym roku do Miedzianki – powiedziała pani Halina. – My, ludzie, jesteśmy szkodnikami na ziemi i to się zemści. Mąż siebie też postrzega jako szkodnika, mimo że o ziemię dba. Mamy ogród i on nie używa grama chemii. Mamy jabłoń niepryskaną, dżdżownice kupujemy i tak dalej. Za dużo jemy, za dużo ziemi wydzieramy, a przede wszystkim nas jest za dużo. Nie ma innej rady, jak oczyścić ziemię z ludzi.

– Czyli?

– No musi nas być mniej. Musi nastąpić nowy Armagedon. Tylko dzięki niemu, gdy zostanie nas garstka, Ziemia się uratuje. Tak mąż uważa. Nie mów tak, bo mamy córkę, upominam go. Ale czy ona będzie miała gdzie żyć, odpowiada mąż. Pytam, co będzie, jak dobrzy zginą, a zostaną sami źli?

– A czy mąż zakwalifikował siebie do tych, co mają pozostać, czy też mogą zginąć w ramach czystki?

– Wie pan, co mnie najbardziej martwi, a z drugiej strony w nim to podziwiam? On mówi: też mogę być na tej liście do wyginięcia i jestem na to gotowy.

– Jestem ze Złotoryi, studiowałam w Jeleniej Górze, przeniosłam się do Dzierżoniowa z mężem, potem się rozwiodłam, teraz mieszkam w Wiesbaden w Niemczech – opowiedziała pani Katarzyna, lat 45. – Wszędzie szukam ludzi. Takich do tańca i do różańca. Taką więc prawdę odkryłam, że ludzi, którzy potrafią słuchać, a nie od razu udzielać rad, do jakiego specjalisty masz dzwonić, jest już jak na lekarstwo.

Oto co ostatnio usłyszałem, podsłuchałem, przeczytałem

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.