Z Agatą Grzybowską, fotoreporterką, rozmawia Grzegorz Szymanik

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Zawód Reporter -

Po co ci te zdjęcia?

– Od dziecka miałam obsesję świata zatrzymanego w obrazie. Najpierw zatrzymywałam go w rysunkach, a potem zaczęłam fotografować. W stronę fotoreportażu pchnął mnie na łódzkiej Filmówce Marian Schmidt. Powiedział, że mam podejście do człowieka.

A konkretnie?

– Wolałam opowiadać o ludzkich problemach niż o modzie. Co stylizowana fotografia mówi o kondycji człowieka? Człowiek w potrzasku, w biedzie, w cierpieniu, w sytuacji granicznej, zapomniany, zostawiony i niesłyszany – mam wielką potrzebę, żeby o nim mówić i dać mu możliwość mówienia. Czuję się jakby odpowiedzialna. Dlatego też zaczęłam jeździć na konflikty, żeby tego człowieka tam znaleźć. Zresztą mam do tego chyba predyspozycje.

Jakie?

– Zaburzone poczucie lęku.

Pamiętam. Ledwo przepłynęliśmy przez rzekę graniczną w Syrii i wysiedliśmy na lądzie, a ty już gnałaś za ciężarówką pełną uzbrojonych po zęby powstańców, żeby robić zdjęcia. Nigdy nie włącza ci się hamulec?

– Na Majdanie się nie włączał. W ogóle o tym nie myślałam, podchodziłam najbliżej, jak się dało. Dopiero później, w Donbasie na linii frontu, zdałam sobie sprawę, że nad tym nie panuję. Choć w gruncie rzeczy to jest przypadek, czy coś ci się stanie. Wychodzisz z ziemianki i nagle się okazuje, że przez malutkie okienko wpada tam zaraz zbłąkana kula i urywa człowiekowi szczękę. Idziesz polem, a żołnierz, który ci towarzyszy, chwyta cię nagle za ramię. „Mówiłem, żebyś wysoko podnosiła nogi”. Pokazuje cienką żyłkę, którą masz przed butem. Na jej końcu ktoś podczepił granaty.

Na Ukrainie wszystko działo się tak szybko i gwałtownie. Nie potrafiłam nazwać, co się ze mną dzieje. Wyjechałam robić zdjęcia w Bieszczadach, żeby sobie życie uporządkować.

Chcę bardziej dbać o siebie. Na przykład po powrocie z jakiegoś trudnego wyjazdu pójść do psychoterapeuty, przeanalizować to, co się wydarzyło. Zaczynam stawiać sobie granicę, czuć odpowiedzialność, również za bliską osobę, którą zostawiam w domu.

Czy kobiecie trudniej być fotoreporterem wojennym?

– Wspomniałam o moim zaburzonym poczuciu lęku. Jest jeden wyjątek. Czuję lęk w sytuacjach, o których reporterzy i fotoreporterzy mężczyźni nie mają pewnie zielonego pojęcia. Bo na odludziu albo w okopie zawsze znajdzie się jakiś facet, który ubzdura sobie, że to, iż robię mu zdjęcia, znaczy coś więcej. Zacznie mnie traktować przedmiotowo, osaczać. W Bieszczadach robiłam zdjęcia samotnikom, jeden z bohaterów chwycił mnie za ramiona: „Stał mi całą noc. I co teraz?”. Byliśmy w chatce pośrodku lasu, z dala od ludzi. Po chwili mnie puścił. Czuję ogromną złość, że zdarza mi się to tak często, że muszę się z tym liczyć.

Co z tym robisz?

– Na wyjazdach nie ruszam się bez gazu. W środku nocy nie wychodzę na ulicę.

Przydał ci się ten gaz? Dopuszczasz, że coś ci się może stać?

– Zawsze biorę pod uwagę, że coś może mi się stać. Z gazu nie skorzystałam – to chyba dobrze – ale kiedyś w Indiach przydał mi się nóż. Podróżowałam sama, na odludziu, wyskoczyło ośmiu chłopaków. Otoczyli mnie, zaczęli obmacywać i mówić, jaki będziemy mieli seks. W kieszeni miałam nóż, jednego walnęłam rękojeścią w twarz. Odsunął się, wykorzystałam to i udało mi się uciec. Staram się być przygotowana. W Warszawie dużo ćwiczę, żeby mieć kondycję.

Masz swoich mistrzów?

– Kiedyś miałam: całe bractwo Bang Bang, klub fotoreporterów, którzy dokumentowali kres apartheidu w RPA. Później jednak zaczął mnie wkurzać ten styl fotografii konfliktowej: fotoreporter wojenny to najczęściej biały mężczyzna z bogatego kraju, trochę macho, który jedzie fotografować wojenne cierpienie i biedę, a potem wraca pławić się w sławie, legendzie bohatera i łyknąć Pulitzera. To nie jest odwaga. Bohaterami są ludzie, którzy tam muszą żyć, albo lekarze ratujący im życie. Dlatego dziś dużo bardziej cenię fotografów ze względu na ich postawę etyczną, wrażliwość i podejście do człowieka. Takimi wzorami są dla mnie korespondentka Marie Colvin (zginęła podczas walk w Hims w Syrii) i Lynsey Addario (porwana w Libii).

Bardzo lubię fotografię wrażliwą społecznie. Wspaniałą pracę wykonał Gordon Parks, czarnoskóry fotograf, który dokumentował ludzi z nizin społecznych, segregację rasową, skutki wielkiego kryzysu. Jest takie jego zdjęcie nawiązujące do słynnego obrazu „American Gothic”: czarnoskóra sprzątaczka Ella Watson stoi z mopem na tle ogromnej flagi amerykańskiej. Parks fotografował jej życie, pracę i rodzinę. Nie zostawił po jednym ujęciu. Towarzyszył jej i utrzymywał z nią kontakt. Dlatego to głęboka i pełna opowieść

A ty utrzymujesz kontakt z bohaterami?

– Zawsze. Nie potrafię ich zostawić, czułabym się źle, że wyciągam z nich historie, a potem wracam do mojego dobrego kraju, gdzie mam pieniądze i wodę w kranie.

Jaki to kontakt?

– Jeśli mnie o coś proszą, próbuję pomóc. Czasem po prostu rozmawiamy. Piszemy na komunikatorach. Jeden z bohaterów mojej fotograficznej książki o Bieszczadach trzyma ją pod poduszką. Dzwoni czasem i mówi, że jak ogląda ją w nocy, to nie czuje się sam.

Fotografia może zmienić świat?

– W sensie globalnym absolutnie nie. Mogła w latach 60., kiedy zdjęcia nas nie zalewały zewsząd jak dziś. Nadal jednak może zmieniać świat w skali mikro. Ktoś zobaczy zdjęcie i wpłaci pieniądze na organizację, która pomaga dzieciom poszkodowanym przez wojnę. Albo ktoś w uchodźcy zobaczy człowieka.

Twoje najważniejsze zdjęcie?

– To chyba będzie to z Kramatorska z obozu dla kobiet uciekających z zajętego przez separatystów Doniecka. Przedstawia małą dziewczynkę, która ma na twarzy narośl. Lekarze mówili, że guz zaczął rakowacieć i trzeba jak najszybciej operować, ale matka nie miała ani pieniędzy, ani możliwości, by to zrobić. Po opublikowaniu tekstu Igora Miecika i moich zdjęć pieniądze szybko się znalazły i dziewczynka została zoperowana. Fundacja Lambre, która zajmowała się dziećmi poszkodowanymi

Dziś każdy robi zdjęcia komórką. Gdzie jest miejsce dla fotoreportera, skoro zawsze dotrze później niż okoliczni mieszkańcy?

– Newsa zawsze szybciej nada ktoś, kto żyje na miejscu. I dobrze. Ale fotoreportaż może mówić o tym, dlaczego coś się dzieje, opowiadać długie historie. Czasy się zmieniły, i dobrze. Przestańmy żyć mitem reporterów i fotoreporterów z lat. 60. To powiedziałabym sobie sprzed kilku lat: nie goń za newsami. Nie chcę się śpieszyć, by publikować zdjęcia ludzi, których nie znam z imienia. Zamiast na tydzień chcę się wybrać na pół roku, zrozumieć ludzi i opowiadać ich historie. Jak Gordon Parks. To praca bardziej fair. Ale jeszcze bardziej samotna.

– Mam przekonanie, że samotność wpisana jest w ten zawód, że jako fotoreporter albo reporter wyjeżdżający w miejsca konfliktu skazujesz się na bycie samotnym. Po to też między innymi pojechałam w Bieszczady: przez zrozumienie ludzi, którzy zaszyli się w górach, chciałam zrozumieć siebie. Jeśli rozmawiasz tylko z innymi reporterami, to bliskie ci osoby w pewnym momencie przestają cię rozumieć, dlatego postanowiłam, że będę o siebie dbać, bo chciałabym wykonywać ten zawód jak najdłużej.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.