Życie kata po śmierci ofiar

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Kalicki - Włodzimierz Kalicki

Josef Mengele, Anioł Śmierci z obozu Auschwitz, w 1930 roku, po świetnym zdaniu matury, zaczął studia na dwóch od razu wydziałach Uniwersytetu Monachijskiego: filozofii i medycyny. Prymus Mengele trafił źle. Jednym z jego pierwszych mentorów był dr Ernst Rüdin, apostoł idei z piekła rodem: niemieccy lekarze mają prawo, wręcz obowiązek likwidować przejawy „życia pozbawionego wartości”. A jakie życie jest „pozbawione wartości”? O tym mieli decydować, oczywiście, dr Rüdin i niemieccy lekarze (gdyby Stephen Hawking urodził się nie w 1942 roku w Oksfordzie, lecz kilkanaście lat wcześniej w Heidelbergu, skończyłby życie nie w otoczeniu bliskich w Cambridge jako wizjoner astrofizyki, ale w komorze gazowej albo z igłą strzykawki z fenolem w sercu – typ ze stwardnieniem zanikowym bocznym był modelowym przykładem „życia pozbawionego wartości”).

Josef Mengele, jak o tym świadczą niezliczone relacje, uważał się za kogoś wyjątkowego i bardzo chciał zrobić karierę. Naziści takich uwielbiali. W 1937 roku został przyjęty do NSDAP, a rok później do SS. Po służbie w dywizji pancernej SS na froncie wschodnim dostał służbowe przeniesienie do obozu Auschwitz. Nucąc klasyczne arie operowe, jednym ruchem dłoni wysyłał z kolejowej rampy do gazu tysiące Żydów i Romów. Brał udział w ponad 70 selekcjach.

Już dwa dni po przyjeździe wsławił się skutecznym zlikwidowaniem epidemii tyfusu – ponad tysiąc Romów, wszystkich więźniów z baraków, w których wykryto przypadki tyfusu, kazał posłać do gazu. Później przeprowadził ponad 30 selekcji w obozowym szpitalu. To wtedy więźniowie zaczęli go nazywać Aniołem Śmierci: w śnieżnobiałym kitlu, w śnieżnobiałych rękawiczkach, z uśmiechem wybierał chorych do gazu albo na zastrzyk fenolu w serce.

Przekonany o swych wielkich kompetencjach naukowych przeprowadzał w KL Auschwitz pseudomedyczne eksperymenty – wartości naukowej nie miały żadnej, niosły za to niewyobrażalne cierpienia i śmierć. Bliźnięta dręczył punkcjami lędźwiowymi, amputacjami kończyn, całkowitym przetaczaniem krwi między nimi, zakażaniem ran; wszystko bez znieczulenia. Ostatecznie udręczone bliźnięta jednocześnie mordowano, by Mengele mógł zrobić sekcje zwłok. Zbrodnie te uzasadniał koniecznością odkrycia tajemnicy ciąż mnogich, by naród panów mógł się szybciej reprodukować. Zamęczył i zamordował niemal półtora tysiąca żydowskich i romskich bliźniąt. Podobnie torturował i mordował wyłowionych na obozowej rampie karłów.

Dziesięć dni przed wyzwoleniem Auschwitz przez Armię Czerwoną Mengele zabrał dokumentację swej obozowej działalności i uciekł przebrany za zwykłego żołnierza Wehrmachtu, ale schwytali go Amerykanie. Mengelemu udało się jednak uniknąć w 1938 roku obowiązkowego w SS tatuażu na wewnętrznej stronie lewego przedramienia i został zwolniony z amerykańskiego obozu jenieckiego. O naukowej wartości swych koszmarnych doświadczeń na ludziach był tak mocno przekonany, że zaryzykował wyprawę do sowieckiej strefy okupacyjnej, by odszukać pielęgniarkę, której podczas ucieczki z Auschwitz powierzył walizkę z notatkami i próbkami.

Przez trzy lata ukrywał się jako robotnik w gospodarstwie rolnym niedaleko rodzinnego Günzburga. W 1949 roku z pomocą niemieckiego biskupa o hitlerowskich sympatiach Aloisa Hudala przedostał się przez Włochy do Argentyny. Pod rządami autorytarnego populisty Peróna Argentyna stała się po wojnie mekką sierot po narodowym socjalizmie, włoskim faszyzmie i wszelkiej maści kolaborantach Hitlera. Zbrodniarze i przestępcy wojenni mogli liczyć na przymknięcie oka przez perónistyczną administrację. Skorzystał na tym i Mengele – dzięki pomocy i współpracy innych zbiegów z III Rzeszy i lokalnych admiratorów Führera dorobił się, ściągnął z Niemiec wdowę po swym bracie i ożenił się z nią (na życzenie ojca lękającego się kogoś nieznanego wśród spadkobierców jego firmy w Günzburgu). Ostrożny, przez dziesięć lat sparaliżowany lękiem przed zdemaskowaniem Mengele posunął się wręcz do tego, że przestał ukrywać swoje nazwisko.

Dolce vita skończyło się w początkach lat 60. Najpierw, w 1960 roku, porwanie z Argentyny Adolfa Eichmanna przez agentów Mosadu, potem, w latach 1963-65, drugi (po krakowskim z roku 1947) proces (we Frankfurcie nad Menem) esesmanów z załogi Auschwitz przypomniały światu o istnieniu Anioła Śmierci, a jemu samemu o istnieniu opinii publicznej i izraelskiego wywiadu.

Na świecie od początku lat 60. zdawano sobie sprawę, że Mengele żyje i się ukrywa– najpewniej w Ameryce Południowej. Mnożyły się najbardziej fantastyczne rewelacje o rzekomo ciągle wpływowym zbrodniarzu. Mengele stał się gwiazdą kultury masowej. Napisano o nim mnóstwo powieści i nakręcono niejedną fabułę. A to ukryty w Paragwaju niczym bondowski doktor No oplata świat mrocznymi intrygami, a to torturuje na fotelu dentystycznym sympatycznego nowojorskiego maratończyka, a poza tym nosi przymocowany do przedramienia iście bondowski, wysuwany bagnet i ciągle szuka woreczka przemycanych diamentów, a to spotyka się w Argentynie z dwunastoletnią dziewczynką, na której przeprowadzał eksperymenty pseudomedyczne... Kariera Anioła Śmierci w powojennej kulturze masowej to wystarczający powód, by powstała książka rzetelnie opisująca jego prawdziwe powojenne losy.

Czy jest nią „Zniknięcie Josefa Mengele” Oliviera Gueza? Niestety, nie. Choć wydawca reklamuje książkę jako „opartą na faktach opowieść o powojennej ucieczce Josefa Mengele”, autor przyznaje: „Książka opowiada historię Josefa Mengele w Ameryce Południowej. Niektóre strefy cienia z pewnością nigdy nie zostaną rozjaśnione. Tylko forma powieściowa pozwalała mi przybliżyć się do makabrycznej drogi nazistowskiego lekarza”.

Pomijam fakt, że określenie lat spędzonych w Ameryce Południowej „makabryczną drogą” jest ponurym żartem. Mengele blisko 30 lat spędził we względnym zrazu dostatku, z czasem niedostatku, ale gdzie tu „makabryczna droga”? Taką drogę zgotował Mengele swym ofiarom w Auschwitz, on sam dożywał swych lat w warunkach, o jakich mogą marzyć setki milionów ludzi. Podobnie nadtytuł z pierwszej strony okładki: „Iście dantejska tułaczka Josefa Mengele po Ameryce Południowej” jest grubo niestosowny: Mengele ani nie uznał przez te lata swych win, ani za winy te nie cierpiał. Chyba że jego latynoskie peregrynacje uznać za wizytę w dantejskim raju.

Schowanie się Gueza pod płaszczykiem powieściopisarza pozwala mu na opisywanie życia erotycznego zbrodniarza, ale przecież nie nobilituje pojawiających się tu i ówdzie wątpliwych fraz w rodzaju: „ogląda [swe] przebiegłe usta” czy „obojętne na nieszczęścia obywateli władze porządkują biedę”.

Mengele i Adolf Eichmann spotykali się w Argentynie. Ciekaw jestem, ile jest prawdy w scenie opisywanej w rozmaitych publikacjach, że Anioł Śmierci proponuje Eichmannowi wszechstronne przebadanie go, a ów pomysł ten ze zgrozą odrzuca. Guez o tym zdarzeniu nie wspomina. Czy to znaczy, że scena ta jest fikcją, czy też autor epizod ów przeoczył lub wręcz zlekceważył? Bezpiecznik „to tylko powieść” takie pytania niestety skutecznie uchyla – w rzetelnej biografii czy historycznym reportażu byłoby to niemożliwe.

Co rusz w „Zniknięciu...” pojawiają się detale, które budzą zaufanie do rzetelności autora (pomijając relacje o erekcjach oświęcimskiego zbrodniarza oraz szczegółowe opisy jego koszmarów sennych): egzotyczne marki samochodów, których używał, dokładne adresy kolejnych kryjówek, imiona i nazwiska wspólników oraz nazwy odwiedzanych lokali.

Czy to wskazówka, że trzeba odsiewać autorskie fantazmaty od konkretów, najwyraźniej prawdziwych? Niekoniecznie. Wspominając o uprowadzeniu Mussoliniego z włoskiego więzienia przez hitlerowskiego komandosa Otto Skorzenego, Guez pisze: „esesman z blizną Otto Skorzeny, który naszprycowany metamfetaminą uprowadził na pokładzie szybowca Mussoliniego”. A prawda jest taka, że uwolniony przez Skorzenego Mussolini wsiadł do samolotu pilotowanego przez Heinricha Gerlacha, a gdy mieli startować, do dwuosobowej kabiny wdarł się Skorzeny, który nie chciał stracić splendoru oswobodziciela sojusznika Hitlera. Dziko przeciążony storch o mało nie runął w przepaść i tylko szybkie zużycie paliwa pozwoliło Gerlachowi w końcu ustabilizować lot. I jak tu wierzyć w szczegóły podawane przez Gueza?

Mengele stał się gwiazdą kultury masowej. Napisano o nim mnóstwo powieści, nakręcono niejedną fabułę

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.