JAKUB CHEŁMIŃSKI:

Gazeta Wyborcza - Regionalna (Stoleczna) - - PIERWSZA STRONA -

Nie używaliśmy jeszcze pojęcia smog, ale zdawaliśmy sobie sprawę z zanieczyszczenia powietrza. Dlatego zależało nam na budowie sieci ogrzewania miejskiego. Powołaliśmy Stołeczne Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej. Nikt już tego nie pamięta, ale to była wówczas trzecia najdłuższa sieć ciepłownicza na świecie, po Moskwie i Leningradzie [dziś Petersburg]. To był ogromny cywilizacyjny skok. Bez niego mielibyśmy dziś smog jak w Krakowie.

– W Śródmieściu były tysiące dymiących kominów, pełno składowisk węgla i małych kotłowni na kilka kamienic. Wszędzie jeździły wozy z węglem. W środku Powiśla działała ogromna, przestarzała elektrociepłownia. Mieszkałem wtedy na ul. Rozbrat, pamiętam, jaka sadza leciała z kominów. W zimowe poranki śnieg na Powiślu był szary.

– Dzięki likwidacji składów i kotłowni węgla zyskaliśmy 400 hektarów terenu. Większość w Śródmieściu. To obszar, na którym można było wybudować mieszkania dla 150 tys. ludzi. To przecież rozmiar dużego miasta. No i efektem było czystsze powietrze. Pamiętam tylko jedną dużą awarię na Siekierkach, gdy nie było ogrzewania przez kilka dni. Kilka nieprzespanych nocy, gdy musiałem odbierać telefon rządowy i meldować, jak idzie naprawa.

– Zrozumienie było, bo przecież wzorowaliśmy się na Związku Radzieckim, ale zawsze były problemy z finansowaniem. Władza stawiała na budownictwo mieszkaniowe i na to nie brakowało pieniędzy. Naszym zadaniem była rozbudowa elektrociepłowni, żeby zapewnić odpowiednią ilość mocy potrzebną dla nowych osiedli. Z tym był problem, często nie robiliśmy tego zwyprzedzeniem. Zdarzały się niedogrzania osiedli, ale nadrabialiśmy. Z technicznego punktu widzenia przełomowy był rok 1962, wktórym inżynierowie zPolitechniki Warszawskiej wymyślili tzw. kryzowanie, czyli regulację ogrzewania.

– Tak, wcześniej ich nie było iwszystkie grzejniki grzały na maksymalną moc, a jak było za ciepło, po prostu otwierało się okna. Kryzowanie

– Wydałem trudną decyzję o zmianie systemu wodociągowego. Od czasów prezydenta Stefana Starzyńskiego działała wieża ciśnień na Filtrach, która tłoczyła wodę do wodociągów wsposób statyczny. Ale miasto się rozrastało, trzeba było przejść z systemu statycznego na dynamiczny. Zbudowaliśmy pompy, które miały zastąpić wieżę, i kluczowy był moment przełączenia. Inżynierowie się spierali, duża grupa uważała, że stary, wdużej części przedwojenny, przerdzewiały, wyeksploatowany system wodociągowy tego nie wytrzyma. Że większe ciśnienie rozsadzi rury, pękną w wielu miejscach, co sparaliżuje miasto. Zaufałem tym inżynierom, którzy mówili, że jednak wytrzyma, ikazałem włączyć pompy. Znowu szykowałem się na ciężką noc przy telefonie, ale tym razem nie dzwonił. Katastrofy nie było.

– Warszawa była bardzo szybko rozwijającym się miastem, wszystkie branże chciały się tu przenosić, żeby być bliżej władzy, a brakowało rąk do pracy w tych wszystkich nowych fabrykach. Komisję deglomeracyjną powołał wicepremier Piotr Jaroszewicz, działała chyba dwa lata, byłem jej członkiem. Chodziło o to, żeby niektóre branże przenieść do innych miast. Na przykład instytuty morskie czy rolnicze nie musiały być wWarszawie. Przesiedlono wtedy chyba tylko kilka tysięcy osób, ale ważniejsze, że zahamowano chaotyczny rozwój miasta.

– Mieszkalnictwo zawsze było priorytetem. Mieliśmy technologię ramy H i szybko powstawały kolejne osiedla. Pamiętam Bielany, Bródno, praktycznie wszystkie budowy dużych osiedli kończyły się lub zaczynały właśnie wtedy. Co roku w czasie mojego urzędu liczba oddawanych mieszkań wzrastała o prawie 10 proc. Planowaliśmy to kompleksowo, np. na Bródnie od razu ze szpitalem. Ale pieniądze były na budynki mieszkalne, a już na pawilony usługowe, sklepy, szkoły niekoniecznie wystarczało.

– Wogóle się tym nie musiałem zajmować. Wiem, że dziś dekret Bieruta jest krytykowany, ale wtedy to było ogromne ułatwienie. Przychodził inwestor ze Stołecznego Zarządu Rozbudowy Miasta iprzynosił kolejne projekty do akceptacji, wszystko na gruntach odebranych dekretem.

– Wykorzystywały je do wewnętrznych sporów i interesów. Pamiętam operację przesunięcia pałacu Lubomirskich na Osi Saskiej. Wymyślił ją Marian Spychalski, ówczesny minister obrony narodowej. To był budynek MON i resort sfinansował inwestycję, amy mieliśmy ją przeprowadzić. Jakoś w połowie prac obok przejeżdżał Władysław Gomułka, ówczesny sekretarz KC PZPR. Zainteresował się, co się dzieje, a ktoś mu doniósł, że tej inwestycji nie ma w planie. Wtedy wszystko musiało być w planie rocznym. Musiałem gęsto się tłumaczyć, w końcu przyszła decyzja, że mamy przerwać prace. Ale jak przerwać, jak nowe fundamenty wybudowane, budynek odcięty od starych, szyny ułożone. Prace były zaawansowane w 50 proc. Wkońcu kierownik budowy wziął to na siebie, odpisaliśmy, że przerwanie prac zagraża bezpieczeństwu załogi. Udało się dokończyć. Mam jeszcze rozwalcowaną monetę 10złotową, którą robotnicy położyli na szynie i po której pałac przejechał.

– Miałem stosunkowo dużą samodzielność wStołecznej Radzie Narodowej, ale patrzyli mi na ręce. Raz wezwał mnie do siebie wicepremier

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.