Z Samem Quinonesem, autorem książki „Dreamland. Epidemia opiatów w USA”, rozmawia Katarzyna Wężyk

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Zawód Reporter -

Napisałeś książkę o chorobie, która zabija więcej Amerykanów niż wypadki samochodowe. Jak trafiłeś na tę historię?

– Pisałem głównie o przestępczości, polityce i imigracji. Przez 10 lat byłem w Meksyku, potem w „Los Angeles Timesie”. Mówię biegle po hiszpańsku, więc zlecali mi teksty o kartelach narkotykowych. Zauważyłem, że heroina zyskuje na popularności: coraz więcej osób ją bierze i coraz więcej ładunków jest przechwytywanych na meksykańskiej granicy. Nie rozumiałem tego, myślałem, że heroina jest passé. Wpadłem na trop chłopaków z Xalisco w Meksyku. Jako pierwsi zorientowali się, że można zarobić dzięki opioidowym lekom przeciwbólowym. Pracowali w detalu, byli blisko klientów, zauważyli, że rośnie liczba narkomanów, więcej jest dzieciaków z dobrych domów. Po prostu byli we właściwym miejscu we właściwym czasie.

Mieli też specyficzny model biznesowy. Niezupełnie rodem z „Narcos” i stereotypów o kartelach.

– Większość meksykańskich handlarzy robi w hurcie. Chłopaki z Xalisco heroinę sprzedają jak pizzę: dzwonisz, przyjmują zamówienie i wysyłają kierowcę, żeby ci je dostarczył do domu. Zwiększyli liczbę klientów i łatwiej unikali policji. Wcześniej większość heroiny sprzedawano w melinach, które łatwo było zlokalizować i zamknąć. A klienci nie musieli już udawać się do najgorszych dzielnic Los Angeles. A jeśli heroina była kiepska, mogli się poskarżyć – dostawali przeprosiny i działkę gratis.

Najpierw działali w Kalifornii, potem w innych zachodnich stanach: Oregonie, Kolorado, Arizonie, Nowym Meksyku. Ta ekspansja była możliwa, bo wszyscy byli z tego samego miasteczka. Chłopaki z Xalisco nie mogli pozabijać konkurencji, bo najczęściej była z nimi spokrewniona, a już na pewno znała ich rodzinę. Poza tym nie byli to kartelowi mordercy, tylko rolnicy, rzeźnicy, piekarze, budowlańcy. Dzieciaki, które po prostu chciały zarobić trochę dolarów przez kilka miesięcy, a potem wrócić do domu, kupić ziemię, ożenić się z dziewczyną. Dziś operują w 20 stanach. A wszyscy są z małego miasteczka.

No i nie brali własnej heroiny. Ich narkotykiem było coś innego: lewisy 501.

– Chcieli powrócić do domu jak królowie, a 501 były symbolem tego sukcesu. Chcieli przyjechać w nowiutkiej parze dżinsów, z torbami wypchanymi prezentami, tak żeby wszystkie dziewczyny chciały z nimi gadać, rodzice ich podziwiali, a koledzy, z którymi chodzili do szkoły, zazdrościli. To był ich narkotyk i główny motywator: szacunek, zazdrość i podziw lokalnej społeczności. A kiedy pieniądze się kończyły, nie zamierzali wracać do pracy na farmie czy pieczenia chleba – znów jechali na północ sprzedawać heroinę. Część zakładała własne komórki i zatrudniała chłopaków takich jak oni. I tak biznes się kręcił.

W latach 90., kiedy chłopaki z Xalisco przesuwali się na wschód, USA przechodziły inną rewolucję: w podejściu do bólu. Jak do niej doszło?

– Lekarze zaczęli się domagać lepszych narzędzi do walki z bólem. Wcześniej zapisywali morfinę i jej pochodne bardzo ostrożne, może nawet zbyt ostrożnie, bojąc się, że chory się uzależni. W latach 80. zwolennicy bardziej intensywnego leczenia bólu zaczęli argumentować, że opioidy nie uzależniają, kiedy podaje się je cierpiącym pacjentom. Nie ma na to żadnych naukowych dowodów, ale ich to nie obchodziło. Byli rewolucjonistami, którzy chcieli zmienić przekonania, wyważyć drzwi i wpuścić nowe światło. Wsparł ich oczywiście przemysł farmaceutyczny, tworząc nowe opioidowe leki przeciwbólowe, w tym osławiony OxyContin.

Co to za lek?

– Przeciwbólowy opioid. Gdy firma Purdue wypuściła go na rynek w 1996 roku, był lekiem rewolucyjnym z powodu przedłużonego uwalniania substancji czynnej. Miała trafiać do krwi równomiernie przez 12 godzin, dzięki czemu pacjent unikał intensywnych stanów euforycznych i depresyjnych, które zwykle wywołują opiaty.

Na lata 90. w USA przypada też rewolucja w marketingu farmaceutycznym. Wcześniej większość leków sprzedawali starsi, doświadczeni mężczyźni, często farmaceuci, którzy byli autorytetami i ważnym źródłem informacji dla lekarzy. Teraz firmy farmaceutyczne postawiły na atrakcyjnych młodych ludzi, którzy niewiele wiedzieli o lekach, ale znali się na tym, jak je sprzedać.

Purdue sprzedawała narkotyk bardzo agresywnie, dając sprzedawcom premie – 100 tysięcy dolarów rocznie. Regularnie odwiedzali lekarzy, rozdawali próbki i przekonywali do wypisywania jak najwięcej recept. Organizowali konferencje, dawali upominki. Właścicielem Purdue są Sacklerowie, jedna z najbogatszych rodzin w Ameryce. Na początku tej dekady byli warci więcej niż Rockefellerowie. A to wszystko dzięki OxyContinowi.

Z perspektywy firmy farmaceutycznej lek, który uzależnia, to spełnienie marzeń. Nieetyczne, ale zyskowne. Do jakiego stopnia, twoim zdaniem, Sacklerowie zdawali sobie sprawę ze skutków ubocznych OxyContinu?

– Z materiału dowodowego w toczących się procesach jasno wynika, że przynajmniej od 15 lat doskonale wiedzieli, jak uzależniający jest OxyContin, i mimo to zachęcali lekarzy, by wypisywali jak najwięcej recept.

Dlatego dziś niemal każdy stanowy prokurator generalny chce iść do sądu z Purdue.

Firma może pójść na ugody, ale procesów jest tak dużo, że jeśli będzie płacić odszkodowanie w każdym przypadku, zbankrutuje. Pozywają ich małe miasteczka i wielkie miasta, takie jak Los Angeles i Chicago, i setki hrabstw – ostatnio naliczyłem chyba z trzysta. To niesamowita zmiana, bo jeszcze gdy kończyłem książkę, w 2014 roku, były ponoć tylko trzy takie pozwy.

Co się stało?

– Wzrosła świadomość problemu. Kiedy pisałem „Dreamland”, nikt nie chciał ze mną rozmawiać o epidemii opiatów, ponieważ posiadanie w rodzinie uzależnionej córki, syna, męża czy matki było powodem do wstydu. Jeśli uzależniony umierał, kłamali. Och, zmarł na atak serca, mówili. Zupełnie jak przy epidemii AIDS 30 lat wcześniej.

Coraz więcej ludzi otwarcie mówi o uzależnieniu, także w nekrologach pojawia się prawdziwa przyczyna śmierci. Zabrzmi to nieskromnie, ale uważam, że moja książka ma wiele wspólnego z tą zmianą.

Dziś już widzimy, że kryzys narkotykowy został sprywatyzowany: zyski zebrał sektor prywatny, a koszty ponosi niemal wyłącznie państwo. Bo to ono utrzymuje więzienia, policję, patologów sądowych, płaci rodzinom zastępczym i za leczenie najbiedniejszych, którzy po przedawkowaniu trafiają do szpitala.

To ciekawe, że wielu republikanów, znanych z tzw. twardego podejścia do przestępczości i narkotyków, zmiękło w temacie opiatów, kiedy okazało się, że biorą je nie czarne dzieciaki z gett, ale białe z przedmieść.

– Otóż to. Przez lata w matecznikach prawicy politycy licytowali się na twardość wobec przestępców. Królowało podejście „zamknąć w więzieniu i wyrzucić klucz”. Wyborcy głosowali na ludzi, którzy proponowali taką politykę. A po-

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.