NIEUSTRASZONA KAREN

Gazeta Wyborcza - Gazeta Telewizyjna - - PIERWSZA STRONA - OLGA SUWALSKA

Rok 1985 był rokiem świetnych filmów fantastycznych. Największą widownię przyciągnęły do kin „Powrót do przyszłości” Roberta Zemeckisa i trzecia część Mad Maxa: „Pod kopułą gromu” (ta z Tiną Turner). Ale w wyścigu po Oscary liczyły się dwa zupełnie inne filmy, oba z 11 nominacjami: „Kolor purpury” Stevena Spielberga oraz „Pożegnanie z Afryką” Sydneya Pollacka. Oba opowiadające o przeszłości, oba będące ekranizacjami książek, oba o trudnym losie kobiet w świecie mężczyzn.

„Pożegnanie…” wygrało w siedmiu kategoriach, w tym dla najlepszego filmu i reżysera. „Kolor...” nie dostał nic. Cóż, Hollywood jeszcze przez wiele lat nie będzie gotowe na nagradzanie filmów o rasizmie, dyskryminacji i inności. Akademia równo potraktowała za to odtwórczynie głównych ról w tych filmach – choć nominowano zarówno Meryl Streep, jak i Whoopi Goldberg, najlepszą aktorką tego roku została mało dziś kojarzona Geraldine Page za rolę w zapomnianym już filmie „Podróż do Bountiful”.

Niezależnie od często dyskusyjnych wyroków Akademii Filmowej „Pożegnanie z Afryką” i „Kolor purpury” przeszły do historii kinematografii. To wielkie filmy, do których się wraca i do których się nawiązuje. Przy czym z dzisiejszej perspektywy wyjątkowość „Pożegnania z Afryką” jest dużo mniej namacalna, a jego wymowa subtelniejsza niż „Koloru…”. Nie umniejsza to w żaden sposób wielkości tego dzieła, przeciwnie – jest jego wielką zaletą.

Film rozgrywa się w ciągu siedemnastu lat – od 1913 do 1931 r. – kiedy pochodząca z Danii baronowa Karen Blixen mieszkała w Kenii i prowadziła tam plantację kawy. Scenariusz oparto na jej najbardziej znanej książce – „Pożegnaniu z Afryką”, ale również opowiadaniach i listach. Jest to bardziej filmowa biografia Blixen, niż ekranizacja książki.

Akcja rozpoczyna się w Europie, kiedy Karen Dinesen (Meryl Streep) zrozpaczona zdradą i odrzuceniem przez kochanka proponuje jego bratu bliźniakowi (a swojemu przyjacielowi) małżeństwo z rozsądku. Ona da Brorowi Blixenowi (Klaus Maria Brandauer) pieniądze, on jej tytuł baronowej oraz wolność od rodziny i Europy. Wyjeżdżają do Afryki, gdzie u podnóża gór Ngong, niedaleko Nairobi, zakładają plantację kawy.

Szybko się okazuje, że Bror nie nadaje się na farmera. Poluje przez długie tygodnie, zostawiając żonę samą z prowadzeniem farmy. Łowy Brora nie ograniczają się do zwierzyny – gdy podczas pierwszej wojny światowej Karen dostarcza oddziałowi męża zapasy, ten zaraża ją syfilisem. Baronowa musi wrócić do Europy na leczenie arszenikiem, co cofa chorobę, ale wywołuje ogromne spustoszenie w jej organizmie i niepłodność.

Afryka, Meryl Streep i Robert Redford – po trzydziestu latach „Pożegnanie z Afryką” wciąż dobrze się ogląda. Ale też kolejny seans odkrywa bardzo współczesne wątki tego wielkiego filmu

melodramat, USA 1985, reż. Sydney Pollack, wyk. Meryl Streep, Robert Redford, Klaus Maria Brandauer

Po powrocie do Afryki Karen rozstaje się z mężem i poświęca prowadzeniu plantacji oraz opiece i edukowaniu Kikuju, którzy dla niej pracują. Zbliża się też do myśliwego Denysa Fincha Hattona (Robert Redford). Ten wolny duch i awanturnik pojawiał się w jej życiu wcze- śniej, ale dopiero po rozstaniu z Brorem Karen pozwala sobie na rozkwit uczucia. Jednak Denys jest jak wolny elektron – najbardziej w życiu ceni swobodę i nie chce się wiązać. On też nie da Karen upragnionej stabilizacji.

„Pożegnanie z Afryką” jest określane jako „epicki romans” czy „melodramat”. Jednak w rzeczywistości, jeśli jest to film o miłości, to raczej niespełnionej i przynoszącej rozczarowanie. Jest to też opowieść o doświadczeniu wielu osób, osobliwie kobiet – dojmującej samotności w związkach i życiu w ogóle. Wreszcie, a może przede wszystkim, to historia odważnej kobiety z pokorą przyjmującej wyroki losu, lecz niepoddającej się im.

Karen Blixen w wersji Meryl Streep jest wyciszona, lecz jednocześnie niepokonana i nieustraszona. To widać już w pierwszych chwilach po przyjeździe do Afryki, gdy rano się dowiaduje, że po wieczornej kłótni świeżo poślubiony małżonek wyjechał na polowanie i wróci „przed deszczem”. – To dziś będzie padać? – pyta Karen sługę. – Może minąć wiele dni, nim zacznie padać – słyszy odpowiedź i już wie, że ze wszystkim została sama. Próbuje się wściekać, płakać, pakować, ale ostatecznie zakasuje rękawy i zabiera się do sadzenia kawowych drzewek, o których uprawie nie ma zielonego pojęcia.

I taka będzie przez cały czas – zmierzy się z lwami, nieprzychylną pogodą, wrogo nastawionymi ludźmi, będzie w pocie czoła pracować na farmie, stawiać szkołę dla Kikuju. Hartem ducha, intelektem i urokiem zjedna kolejne osoby.

Sprowadzanie tego filmu do wątku miłosnego jest dużym uproszczeniem. Ale też jest to bardzo prawdziwie opowiedziana historia miłości. Denys Finch Hatton nie uwodzi Karen spojrzeniem błękitnych oczu. Zwraca na siebie jej uwagę, bo jest jedynym mężczyzną w tym kolonialnym świecie, który traktuje ją jak równą sobie („Nie wysyłamy kobiet na wojnę. Przemów jej do rozsądku” – prosi jeden z bohaterów, gdy spotykają Karen jadącą z zaopatrzeniem do oddziału męża. „Może zostać ranna albo jeszcze gorzej! – Myślę, że ona zdaje sobie z tego sprawę” – odpowiada Finch Hatton i oddaje Karen swój kompas, by znów nie zmyliła drogi). Ich miłość również jest na wskroś prawdziwa. W kulminacyjnej scenie miłosnej, Karen mówi zakochanym głosem: „Jeśli coś teraz powiesz, uwierzę w to”. Denys milczy.

To nieprawdopodobne, jak bardzo współczesny może być film sprzed ponad trzydziestu lat. Jak mocno oddziałuje na widza opowiadaną historią, wspaniałymi kadrami, cudownym krajobrazem afrykańskim, doskonałym aktorstwem. Jedyne co się w nim zestarzało, to patetyczna muzyka Johna Barry’ego. Ale przecież nie można mieć wszystkiego. I Karen Blixen doskonale o tym wiedziała.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.