Z Pawłem Pieniążkiem, korespondentem wojennym, rozmawia Grzegorz Szymanik

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Zawód Reporter -

Masz 29 lat, od czterech jeździsz na wojny. – A wydaje mi się, że od dziesięciu.

Dlaczego?

– Wojna na Ukrainie stała się dla mnie cezurą czasową. Dobrze pamiętam, co się działo podczas niej, ale to, co było wcześniej, wydaje mi się teraz odległą przeszłością. Jest jakby za mgłą. Tak wiele się od tamtego momentu dzieje, że mój czas się rozciągnął. W rozmowach ze znajomymi potrafiłem nawet powiedzieć, że „coś wydarzyło się przed wojną”.

Po co tam pojechałeś?

– Przez przypadek. Nigdy nie myślałem, że będę w ogóle pisał. Skończyłem ukrainistykę, w Krytyce Politycznej namówili mnie, żebym pisał o sprawach ukraińskich. A potem zaczął się Majdan, więc pojechałem go relacjonować. A potem był Donbas. Myślałem, że jadę opisywać Antymajdan, ale prorosyjskie protesty szybko zaczęły zmieniać się w coś poważniejszego: zaczęła się wojna. Nie miałem doświadczenia ani pojęcia, jak być korespondentem wojennym. Konflikt się rozwijał, a ja powoli w niego wsiąkałem. A gdy ucichł, pojechałem do Syrii.

W co wsiąkałeś?

– Miejsca konfliktów są jak soczewka. W powiększeniu pokazują procesy, które dzieją się wszędzie indziej. Na przykład populizm, rozczarowanie demokracją to zagadnienie szersze niż Polska i Europa i można na nie patrzeć w kontekście Państwa Islamskiego. Chcę o tym opowiadać, bo to także lekcja dla nas. Ludzi na wojnie też widać bliżej. Znikają błahe problemy, zostają czyste emocje i instynkt. Nauczyłem się, że człowiek jest w stanie dostosować się do najgorszej rzeczywistości, przywyknąć do wszystkiego i na przykład sprzątać codziennie ostrzeliwane podwórko. Interesują mnie motywacje. Dlaczego ludzie chcą uczestniczyć w wojnie, dlaczego zwolennik Trumpa przyłącza się do lewicowej kurdyjskiej bojówki?

Jak rozmawiasz z ludźmi?

– Moja ulubiona, początkowa strategia to przytakiwanie. Jeśli jeździsz – jak na przykład bywa na Ukrainie – z jednej strony frontu na drugą, to lepiej nie wchodzić w spory. Za dużo jest emocji, które mogą szybko eskalować. Szczególnie gdy ludzie mają broń. Nauczyłem się, że więcej mi powiedzą, gdy poznamy się lepiej. Wystarczy dłużej z nimi pobyć. Na przykład żołnierz w okopie najpierw powie to, co musi, to, co każą mu mówić. A potem zacznie mówić, co myśli naprawdę.

W piwnicach pod Donieckiem ludzie, którzy mieszkali tam od roku, ukrywając się przed pociskami, mówili: opowiedz o nas w Polsce, opowiedz Europie, niech się dowiedzą. A ja wiedziałem, że nikogo to w Polsce nie zainteresuje. Ta wojna już się wszystkim znudziła. To po co to robić? Po co pisać? Znasz te dylematy?

– Znam, ale próbuję też spojrzeć na to z innej strony: przynajmniej daję szansę, że ktoś to przeczyta, nie odwróci wzroku. Dlatego uważam, że warto to robić. Żeby nie było potem zaskoczenia: jak takie rzeczy mogą się dziać na świecie? Cały czas się dzieją i warto sobie z tego zdawać sprawę. Pogodziłem się z faktem, że wiadomości ze świata nie są najważniejsze. Choć uważam, że media mogłyby zrobić w tej sprawie więcej, to znaczy kłaść na informowanie o świecie większy nacisk. Bo jeśli się o czymś regularnie nie informuje, to jak można kogoś tym zainteresować?

Podczas pracy ryzykujesz czy jesteś ostrożny?

– Znajomi dziennikarze, którzy ze mną jeżdżą, mówią, że ryzykuję, bo ciągnie mnie w miejsca, gdzie trwają działania wojenne. A ja myślę, że po prostu staram się nie unikać potencjalnych możliwości. Na front zawsze jest dostać się najtrudniej. Trzeba się nakombinować, naprosić, nasiedzieć. Jeżeli można więc pojechać na linię frontu, to zawsze jadę.

Ze strachem czy z ekscytacją?

– Raczej z ekscytacją. Albo z ciekawością. Lęk odczuwam wtedy, gdy zupełnie nie wiem, co się dzieje i co się stanie. Tak było w Syrii, w kurdyjskim Afrinie. Każdego ranka pociski spadały coraz bliżej hotelu, w którym mieszkałem. Nie wiedziałem, czy któregoś dnia nie obudzę się w mieście zajętym już przez turecką armię, co byłoby dla mnie problemem. Mogliby mnie potraktować jako poplecznika terrorystów, jak określają kurdyjskie bojówki, i mógłbym trafić do więzienia. Co przydarzyło się już dziennikarzom. Odzyskałem spokój, gdy dołączyłem jako dziennikarz do wspierającej Kurdów grupy bojowników zagranicznych. Potem nawet gdy ostrzeliwali mieszkanie, w którym się znajdowaliśmy, byłem spokojny. Bo jeżeli jest ktoś, komu mogę zaufać, lęk znika.

A ekscytacja z czym się wiąże?

– Że mogę opowiedzieć pierwszy raz o czymś, o czym jeszcze nikt nie wie, do czego niewielu ludzi miało dostęp. Gdy upadało Debalcewe i wycofywali się stamtąd Ukraińcy, nadawałem o tym newsy. Byłem jednym z pierwszych, którzy informowali, że miasto padło i zajęli je separatyści. I to było ekscytujące. Jest w tym coś ze sportu. Może stąd mi się to wzięło, bo kiedyś jeździłem na zawody.

Na jakie?

– Boksowałem. Stąd mój złamany nos.

Który swój tekst uważasz za ważny?

– Na przykład jeden z ostatnich, moja relacja z Afrinu opublikowana w „Magazynie Świątecznym”. Właśnie z tego powodu: byłem świadkiem zajęcia kurdyjskiego miasta przez siły tureckie, widziało to może kilkunastu dziennikarzy z całego świata. Opuszczałem miasto jako jeden z dwóch ostatnich reporterów zagranicznych. Miałem poczucie, że robię coś ważnego, że mi się udało. Choć zdaję sobie sprawę, że to jest względne. W Słowiańsku, gdy ukraińskie siły MSW ruszyły na miasto i zajęły kilka posterunków separatystów, wydawało mi się, że jestem w centrum historii, choć nie było to żadne ważne wydarzenie. Zadzwoniła jedna z telewizji. Czekam na wejście i patrzę, jak jedzie BTR, płoną posterunki, a w słuchawce słyszę dyskusję w studiu, że zmarł Tadeusz Różewicz. Nie rozumiałem, dlaczego o tym rozmawiają, przecież tu się pali posterunek, najważniejsza rzecz na świecie!

Nie zatrudnia cię żadna redakcja. Trudno jest być korespondentem wojennym freelancerem?

– Czasem trudno, czasem łatwiej. Koniec Ukrainy był trudny, bo jak wspomniałeś, nikt już o tym nie chciał czytać. Byłem w dołku, emocjonalnym i finansowym. Postanowiłem więc, że wyjadę do Syrii. Nie chcę latać po świecie wszędzie, gdzie toczy się konflikt. Chciałbym zajmować się tylko dwoma regionami, bo każdy wyjazd to dla mnie przygotowanie. Dużo czytam, uczę się języków. Na miejscu zacząłem lekcje kurdyjskiego. I po dziewięciu miesiącach potrafię już prowadzić podstawowe dialogi. Często najciekawsze rzeczy toczą się gdzieś na uboczu, jakiś komentarz, napis na ścianie. Nie powiedziałbym, że polskie media były bardzo zainteresowane wojną w Syrii, ale dzięki temu, że mogę współpracować z różnymi mediami, że jestem miesiącami na miejscu, czasem jako jedyny dziennikarz z Polski, jakoś mi się budżet skleja (a trzeba zapłacić za szczepienia, sprzęt fotograficzny, mieć odłożoną gotówkę, bo w Syrii jest problem z bankomatami, mieć pieniądze na bilety, nocleg, jedzenie, a czasem tłumacza). Nie mam obciążeń, kredytu, rodziny i tak dalej. Jakby mi doszły, to musiałbym się zastanowić i przemodelować.

Jako freelancer muszę zajmować się wszystkim. Piszę, robię zdjęcia i nagrywam filmy. To jednak partyzanckie dziennikarstwo. Bo jak chcesz robić coś dobrze, to powinieneś skupić się na jednym. Kiedy nagrywam rozmowę i koncentruję się na kadrze, to traci na tym rozmowa, gdy skupiam się na rozmowie, traci obraz.

Jak być korespondentem wojennym w epoce Twittera? Mieszkaniec Aleppo zawsze zatwittuje szybciej, że obok jego domu spadł pocisk, że na niebie przeleciały bombowce.

Zawód korespondenta wojennego przetrwa?

– Przetrwa, choć będzie już inny. Korespondenci będą pisać mniej newsów, bo przejmą to agencje. Skupią się na większych opowieściach. Uważam, że zawsze będzie zapotrzebowanie na opowieści o tym, co się dzieje na świecie. Na uważnym wyjaśnianiu kontekstu. Wierzę, że to jeszcze nie koniec. Ukraina dla polskiego dziennikarstwa wojennego stała się trochę odrodzeniem. Wszyscy tam pojechali, bo – że tak powiem – było blisko i tanio. Wielu polskich dziennikarzy zyskało tam doświadczenie.

Byli też tacy, którzy pojechali, bo chcieli „postrzelać do Ruskich”. Ryszard Kapuściński w Angoli też mocno sympatyzował z jedną ze stron.

– To błąd, to już nie dziennikarstwo. Orwell też strzelał w Hiszpanii, a potem zdał z tego relację, ale to już była relacja bojownika, nie dziennikarza – choć trzeba przyznać, że całkiem uczciwa. Reporter ma być z boku i korzystać z narzędzi dziennikarskich. Zawsze staram się być rzetelny, czyli zapomnieć o całym swoim bagażu, spróbować zrozumieć wszystkich dookoła. Nawet tych, z którymi się nie zgadzam. Uważam na przykład, że brakuje w mediach przynajmniej próby zrozumienia, co kierowało ludźmi, którzy poparli Państwo Islamskie.

Masz jakiegoś dziennikarskiego mistrza?

– Nie. Ale mam tytuły książek, które zapadły mi w pamięć: „Depesze” Michaela Herra, „Ponad nasze siły” Mileny Jesenskiej i „Kongo” Davida Van Reybroucka.

A czego przez te cztery lata dowiedziałeś się o sobie?

– Że jestem jak karaluch. Nie ma takich warunków, do których ostatecznie nie przywyknę. W Donbasie okazało się, że mogę spać pod ziemią. Podczas snu może przebiec obok mysz i jest w porządku. Może być ostrzał, sypać się na mnie kurz i wszystko się trząść – i też OK. Wcześniej bym nie pomyślał, że mogę tak żyć.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.