Dlaczego Czerwony Atrament padł

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Springer -

Sierpień 2018

– Przyszły tu wczoraj dwie nasze stałe klientki – mówi Krzysiek, nerwowo skubiąc krawędź koszuli – kupiły książek za 200 złotych, przy kasie obok pieniędzy położyły pęk kluczy…

Stoimy na Synagogalnej, w samym centrum Płocka, dookoła mnóstwo ludzi. Jest dość wesoło, beztrosko, jeszcze nie czuć schyłku lata. Ale to jest pogrzeb. Albo jak kto woli stypa.

Krzysiek zamilkł i gapi się w głąb ulicy. W kwietniu podejrzewali, że padną. W lipcu byli już tego pewni. Powiedzieli to pracownikom. W sierpniu to ogłosili.

– I co z tymi kluczami? – wyrywam go z zamyślenia.

– A, klucze – przypomina sobie – powiedziały, że mają fajne miejsce, na wschodzie Polski. Żebyśmy pojechali, pomieszkali sobie. Zrobili przerwę od tego wszystkiego. Żeby nam się po powrocie znowu zachciało.

– I co, zachce się wam? – pytam, choć wiem, że mają na głowie kilka kredytów i 70 tysięcy długu za czynsz.

Styczeń 2016

– A dlaczego Czerwony Atrament?

Po raz pierwszy zadałem to pytanie ponad dwa lata temu. Jechałem akurat przez kraj, zbierając materiały do książki „Miasto Archipelag” opowiadającej o Polsce mniejszych miast. W Płocku trafiłem właśnie do Czerwonego Atramentu, klubokawiarni z książkami prowadzonej przez grupę młodych, zakochanych w swoim mieście ludzi. Zarazili mnie swoim optymizmem.

– To ze Slavoja Žižka – odpowiedział mi wtedy Krzysiek Blinkiewicz, jeden z twórców tego miejsca. – On podczas Occupy Wall Street mówił, że czerwony atrament symbolizuje język, którym można wyrazić, że jest zupełnie inaczej, niż się wszystkim wydaje, że jest. Na złość wszystkim i wszystkiemu napiszemy więc czerwonym atramentem, że w Płocku się da.

Bo taka kawiarnia z książkami w średnim mieście to było jednak wyzwanie. Wystarczy spojrzeć na płocki rynek z kilkoma zamkniętymi na głucho kamienicami, żeby się upewnić, że tłumów chętnych na prowadzenie takich biznesów to tu nie ma.

– Z całego roku najbardziej nie lubię w Płocku Bożego Narodzenia i Wielkanocy – mówił mi Krzysiek. – Wtedy do miasta tłumnie zjeżdżają wszyscy ci znajomi, którzy stąd wyjechali. Spotyka ich wtedy na ulicach. „Na jak długo przyjechałeś?” – pytają. A ja im mówię wtedy, że tu mieszkam. Kiwają głową ze współczuciem. Że musiało mi coś strasznie w życiu nie wyjść, że jeszcze tu tkwię.

Sierpień 2018

Wchodzimy do środka. Czerwony Atrament jest pełen ludzi. O wolnym stoliku czy choćby krześle można pomarzyć, regał z książkami mocno przetrzebiony, dziś ostatni dzień, spore promocje, trzeba wyprzedać, ile się da. Jutro zrobią jeszcze garażówkę, pozbędą się mebli i tyle będzie tego wszystkiego. Do kasy kolejka na kilka dobrych minut stania, za barem w pocie czoła uwija się cała załoga. Wszyscy młodzi, wszyscy już z wypowiedzeniami.

– Wiesz, że od wtorku, kiedy ogłosiliśmy, że się zamykamy, do dziś przyszło do nas więcej ludzi niż od kwietnia do lipca? – Krzysiek przekrzykuje młynek do kawy. Wcześniej w lokalnym dodatku do „Gazety Wyborczej” mówił: „Pytaliśmy na Facebooku ludzi, gdzie oni są. Bo Synagogalna jest pusta, bywa, że w ciągu godziny nie przechodzi nią ani jeden człowiek, czasem przemknie ktoś, kto tutaj mieszka. I tam na nasze pytanie odpowiadano: w domu”.

– Może musicie co miesiąc ogłaszać, że się zamykacie – żartuję, a on uśmiecha się kwaśno.

– Jesteś 17. dziś osobą, która mi to mówi.

Styczeń 2017

Tamtego styczniowego dnia na 40 metrach kwadratowych upchnęli 130 osób. Za stolikiem siedział Mariusz Szczygieł i opowiadał o swoich reporterskich prawdach, pod jego stolikiem koczowało jeszcze kilka osób. To był rekord frekwencji Czerwonego Atramentu. Od ponad roku szło im coraz lepiej. Sprzedawali książki i kawę, organizowali śniadania i spotkania z pisarzami. Po tym spotkaniu ze Szczygłem pomyśleli, że znajdą większy lokal, rozwiną skrzydła. To nowe miejsce pod starym szyldem Czerwonego Atramentu otworzyli właśnie na Synagogalnej. – Chcieliśmy tchnąć nowe życie w tę część

Do kasy kolejka na kilka dobrych minut stania, za barem w pocie czoła uwija się cała załoga. Wszyscy młodzi, wszyscy już z wypowiedzeniami

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.