BEZ PRZYTULANIA

Zajść w ciążę, ponarzekać na bóle kręgosłupa, przetrwać poród, oddać na odchowanie – oto idealny scenariusz. Przez stulecia wiele kobiet opiekę nad niemowlętami uważało za zajęcie poniżające

Gazeta Wyborcza - Wysokie Obcasy - - PO SZTUCE -

acierzyństwo nie od zawsze było dla kobiet jakimś wielkim wydarzeniem. To znaczy zapewne wiele matek cieszyło się z potomstwa, ale żeby z zajmowania się dzieckiem robić sens kobiecego istnienia, to raczej nie. Zajść w ciążę, ponarzekać na bóle kręgosłupa, przetrwać poród, oddać na odchowanie – oto idealny scenariusz, według którego postępowała klasa wyższa. Przypomina o tym ważny dla historii sztuki esej „Szczęśliwe matki i inne nowe pomysły w sztuce francuskiej”. Jego autorka Carol Duncan analizuje poruszenie, jakie na Salonie 1765 roku wywołał obraz „Ukochana matka” Jeana-Baptiste’a Greuze’a. Z dzisiejszej perspektywy podkreślenie roli kobiety jako matki zdaje się stereotypem i frazesem, również wizualnym. Jednak wówczas Greuze pokazał zwiedzającym coś nowego. I szokującego. Oto macierzyństwo może być źródłem szczęścia, życiowego spełnienia i błogości. Nawet jeśli jest się matką sześciorga dzieci, właścicielką dwóch psów i wiecznie zabałaganionego salonu. Kiedy uśmiechnięta rodzinka Greuze’a kokietowała publiczność zwystawowej ściany, widzowie trochę się wzruszali, a trochę byli oszołomieni – przecież czuła mamusia, bohaterka dotąd nieznana i obca, dopiero zaczęła wkraczać na salony. Wcześniej matką szczęśliwą była Matka Święta. Przez stulecia była jedną z niewielu kobiet, które opiekowały się dziećmi własnoręcznie. Jeśli zaś idzie o matki nieświęte, to okazjonalnie ktoś namalował oznaki czułości między rodzicielką a tym, kogo wydała na świat, ale były to gesty raczej nierzucające się w oczy, wżadnym wypadku temat obrazu. Zzasady wnowożytnych portretach rodzinnych brak sugestii jakiejkolwiek poufałości między członkami rodziny. Bo niby czemu miałyby tam być? Rodzinę traktowano jak biznes, małżeństwo było zwykłym kontraktem, a relacje między „bliskimi” regulowały zasady decorum, czyli stosowności. Bohaterowie portretów grupowych, zamiast wchodzić ze sobą winterakcje, bardziej interesują się widzem, posyłając mu przeciągłe spojrzenia. Dzieci, powbijane wwymaglowane halki i kaftany, nie są od tego, żeby je przytulać. Wystarczy, że godnie się prezentują, wyglądając jak wierne kopie swoich rodzicieli. Tyle że wwersji mini. Starutkie bobasy i trzylatki o dojrzałych twarzach kiedyś nikogo nie niepokoiły – taka konwencja brała się po części z tego, że dzieci traktowano jak niedokończonych ludzi lub dorosłych z defektem. Przez stulecia wiele kobiet (o mężczyznach

Mnie wspominając) opiekę nad niemowlętami uważało za poniżające zajęcie. Wydanie na świat dziecka, w szczególności spadkobiercy majątku, przynosiło matce honor i dumę, ale podmywanie zasiusianej pupy już nie. Dzieci z bogatych rodzin chowały się u mamek, do domu wracały, ukończywszy czwarty rok życia. Potem wwieku lat siedmiu ubierano je wzminiaturyzowane stroje dorosłych i – jeśli byli to chłopcy – ponownie odsyłano, tym razem do szkół. Tak kończyła się rodzinna zażyłość. Dziecko z trudem rozpoznające twarze swoich rodziców nie budziło niczyjego współczucia. Wręcz przeciwnie – bycie ignorowanym przez zamożną mamusię w dzieciństwie zwiastowało równie zamożną dorosłość wolną od troski o siusianie własnych pociech. Dopiero w wieku XVIII zaczęły się pojawiać nieco inne pomysły na udane życie rodzinne. Rodowy interes zastąpiła koncepcja bardziej zindywidualizowanego szczęścia, a tradycyjne małżeństwa aranżowane uznano za niemoralne i sprzeczne z prawami natury. Krytyka konserwatywnego porządku wiązała się z podkreślaniem radosnych aspektów życia zakochanych par, których nie interesowało bytowanie na pokaz. W ten sposób zrodziła się koncepcja prywatności zdomem jako jej świątynią. Na straży bezpiecznego świata stanęła kobieta – matka roztaczająca wokół siebie aurę spokoju i bezpieczeństwa. Zadowolone mamusie – mniej więcej do roku 1800 motyw wsztuce raczej niszowy – stały się modnym tematem artystycznym. To rozanielone panie domu uGreuze’a, Fragonarda i Prud’hona. Ładniutkie, skromniutkie, zarumienione i znową misją – uszczęśliwiać nie tylko mężów, ale także dzieci. Rola to ważna, bo w parze zwynalezieniem instynktu macierzyńskiego szły odkrycia wdziedzinie edukacji i wychowania. Filozofowie ogłosili, że dzieci wcale nie są głupie, a ich umysły funkcjonują odmiennie od umysłów dorosłych, że otoczenie, w jakim przebywa dziecko, jest ważniejsze niż szlachetna krew, że zwalanie rodzicielstwa na mamki to skandal, że dzieci trzeba kochać, inaczej nie wyrosną na szlachetnych dorosłych. Na wątłych niewieścich barkach spoczął nie lada ciężar. Kto by pomyślał, że na tej, która ma „rozum miły, choć nie błyszczący, gruntowny, lecz nie głęboki” ( jak pisał o kobietach Rousseau), może spoczywać tak wielka odpowiedzialność? Jednak o tym jeszcze przez długie lata nikt nie będzie wspominał.

UKOCHANA MATKA

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.