Udręka i ekstaza, czyli Judasz w Watykanie

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Wniebywałym zgiełku wokół filmu „Kler” umknąć może inne doniosłe dzieło podejmujące wątek religii i stanu duchownego, mianowicie nowa powieść Pawła Lisickiego, redaktora naczelnego tygodnika „Do Rzeczy”. Jest to książka pod jak zwykle nieoczywistym u tego autora tytułem „Epoka Antychrysta”. Lisicki to autor niebywale wszechstronny, a zarazem nadzwyczaj obsesyjny, nieposkromione żądze pisarskie pchają go wciąż do płodzenia kolejnych epokowych dzieł, a to o Żydach, a to o Islamie, a to o luteranach, a to o Bogu, a to o papiestwie. Spodziewam się, że żyje Lisicki w mocnym przekonaniu, że jego dzieła są skrupulatnie czytane i analizowane. Nie myli się wcale, osobiście znam dwie osoby, które czytają Lisickiego. Jedną z nich jestem ja sam. Co się teraz dzieje w redakcji „Do Rzeczy”, nie wiadomo, można sobie jedynie wyobrażać, jak Piotr Semka stara się nie rzucać w oczy, żeby go Lisicki nie zagadnął, co sądzi o jego powieści, jak Ziemkiewicz ukrywa się w zakamarkach biura, by go szef nie zdybał i nie przesłuchał na okoliczność „Epoki Antychrysta”, Terlikowski zaś mówi, że w ogóle się nie zna na Kościele i nie umiałby ocenić powieści o Watykanie. Wszyscy oni wiedzą, że intelektualnie to zadanie mogłoby ich przerosnąć – zmagać się z tym, co papież Franciszek wypisuje, to żadna sztuka, zmierzyć się z tym, co wypisuje Lisicki, zupełnie inna sprawa.

Rzecz rozpoczyna się w roku 2217, kiedy konklawe wybiera nowego papieża, który przyjmie ostentacyjnie imię Judasz, jako że postanowił zdradzić Chrystusa, jako Iskariota zdradził. Nowy, 273. papież nazywa się Juan Pablo Bergamot, nadzwyczaj podobnie do Jorgego Maria Bergoglia, obecnego numeru 266, papieża Franciszka, który – jak wiadomo – podjął się zadania zniszczenia Kościoła. Bycie katolikiem stało się bohaterstwem, powszechnie zapanował terror tolerancji i ekumenizmu, odwracania się od wiary i przepraszania za zbrodnie Kościoła, dopiero jednak Judasz ogłasza oficjalnie wielki plan zniszczenia chrześcijaństwa. Pomóc mają mu w tym takie figury jak Giovanna Turbo Bigośnicki – kiedyś mężczyzna, dzisiaj kobieta – Szefowa Kongregacji do spraw Walki z Fundamentalizmem, która zastąpiła Kongregację Nauki Wiary, czyli dawne Święte Oficjum, czyli inkwizycję. Kiedyś inkwizycja walczyła z wrogami Kościoła, teraz nowa lewacka inkwizycja walczy z Kościołem. Wieje grozą – nie dość, że wyświęca się już kobiety, to w Watykanie zapanował parytet i połowa składu kardynalskiego to kardynałki. Nie tylko feminizm się rozprzestrzenił wraz z ateizmem, ale też homoseksualizm, weganizm, transpłciowość oraz zaufanie do nauki i skuteczności szczepionek, słowem: szaleje koszmar postępu. Aby obalić fundament chrześcijaństwa, a mianowicie wiarę w zmartwychwstanie Chrystusa, ludzie Judasza podrzucają ludzką kość do Bazyliki Grobu Świętego – kość w istocie starożytną i męską, by udowodnić za pomocą tej manipulacji, że Jezus, owszem, umarł, ale nie zmartwychwstał. Papież tą kością wywija publicznie, by przekonać wreszcie niedowiarków, iż Chrystus zgnił w grobie jak zwykły śmiertelnik. To będzie ostateczny koniec chrześcijaństwa, puszy się Judasz w powieściowym roku 2218, a ja pytam: „Dwieście lat jeszcze mamy czekać? A nie można by już teraz?”. Nie można, tego wymaga dobro Kościoła, a nade wszystko dobro powieści polskiego Huxleya i Orwella razem wziętych.

Cała Europa Zachodnia jest już w szponach ateistycznego relatywizmu, ostatni niezłomni starają się przeciwstawić Judaszowi, buntownicy, którzy przyjęli imiona Eliasz i Enoch, chronią się w jedynym miejscu w Europie, gdzie jeszcze płonie żar wiary, nie domyślacie się tego pewnie czytelnicy, ale chodzi o Jasną Górę w Częstochowie, bo jeno już w Polsce i w Nigerii trwają w oporze prawdziwi chrześcijanie. No i trochę w Rosji – ma się rozumieć – Rosja jest bardzo bliska sercom polskich katolików.

Jedynym, który przeciwstawia się cynicznym zagrywkom Judasza, jest prokurator chilijski Jesus Maria Resurrection – zważmy, z jaką finezją i pomysłowością wytrawny publicysta, chwilowo na froncie literackim, nadaje nazwiska protagonistom tej historii: zły papież nazywa się Judasz, dobry chrześcijanin wierzący w zmartwychwstanie dla niepoznaki nosi zaś nazwisko Zmartwychwstanie. Powstrzymać Judasza chcą jeszcze nawróceni na chrześcijaństwo Żydzi, którzy wreszcie pojęli, że Jezus był Mesjaszem. Rychło w czas, co? Dwa tysiące dwieście lat musieli się zastanawiać, zanim wreszcie porzucili judaizm i skumali, co jest prawdziwą wiarą? Dzięki Bogu na końcu powieści pojawia się zabieg znany jako deus ex machina i nadchodzi Jezus Chrystus w osobie własnej, przy wtórze trąb anielskich, a zatem dokonuje się wreszcie paruzja!

Czytelnik może się poczuć głęboko znużony i udręczony metodą Lisickiego już po trzydziestu stronach „Epoki Antychrysta”, co dopiero po trzystu, ale niewątpliwie sam autor ani przez chwilę nie odczuwał nie tylko znużenia, ale też niemocy twórczej, nie cierpiał na brak boskiego natchnienia – to powieść napisana w stanie iluminacji oraz ekstazy. Lisicki nawet jakby chciał okiełznać swą wyobraźnię, to nie potrafi, sił mu nie starcza w ataku natchnienia – galopada pomysłów i grepsów wyprzedza o kilka długości pisarza, usiłuje twórca dogonić własne pomysły, ale nie może, bo już uciekły. Wątki pędzą jak stado bawołów opętanych zbiorową manią, a Lisicki niczym w rodeo usiłuje nie spaść z wierzgającego byka narracji. Nawet trudno tu znaleźć normalne dialogi, bo cała powieść składa się z publicystycznych opisów oraz długich tyrad bohaterów, w których wykładają kawa na ławę swoje poglądy i zamierzenia. Jak wiadomo, ważne jest dzieło, a nie stan, w jakim twórca je pisał, ale nie umiem odpędzić się od wizji Lisickiego z ogniem w oczach walącego w klawiaturę i zaśmiewającego się subtelnym, cichym, jednakowoż diabolicznym rechotem ze swych piekielnie celnych zdań i demaskatorskich aluzji.

Metodą twórczą Lisickiego jest redundancja – jak już Lisicki napisze jakieś zdanie, to natychmiast pisze je na nowo, żeby się utwierdziło w pamięci czytelnika. Jak Judasz powie, że jego celem jest zniszczenie chrześcijaństwa – będzie to powtarzał co chwilę. Tak Lisicki swym kunsztem obezwładnia czytelnika, że ten już nie ma najmniejszych szans na własną interpretację. Lisicki nie dość, że napisał powieść, to jeszcze zawarł w niej jedyną dopuszczalną egzegezę. Naturalnie, jak to z antyutopiami – należy to dzieło czytać na wskroś współcześnie, nie przejmując się futurystycznym kamuflażem, wszak w sposób doskonały przelewa w formę fikcji Lisicki to wszystko, co pisze i drukuje na łamach „Do Rzeczy”, i poniekąd „Epoka Antychrysta” zastępuje regularne czytanie tego tygodnika. Zakupiwszy egzemplarz powieści, mogę na dłuższy czas odpuścić lekturę „Do Rzeczy”, choć naturalnie nie powstrzymałem się przed nabyciem numeru poświęconego niemal w całości filmowi „Kler” i zanurzyłem się w głębinach myśli analityków dzieła Smarzowskiego. Spodziewałbym się w następnych wydaniach pisma równie odważnych, bezkompromisowych ocen „Epoki Antychrysta”, ze wszystkich bowiem teorii, z którymi się w życiu zetknąłem, największą czułość mam dla teorii spiskowych. Jeśli kto mówi, że „Kler” jest antykościelny, ten nie czytał „Epoki Antychrysta” – takiego ataku na Kościół Smarzowski by się nie odważył nakręcić. Cóż, że to Kościół przyszłości i papiestwo za lat dwieście, fakt pozostaje faktem: Lisicki najwyższej władzy kościelnej nienawidzi.

Wieje grozą – nie dość, że wyświęca się kobiety, to zapanował parytet i połowa składu kardynalskiego to kardynałki

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.