Bezsens Likwidatora, czyli jak mordować dla Polski

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Przeglądam nowy tom rysunkowych historii o Likwidatorze – ekoterroryście, anarchiście i powiedzmy wyraźnie: seryjnym mordercy, który od 20 niemal lat w komiksach Ryszarda Dąbrowskiego morduje polityków. Oglądam dzieło „Likwidator kontra Dobra Zmiana” i ogarnia mnie bezbrzeżny smutek, choć w zasadzie powinienem tarzać się ze śmiechu. Powinienem się tarzać, ale się nie tarzam, choć przez chwilę się tarzałem, gdy zobaczyłem siebie samego na kilku stronach komiksu. Dodam, że siebie samego w wybitnie żałosnej sytuacji – najpierw było tarzanie się, a potem długa chwila niewesołej refleksji i koniec tarzania. Znajduję jednakowoż dziwne upodobanie w oglądaniu tych pełnych przemocy historii: zamaskowany mściciel z automatem w rękach i wielkim uśmiechem na czarnej masce wędruje przez Polskę, wymierzając zbrojnie straszliwe kary prawicowcom i komunistom, egzorcystom i trollom internetowym, dziennikarzom Polskiej Telewizji Ludowo-Narodowej i menelom, w zasadzie wszystkim, albowiem na jego życzliwość liczyć mogą wyłącznie ekolodzy, zatem co najwyżej 1 procent polskiej populacji. Na dodatek ten zabójca wrogów wolności, demokracji i ekologii znajduje wyjątkowe upodobanie w filozofii Nietzschego, hojnie tu cytowanego. Ta przemoc jest tak groteskowa jednak, że nijak nie można w nią uwierzyć ani się nią – Bogu dzięki – zainspirować, bo siła perswazji tych rysunków czymże jest w porównaniu z litaniami nienawiści zawodowych siewców przemocy w internecie? Te opowieści, w których giną całe rządy, partie polityczne, wyklęte grupy rekonstrukcyjne, redakcje prasowe i telewizyjne, przekraczają wszelkie granice dobrego smaku i groteski. Groteska zresztą wybitnie się w Polsce nie przyjmuje, i niech nas nie zwodzi rzekoma popularność Witkacego i Gombrowicza – nie dość, że oni nie byli groteskowi, ale ponurzy jak powstania narodowe, to i tak się ich nie czyta prawie wcale. To Śmiertelna Powaga jest królową Polski, cmentarna zasadniczość tu sprawuje rządy, wyzwolić się z tych kajdan chyba nie sposób: tutaj nawet przezabawne komedie wpędzić mogą w ciężką depresję.

Groteska w opowieściach o Likwidatorze jest niesmaczna wyjątkowo, niesmaczna, brutalna i wulgarna, ale jest oczyszczeniem – rysunkowe fantazje o przemocy uwalniają od wewnętrznej nienawiści. Nic się nie zmienia, Dąbrowski rysuje tak samo, historie są z grubsza do siebie podobne, trup ściele się gęsto i krwawo, jest poniekąd cała seria o Likwidatorze fenomenalną metaforą Polski: nie ma takiego poziomu głupoty i ściemy uformowanych w polityczne projekty, który by wstrząsnął masami ludzkimi. Cokolwiek by zrobił Likwidator – zło będzie się panoszyć. Skoro wszyscy zostali już wymordowani, a zarazem jak najbardziej żywi pojawiają się w kolejnych odcinkach, a jeśli nie oni sami, to ich jeszcze bardziej radykalne klony, to znaczy, że będzie tak zawsze. Z pewną dozą felietonowej przesady powiedzieć można, że działalność Likwidatora jest syzyfową pracą.

O sobie więc piszę, bo na kilku stronach „Likwidatora” uwieczniony zostałem z mym przyjacielem Mariuszem Czubajem, wziętym pisarzem kryminałów. Znamy się od lat, znaliśmy się już za poprzedniej komuny, choć dopiero w jej fazie schyłkowej. Moja znajomość z Czubajem jest zażyła także dlatego, że pisarz ten jest posiadaczem czarnego pasa w karate, a ja lubię przyjaźnić się z ludźmi, którzy mają czarne pasy w karate. Moja życzliwość dla pisarstwa Czubaja jest tak bezgraniczna, że toleruję nawet jego granie na saksofonie, czemu z neofickim zapałem oddaje się w zespole Zgniłość, ściślej od czasu, gdy zaniechał gry na gitarze elektrycznej.

Oto rysunkowy Czubaj idzie w połatanym kimonie do karate, ja stworzony zjadliwą kreską Dąbrowskiego w koszulce z napisem „Big Format” i jeśli są w życiu momenty, gdy człowiek wzrusza się na widok własnej żałości – to były to właśnie te chwile. Idziemy zatem z Czubajem w tym komiksie, ciągnąc wózek ze złomem, jako że staliśmy się pisarzami spauperyzowanymi na skutek polityki kulturalnej państwa. Wyemigrowaliśmy z Warszawy, jako że grasują po niej watahy bezrobotnych artystów i dziennikarzy bez pardonu walczących o złom, puszki, odpadki lepszego świata i ciężko jest przeżyć: poszliśmy w lud, zbieramy złom na prowincji i piszemy powieści na rolkach papieru toaletowego. Mnie się zdaje jednak, że niekoniecznie jedynie z powodu pisowskiej opresji owi dziennikarze i artyści walczą o bezcenne odpadki, oni walczą, bo mało kto potrzebuje dziś dziennikarzy i artystów. Świat doskonale sobie radzi bez tych profesji – dziennikarzy zastąpili propagandyści, artystów zaś producenci wyrobów rozrywkowych.

Następuje moment iście dramatyczny: Czubaj ze sterty złomu wyciąga swój saksofon i to jest ta chwila, gdy czytelnik sławi formę komiksu, widząc jej wyższość nad filmem dźwiękowym. Skutki tego komiksowego grania na saksofonie są brutalne: przybywa na rowerze przedstawiciel polskiego ludu. Słyszy jazzowe frazy saksofonu, dowiaduje się, że ma do czynienia z artystami, i wpada w nieopanowaną furię, wylewając z siebie wymioty mowy godnościowej. O tym, że nie życzy sobie w Polsce afrykańskiej muzyki, nienawidzi artystów darmozjadów, jest prawdziwym głosem tej ziemi, krwią z jej krwi, kością z jej kości; ofiary rzekomej pogardy ze strony rzekomych elit w istocie najbardziej pogardzają wszystkim, czego nie sięga ich umysł. W tym momencie Czubaj czyni pożytek ze swych umiejętności w dziedzinie karate. Od kiedy zobaczyłem siebie na rysunkach Dąbrowskiego, wprowadziłem rygor dietetyczny i obecnie można mnie spotkać o świcie na Polu Mokotowskim, gdzie zbieram pokrzywy i wykopuję korzonki, którymi się żywię. Kto nie widział własnej postaci w artystycznej wizji Dąbrowskiego, ten nie rozumie, co to znaczy z przerażeniem stanąć w prawdzie.

O ile Likwidator likwidował pracowicie przez długie lata w zasadzie wciąż tych samych ludzi, to teraz nieco łagodnieje – wprowadzając wątek symetrystów, nie robi im przy tym większej krzywdy. Spotyka oto dwóch młodzieńców kolportujących na ulicy darmowy „Głos Symetrysty”, których podobieństwo do redaktorów Sroczyńskiego i Wosia nie jest uderzające, a jeśli już, to jest czysto symboliczne, choć jak kto uparty, to się dopatrzy. W każdym razie prawdziwej krzywdy im nie robi, a jedynie brutalnie ciągnie za ucho, jako się kiedyś czyniło z niesfornymi dziećmi. Największe jednak wzruszenie – jak zawsze zresztą – wzbudziły we mnie plansze, na których pojawia się Naczelnik, ale w sytuacjach prywatnych, intymnych wręcz, w swojej żoliborskiej samotni, nocną porą, z kotem, przed telewizorem, oglądający rodeo. Wzruszenie to może nawet za słabe słowo, trzeba się wreszcie do tego przyznać: widząc te rysunki, rozczulam się, rozklejam niemal, no i zazdroszczę, ma się rozumieć. I czy tylko mnie rozczula i wzrusza Kaczyński, nawet bardziej ten namalowany niż prawdziwy? Jak to nie wzrusza, kiedy wzrusza? Bo w istocie jest taki jak połowa społeczeństwa: socjopatyczny, wyobcowany, mizantropijny, zdziecinniały, zafiksowany na swych fantazjach. By zrozumieć fenomen Kaczora, trzeba zobaczyć te kilka kadrów w „Likwidatorze”. Każdy przecież ma głęboko skrytego swego wewnętrznego Kaczora. Kaczora, który lubi wieczorem poczytać książki o bolszewikach i pooglądać rodeo, a nawet Kaczora lubiącego dziwne przyjemności, jak czytanie „Likwidatora”.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.