LUDZIE, KTÓRZY TWORZĄ NASZE MIASTO

Gazeta Wyborcza - Regionalna (Stoleczna) - - Z DRUGIEJ STRONY -

to pół fasady dalej, dopiero wtedy zatrzymałem się i cofnąłem. Wszystkie półki były zupełnie puste, a na szybie wisiała klepsydra. A, więc to była Mirosława– przeszło mi przez głowę. Tylko która?

Bo pracowały tam dwie siostry, obie uśmiechnięte. Od lat trzydziestu, a historia była jeszcze starsza, kiosk bowiem nazywał się – i, choć opustoszały, nazywa się nadal, przynajmniej dopóki ekipa budowlańców nie skuje liter – „Emilka” od ich matki, czy może nawet od babki, bo to babka była tu pierwsza, może jeszcze zanim się urodziłem. Zagadywały każdego klienta, dopytywały, doradzały. Jedna z sióstr – ta, która zmarła, czy ta druga? – po śmierci Konwickiego powiedziała mi smutno i, jak sądzę, z rozczarowaniem: „Ech, teraz z pisarzy to tylko pan mi został”. A ja – wstyd powiedzieć – choć przez dziesięć lat mieszkania w okolicy musiałem spędzić przed tym kioskiem w sumie ładnych parę godzin, kupując bilety, gazety albo po prostu gadając, nie znałem imienia żadnej z nich i teraz nie wiedziałem nawet, która z nich zostanie odprowadzona do grobuwPyrach.

Pobiegłem dalej, ale ta myśl nie dawała mi spokoju. Że miasto to nie tylko nasi przyjaciele, krewni, znajomi, nasi sąsiedzi, z którymi jesteśmy w lepszych czy gorszych stosunkach, ale i cała sieć tych rezydentów dnia codziennego: panie z kiosku, pani zwarzywniaka, pani kwiaciarka na rogu, pani optyk (która do nas mówiła „perło oczu moich”, ale już nie mówi, bo zwinęła interes). Nie chodzi mi o najmilsze nawet kelnerki w kafejkach czy innych przelotnych pracowników, którzy przychodzą i odchodzą w rytmie uniwersyteckich semestrów – ale o tych, którzy trwają, jak pani Ula z sąsiedniej ulicy, u której twarożek – podobnie jak gazety w „Emilce” – można było kupić jeszcze za nieboszczki komuny.

Myślałem o różnych sklepach mojego życia. O dzieciństwie wOliwie, gdzie kupowało się albo „u Córki”, bo jej ojciec lata temu leżał w szpitalu łóżko w łóżko z moim dziadkiem, albo – niechętnie, co wyjaśniało przezwisko – „u Chamki”, u której zawsze trzeba było uważnie sprawdzić każdą kwotę i obrócić każdy owoc, czy może nie zgniły. Ospożywczaku na Powiślu, gdzie pani Iwona mówiła mi – zerkając, czy szefowa nie słyszy – „Nie, tych kabanosów pan dzisiaj nie chce”. Opani kwiaciarce na rogu, do której po prostu przychodzę z pytaniem: „Które kwiaty mi się dzisiaj podobają?” Aona mi wybiera te najświeższe.

I to do niej właśnie zaszedłem, kiedy koło południa wracałem do domu. – Co bym dzisiaj kupił? Dla pani z kiosku?

– Może ta róża? Taka kolorowa? To była zawsze taka miła osoba, na całą ulicę to promieniowało. Podobno chorowała, ale nic po niej nie było widać, zawsze pogodna.

Kiedy podszedłem do okienka, pod klepsydrą leżało już całe naręcze pojedynczych róż.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.