Z Damianem Nenowem, współreżyserem filmu „Jeszcze dzień życia” na podstawie książki Ryszarda Kapuścińskiego, rozmawia Grzegorz Szymanik

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Zawód Reporter -

Jak wpadłeś na pomysł, że reportaż o wojnie można zanimować?

– Zaczęło się od Raúla de la Fuente. To reżyser dokumentalista, Bask z pochodzenia. Kapuściński to jego mentor, Raúl jeździ jego afrykańskimi szlakami. Był też w Angoli i spotkał bohaterów „Jeszcze dzień życia”, rozmawiał z nimi i chciał zrobić film.

Kiedy zobaczył zwiastun mojej poprzedniej animacji „Paths of Hate” o pojedynku dwóch pilotów myśliwców, napisał do mnie: połączmy siły, zróbmy to razem. Przyjechał i zaczęliśmy rozmawiać. „Jeszcze dzień życia” to ulubiona książka Raúla, ja też szybko dałem się nią zawładnąć. Przecież to gotowy scenariusz. Ale to nie jest film o wojnie.

A o czym?

– O Ryszardzie Kapuścińskim. To historia podróży reportera, po której napisał tę książkę. I o momencie jego przemiany z reportera w pisarza. To bardzo ciekawy moment jego życia. Choć był już na ośmiu wojnach i zrobił sobie przerwę, żeby wykładać na Uniwersytecie Warszawskim, czegoś mu brakuje. Znowu rusza na wojnę. W Angoli obserwuje upadek kolonializmu. wymienić jeden powód, bo Kapuściński był złożoną postacią. Wojny nie zrozumie nikt, kto jej nie przeżył, a on miał siedem lat, gdy przyszła tamta największa. Jako dorosły mężczyzna wciąż jej szukał. Jakby ścigał demona z dzieciństwa, jakby chciał wojnę zrozumieć i wyjaśnić, bo nie mógł jako dziecko.

Jakie?

– Kapuściński opisuje na przykład stojące na nabrzeżu skrzynie. To spakowany dobytek uciekających z Luandy, stolicy Angoli, Portugalczyków. Skrzynie ciągną się korytarzami. To całe drewniane miasto. Wyobraziłem sobie, jak z tych skrzyń wstają drewniane golemy, depczą wszystko wokół. A potem włażą w wodę i rozchodzą się, każdy w inną stronę świata. U mnie zawsze filmy zaczynają się od obrazów. Pomysł na „Paths of Hate” o pojedynku pilotów też powstał z jednej starej fotografii. Przedstawiała niebo nad Londynem podczas bitwy o Anglię. Całe pocięte smugami kondensacyjnymi po myśliwcach. Mój ukochany film – taki, który zrobił na mnie największe wrażenie w życiu, to „Niekończąca się opowieść”. Zupełnie nie pamiętam, o czym był, ale do dziś pamiętam obrazy rozpadającego się świata.

Skąd ci się to wzięło?

– Chyba z lekcji plastyki. Od przedszkola ze wszystkich zajęć i przedmiotów najbardziej lubiłem rysowanie. Potem w Bydgoszczy poszedłem do liceum plastycznego. Chciałem robić plakaty i planowałem wysłać teczkę do ASP. Ale w ostatniej klasie zobaczyłem „Katedrę” Tomka Bagińskiego. Zmieniłem zdanie i postanowiłem zająć się filmem, zdawać na animację w łódzkiej Filmówce.

Jak powstawał animowany Ryszard Kapuściński?

– Najpierw trzeba było wyrzeźbić jego bryłę, ale nie z gliny, tylko cyfrowo, na podstawie zdjęć z tamtego okresu. Kapuściński miał wtedy 43 lata. Ale zaraz pojawiły się problemy. Na każdej fotografii wyglądał trochę inaczej. Brakowało nam też zdjęć profilu. Innych było mnóstwo, a z profilu prawie w ogóle. Co z tym zrobić? Uznaliśmy, że nie pójdziemy dalej, jeśli będziemy za wszelką cenę chcieli go dokładnie zrekonstruować. Dodaliśmy trochę kreacji, własnej wizji. Potem oświeciło nas, że to też metoda Ryszarda Kapuścińskiego: twarde fakty i twórcze na nie spojrzenie. I już nie mieliśmy wyrzutów sumienia.

A zachowanie, gesty, osobowość?

– Wzięliśmy z opisów w książce, z rozmów z Alicją Kapuścińską, jego żoną. Jeszcze z opowieści świadków i bohaterów wydarzeń, na

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.