Rampa do dalszego życia

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Kalicki - Włodzimierz Kalicki

Gigantyczna kolejka węgierskich Żydów czeka na selekcję. Wieziono ich w bydlęcych wagonach. Po kilkudniowej podróży na baczność, bez jedzenia i wody, wypadali na rampę w Auschwitz na przemian ledwie żywi ludzie i trupy. Ci, którzy przeżyli, stoją teraz w niekończącej się kolumnie. Wielu dopadają konwulsje grozy i strachu. Inni czepiają się każdej nitki nadziei. Przecież rozlega się z głośników wesoła muzyka – gdyby oni chcieli zrobić nam coś bardzo złego, nie zadawaliby sobie przecież takiego kłopotu. Na Węgrzech strzałokrzyżowcy mordowali Żydów przy akompaniamencie wyzwisk i ryku nienawiści. Nad bramą wjazdową do obozu każdy mógł zobaczyć napis: „Arbeit macht frei”, praca czyni wolnym. Czyli to jest obóz pracy, trzeba tylko zacisnąć zęby i wytrzymać.

„Widzisz, to nie może być straszne miejsce. Tylko tu trochę popracujemy, aż skończy się wojna” – mówi ledwie trzymający się na nogach, postarzały w parę tygodni o ćwierć wieku mistrz krawiecki do najmłodszej z trzech córek – Edith.

Jeszcze wszyscy są razem – krawiec, jego żona i dwie córki. Edith i starsza siostra stoją po obu stronach matki, trzymają ją za ręce. Ojciec musi odejść do kolumny mężczyzn. Jego żona nie wie nic o tym miejscu, ale ciągle napomina najmłodszą: wyprostuj się, zapnij płaszcz, pokaż, że jesteś kobietą, a nie dzieckiem! Ona jeszcze nie wie, ale przeczuwa, co je czeka. Esesmani popychają kolumnę i nagle matka i córki stają przed niemal radośnie uśmiechniętym, elegancko ubranym oficerem z wielką szczerbą między górnymi jedynkami. Oficer ciepło, serdecznie dopytuje się, która z pań jest już po czterdziestce, która z panien nie ma jeszcze czternastu lat. A może któraś jest chora? Jak tak, to bardzo proszę na lewo. Nie wiedzą, że to dr Josef Mengele, oświęcimski Anioł Śmierci. Czterdziestoletnia matka ma siwe włosy, ale skrywa je pod szalem. Cery, gładkiej, bez najmniejszej zmarszczki, świetlistej, mogłyby jej pozazdrościć dwudziestolatki.

Mengele patrzy Edith w oczy i pyta:

„To twoja matka czy siostra?”. „Matka” – odpowiada szesnastolatka. „A, to na lewo”. Gdy Edith nie puszcza ręki matki, Mengele łapie dziewczynę za ramię: „Nie, ty na prawo”.

Jej matka idzie w długiej kolejce starców, dzieci i chorych w kierunku szatni.

Niepewność i strach w sercu Edith zamienia się wieczorem w kamienną pewność. Jej matkę Niemcy zabili gazem i spalili. Matka nie żyje, bo Edith powiedziała esesmanowi, że jest jej matką. Nie siostrą. Jedno słowo.

Czy można żyć z taką świadomością? Żyć i nie oszaleć? Nie chcieć z takim życiem skończyć? Można, jeśli jest się więźniarką w Auschwitz-Birkenau. Jeśli codziennie patrzy się na kominy walące czarnym, tłustym dymem, jeśli z głodu, z przemęczenia morderczą pracą ciało zamienia się w pergamin skóry rozpiętej na kościach, jeśli codziennie chce się żyć i walczyć, bo ciągle w zasięgu oka i ręki jest starsza siostra Magda w więźniarskim pasiaku. Więc Edith żyła, i to w dwóch światach. W tym, w którym istniało jej ciało, wstawała rano z sześcioosobowej pryczy, myła twarz w lodowatej wodzie, ustawiała się przy boku siostry i maszerowała do pracy. W świecie, w którym chroniła się jej dusza, do którego jej umysł mógł wkroczyć po dniu pracy, na obozowej pryczy, w tym świecie rozbrzmiewały dźwięki muzyki fortepianowej granej przez jej trzecią siostrę, początkującego wirtuoza, której udało się ukryć i uniknąć wagonu do Auschwitz. Jej chłopak – pierwsza i jedyna, platoniczna sympatia – ciągle składał na jej ustach nieśmiały pocałunek. W tym świecie jej nogi – utalentowanej, nastoletniej baletnicy i gimnastyczki, jeszcze niedawno szykowanej na olimpiadę – wymachiwały

Zdobyła się na odwagę i spała w hotelu Zum Türken, w pokoju i w łóżku dr. Josepha Goebbelsa

wysokie wykopy i pięknie obracały się wraz z ciałem. Ten świat ratował ją przed zagładą. Gdy znudzony, pretensjonalny morderca Mengele, który uważał się za konesera klasycznej kultury, kazał wycieńczonej Edith w pasiaku i drewniakach zatańczyć w baraku baletową klasykę, świat szczęścia nagle otworzył wejście przed duszą dziewczyny. Znikła powracająca co i rusz sylwetka matki w wełnianym płaszczu idącej na rampie do kolumny po lewej stronie. Koneser Mengele kiwnął głową. Mogła dalej żyć. W Auschwitz i podczas niekończącego się marszu śmierci w ostatnich miesiącach wojny. Troszczyła się o siostrę, ryzykowała życie, by ukraść dla niej kilka marchewek. Gdy już leżała konająca i nie mogła choćby szeptać, wewnątrz sągu więźniarskich trupów, cudem zauważył ją czarnoskóry żołnierz z amerykańskiej 71. Dywizji Piechoty.

Czy po wyzwoleniu można było żyć ze świadomością, że na rampie padło słowo: „Matka”?

Tak, trzeba było tylko działać, a nie pamiętać. Wyjść za mąż za ocalałego z Holocaustu Żyda. Pójść do słowackiego więzienia, w którym komuniści już zatrzasnęli istnego diabła demokracji ludowych: Żyda kosmopolitę, bogatego kapitalistę fabrykanta, antykomunistę rozpierającego się w kilkunastu pałacowo urządzonych pokojach ze służbą, czyli męża Edith. W tym więzieniu dziewiętnastolatka musiała kupić od naczelnika za brylantowy pierścionek, prezent od męża, piętnaście minut. Kwadrans otwartych drzwi celi, po którym sfora uzbrojonych strażników ruszyła na polowanie. Jak za Hitlera. Potem trzeba było uciekać, korumpując policyjne i wojskowe obławy, do Wiednia. A potem, istny cud, mogli wykorzystać jedną z dwóch tylko przyznanych przed wojną przez Waszyngton promes imigracyjnych dla Żydów z Czechosłowacji i popłynąć do Nowego Jorku. A potem, kuląc się z córką po nędznych norach za parę dolarów, zaharowywać się na śmierć za nędzne centy – tak jak teraz uciekinierzy z Azji – i robić wszystko, by własna córka nie stała się wnuczką Holocaustu.

Wszystko było lepsze od flashbacku kamieniejącej grozy na nagły widok uzbrojonego amerykańskiego policjanta, na nieoczekiwany ryk syreny strażackiej. Wtedy wracało to, co ciemne, także to, co – jak się Edith wydawało – wrócić nie mogło, bo tak silnie je od siebie odpychała: słowo „matka” wypowiedziane na rampie do uśmiechniętego Josefa Mengelego.

„Wybór” Edith Eger to relacja z życia uratowanego po raz wtóry, bo wyzwolonego z dławiących oków traumy, poczucia winy i nienawiści do świata. Edith Eger na przekór wszystkiemu wychowała troje dzieci, w tym syna z poważnymi problemami rozwojowymi, nauczyła się angielskiego, w średnim już wieku skończyła studia z psychologii, zrobiła doktorat, została cenionym specjalistą od leczenia amerykańskich żołnierzy z zespołu stresu pourazowego. Zdobyła się na odwagę pojechania na konferencję kapelanów US Army w Niemczech, podczas której musiała spać w hotelu Zum Türken, w pokoju i w łóżku dr. Josepha Goebbelsa. Zdobyła się na odwagę pojechania po latach do Oświęcimia i położenia na spalonej ziemi obozu jednego kamyka, znaku miłości i pamięci. Zdobyła się wreszcie na dopuszczenie do siebie myśli: „Tak, powiedziałam, że to moja matka. I matkę Niemcy zabili. Chciałam ją ratować, a choćby razem z nią umrzeć. Matkę zagazowano. Ja żyję. Czy to znaczy, że jestem złym człowiekiem?”.

Książka dr Eger to opowieść o odrzuceniu pokusy nienawiści do oprawców, pokusy pozostania na zawsze ofiarą; relacja z długiej drogi ku dobroci, miłości i wolności. „Wybór” jest trzymającym czytelnika za gardło napomnieniem, że aby żyć, trzeba się uczciwie pogodzić z własną niedoskonałością, błędami, nie tylko zawsze o nich pamiętać, ale też zawsze być zwróconym ku innym. Żyjącym. Sekret ocalonej z Holocaustu, fizycznie i duchowo, węgierskiej Żydówki wydaje się banalny – wystarczy żyć uważnie, bacząc na wszystko, co dzieje się we własnej duszy i w duszach innych ludzi. I w każdych oczach widzieć dobro. A jeśli w niektórych nie widać nic prócz zła, myśleć o dobru, które mogłoby w nich kiedyś zagościć.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.