ILE MI JESZCZE DOWODÓW ZOSTAŁO?

Gazeta Wyborcza - Regionalna (Stoleczna) - - WYDARZENIA - JACEK DEHNEL

Raz na dziesięć lat ta ceremonia: do urzędu, po dowód. Kiedy składałem wniosek, pan z okienka zerkał na mnie, zerkał iwkońcu zapytał, niejako na marginesie przeprowadzanych czynności:

– A jak tu pan był poprzednim razem, to nie miał pan takiej laseczki?

– Miałem – zdziwiłem się. – Ale to było dziesięć lat temu. Pamięta pan takie rzeczy?

– Bardzo mało osób chodzi dziś z laseczką, jeśli nie są stare – powiedział, po czym podniósł wzrok znad klawiatury i popatrzył mi prosto w twarz: – Właściwie nikt.

I dziś w urzędzie na Nowogrodzkiej, odebrawszy nowy dowód, przypomniałem sobie ten pierwszy, wyrabiany jeszcze wGdańsku. Wszystkie dane ładnie przez kogoś wykaligrafowane. Bo był kiedyś taki urzędnik, tylko pomyśleć, co te imiona, te nazwiska, te znaki szczególne, kolor oczu wypisywał. Wwojewódzkim mieście to pewnie od rana do wieczora. Nie za czasów Bismarcka, nie za Wolnego Miasta, za mojej własnej młodości, dwa dowody temu.

Drugi wymieniany troszkę przed czasem, kiedy kupiliśmy z Piotrem mieszkanie i mieliśmy pierwszy – jak dotąd jedyny – stały adres zameldowania wWarszawie, bo przecież wtedy jeszcze z adresem. Drukowanym, nie wypisywanym, bo już na karcie, plastikowy, nowoczesny. Panowie czy panie z ładnymi charakterami pisma nasze dane już tylko wklepywali, może zresztą poodchodzili już na emerytury, bo sami byli kolejny dowód do przodu?

I teraz ten najnowszy, trzeci, znumerem, którego jeszcze się nie nauczyłem – zresztą z poprzedniego pamiętałem na zicher tylko litery, dziś już nieaktualne, jednym cięciem nożyczek przez narożnik karty odesłane w biurokratyczny niebyt. Dwadzieścia sześć cyfr konta pamiętam, a tych sześciu nie spamiętałem. Patrzę na nowy numer i też nie wydaje mi się, żebyśmy się mieli ze sobą zaprzyjaźnić.

Wogóle jestem na nowym bez adresu, ale za to w trzech osobach i cały w literkach RP. Na starym były przynajmniej miasta – u mnie z tajemniczych względów najlepiej widoczne

– a tu nieustannie to samo iRP. Jakby ktoś, jakby złośliwy jakiś chochlik wypominał mi bezlitośnie kraj urodzenia. Obiecuję sobie, że jak przejdę na emeryturę – pod koniec ważności piątego dowodu – to będę sobie liczył, ile też razy wypomniano mi na dowodzie trzecim.

***

To przeliczanie czasu na dowody – zakładając, że nie będę ich gubił, że mi nie zdekomunizują ulicy itp., itd. – jest nieco przerażające. Bo ile mi ich jeszcze zostało? Uwinę się na jednym? Wejdę z piątym w ten wiek emerytalny i zaraz kaput? Do siódmego dociągnę, ósmego może nawet? Jakaś opiekunka będzie załatwiała, a mnie pod tym tlenem będzie wszystko jedno, będę uwięziony gdzieś w czasach przeddowodowych, mój alzheimer będzie mnie odsyłał do wieku wczesnodziecięcego? Kto wie.

Kiedy wyrabiałem pierwszy, dziadkowie już nie żyli, ale babcie – obie. Przy drugim tylko jedna, przy trzecim już ani one, ani nikt z tego pokolenia; ostatnia, najmłodsza siostra w styczniu ubiegłego roku. Moi rodzice kończą siedemdziesiątkę i gdybym chciał tu uderzać w tony patetyczne, to mógłbym coś o tych sosnach na klifie, które widzą, że przed nimi już tylko jeden rządek stoi.

Ale myślę o dokumentach dziadków, których tyle wypłynęło przy likwidowaniu mieszkania. Oich legitymacjach różnego rodzaju, jednych dziś w cenie, innych – niekoniecznie; o tym, jak z ludzi młodych, ale przecież zupełnie mi obcych, studentów, zmieniają się wpanie i panów w średnim wieku, jakimi również ich nie znałem, a potem przybierają dobrze zapamiętane rysy starszych państwa. Też przecież nieostateczne.

Myślę, jak idziemy sobie tym pochodem, przez kolejki w urzędach, jedni za drugimi, dziadkowie, rodzice, teraz moje pokolenie; oni stali wogonku, my mamy elektroniczne numerki, kolejnemu pokoleniu pewnie będzie to załatwiał jednym kliknięciem jakiś daleki potomek smartfonów, a sam dowód może nawet nie będzie kartą, tylko czymś niematerialnym, ciągiem cyfr w chmurze. A na nasze plastikowe, pożółkłe z lekka karty młodzi będą patrzyli zmieszaniną kpiny i sentymentu jak na jakieś archeologiczne dziwactwa.

Imyślę wreszcie, mając w pamięci wszystkie te dokumenty, które całe życie mają zamknąć w kilku świstkach, o ich pełnej nazwie: „dowód tożsamości”. Bo jeśli coś nam mówią, ułożone jeden obok drugiego, to coś zupełnie przeciwnego: że nie jesteśmy ze sobą tożsami, że człowiek z dowodu pierwszego jest zupełnie kimś innym niż ten z ostatniego.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.