Kolejowe kuriozum

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Filip Springer

Odjazd o 10.19. Zajęliśmy swoje miejsca, po chwili jak spod ziemi wyrósł pan z restauracyjnego. Wita na pokładzie. Czy czegoś się napijemy?

Na pięć minut przed odjazdem odzywa się gong, czas na pamiątkowe selfie dobiega końca. Konduktorzy z uśmiechem zaganiają ludzi do środka. Sankt Moritz – marcepanowa babeczka posypana złotem, w której prędzej znajdziesz sklep Jimmy’ego Choo niż zwykły spożywczy, wkrótce zostaje za nami.

Pierwsza część trasy jest najbardziej spektakularna, słyszymy w słuchawkach, które leżały na naszych miejscach. Tory wiją się zboczami gór, wokół nich i pod nimi. Pionowe ściany doliny wznoszą się pod niebo, nie widać ich wierzchołków nawet przez panoramiczne okna. Kulminacją jest 60-metrowy wiadukt Landwasser. Przejedziemy nim powoli, będzie można podziwiać widoki. Wybudowany w 1902 roku nie wymagał remontu przez wiek i pięć lat.

Przychodzi konduktor, sprawdza bilety. Dokąd państwo jadą, pyta tych obok nas. Do Zurychu? Wielka szkoda, że nie dalej. A zatem wysiądźcie w Chur, mówi im, wasz pociąg będzie stał na peronie drugim, odjazd o 14.06. Pytają, czy na pewno. Uśmiecha się. Tak, na pewno.

Teraz czas na nas, wyjmuję bilety. Są imienne, sięgam więc po paszporty, on macha ręką, przecież nie trzeba. Nikt tu nikogo nie podejrzewa o oszustwo. W połowie drogi wymieni się drużyna konduktorska, w jakiś magiczny sposób przekażą sobie informację, kto jedzie od początku, komu biletów sprawdzać nie trzeba. Nikt nas nie będzie już więcej niepokoił.

Te bilety to też kuriozum. Przez cztery dni możemy na nich jeździć po całym kraju. Pociągami, autobusami i komunikacją publiczną we wszystkich szwajcarskich miastach. Bez rezerwacji, wystarczy, że wsiądziemy. („Nigdy tam nie czekałem na pociąg dłużej niż kwadrans” – mówi nam przed wyjazdem J., który żył tu kilka lat).

Tymczasem jedziemy. Pociąg wspina się właśnie na wysokość 2033 metrów nad poziomem morza. Krajobraz jest tu niemalże księżycowy, między gołymi skałami przezierają jedynie tu i ówdzie czerwone krzaczki jagód. Gdzieniegdzie mignie łepek zaciekawionego świstaka, po niebie wraz z orłami kołuje paralotniarz. Nikt w wagonie nie zwraca uwagi na obiad, wszyscy przykleili się do szyb.

Na kilka minut przed Zermatt przechodzi konduktor. Chce podziękować za wspólną podróż. Było mu bardzo miło. Tam po lewej, dodaje, akurat mijamy najdłuższy most wiszący na świecie. A w oddali, u wylotu doliny, kurzy już śniegiem Matterhorn. Tymczasem już Zermatt, unosi dłoń w geście pożegnania.

291 kilometrów przez góry, 291 mostów i 91 tuneli – oto „Glacier Express”, „najwolniejszy pociąg ekspresowy na świecie”. Po ośmiu godzinach podróży jesteśmy na miejscu. Punktualnie co do sekundy.

Na dworcu łapię wi-fi, na Facebooku miga informacja, że być może już w grudniu 2018 roku w Polsce zostanie wprowadzony „wspólny bilet kolejowy” obsługujący kilku przewoźników. Coś takiego już kiedyś w naszym kraju funkcjonowało, potem jednak kolejowe spółki zaczęły się ze sobą kłócić, konkurować albo po prostu nie chciało im się ze sobą dogadać. Teraz z mozołem budują nowe porozumienie. Na razie do projektu przyłączyli się trzej przewoźnicy. Pozostałych dziesięciu, głównie tych lokalnych, jeszcze się zastanawia. Czyli po staremu.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.