WCIĄŻ NIEDOJRZALI

Męska schizofrenia zaraziła całe społeczeństwa. Nie mogąc sobie poradzić z kobiecością jako taką, mężczyźni postanowili ją wykastrować i zniszczyć

Gazeta Wyborcza - Wysokie Obcasy - - MĘSKA KOŃCÓWKA - Z Mariuszem Trelińskim rozmawia Anna S. Dębowska

obieta umiera, mężczyzna nie może się rozstać ze wspomnieniem o ukochanej. „Umarłe miasto” (1920) to prosta i piękna historia o miłości i śmierci? Piękna to znaczy jaka? I dla kogo? Dla widza? Bo ogląda piękną umarłą? Oraz jak ktoś tę umarłą pięknie opłakuje? I ta „pięknie” skamieniała scena – ona na katafalku, on klęczący przed nią w rozpaczy – zakłada, że to musiała być prawdziwa miłość? Jedno pytanie i już jesteśmy w środku dramatu „Umarłego miasta”.

Bawi mnie przewrotność tej historii – to, że widzimy „biednego” Paula, który tak bardzo kocha zmarłą żonę, że po jej śmierci odcina się od świata i zamknięty wdomu pielęgnuje jej obraz. Współczujemy mu, może nawet utożsamiamy się z nim. Jesteśmy oburzeni pojawieniem się wjego życiu bezczelnej aktorki o imieniu Marietta, która próbuje oderwać go od Marii. Szybko jednak perspektywa się zmienia: odkrywamy mężczyznę, który kobiety traktuje przedmiotowo, instrumentalnie. Za to Marietta na naszych oczach przemienia się w inną postać: nie idealną, nie doskonałą, ale gotową kochać i dawać.

KSkądś znam tę historię.

Inspirowałem się filmem Alfreda Hitchcocka „Zawrót głowy” (1958): ukochana kobieta ginie tragicznie, mężczyzna spotyka inną, która jest bardzo podobna do tamtej, i ta kolejna kobieta również ginie. To umiejscawia nas w przestrzeni mrocznych tajemnic, śmiercionośnej miłości.

Znalazłem też dla siebie inny punkt odniesienia – „Psychoza”. Bohaterka ginie w połowie filmu, amy, widzowie, zostajemy z szaleńcem i jego umysłem – rozdygotani i oniemiali. To wszystko skłoniło mnie, by stworzyć na scenie oldskulową akcję w stylu kina noir, używając konwencji hollywoodzkiej opowieści zdreszczykiem… No, może ten kampowy dreszczyk jest bliżej horroru. Erich Wolfgang Korngold przez kilkadziesiąt lat komponował muzykę dla amerykańskiej kinematografii.

„Umarłe miasto” napisał na początku XX wieku wWiedniu, dopiero potem porwało go Hollywood, zaczął komponować muzykę do filmowych produkcji i nawet otrzymał dwa Oscary, ale ja uważam, że ta opera to jego pierwszy film. Wszystko w nim jest: horror, napięcie, suspens, barwy orkiestry – wszystko to zapowiada kino lat 50. Magnesem było tu dla ciebie libretto czy muzyka?

Nie rozdzielam tego. To pytanie zadawano mi setki razy, od momentu gdy zacząłem reżyserować opery. Przyszedłem z innego artystycznego świata, z filmu, ale wszystko, co nakręciłem, wynikało z ducha muzyki.

Wwieku 19 lat napisałem nawet pretensjonalny młodzieńczy manifest zatytułowany „Oumuzycznieniu języka filmu”. „Pożegnanie jesieni” narodziło się ze słuchania Milesa Davisa, „Łagodna” zWagnera, „Egoiści” z Radiohead. Woperze struktura jest już z góry określona przez muzykę.

Tak, woperze muzyka jest motorem wewnętrznym irytmem całości. Mnie to jednak nie ogranicza. Wychodzę od partytury, od sensów w niej zapisanych i wniej buduję swoją opowieść. Inną sprawą są absurdalne w swojej naiwności XIX-wieczne libretta. Często obserwujemy ten dysonans: genialna muzyka i porażająco płaskie libretto.

W„Umarłym mieście” mamy do czynienia z fascynującą partyturą, ale też niezwykle wyrafinowanym librettem. Być może w konkretnych zdaniach postaci jest ono nieco egzaltowane, ale jeśli chodzi o ładunek intelektualny – niesłychanie inspirujące. Początek wieku wWiedniu to był ciekawy splot: rozwija się Freudowska psychoanaliza. Freud, Korngold i jego ojciec, ceniony krytyk muzyczny, mieszkali w tym samym mieście, idee psychoanalizy miały wpływ na libretto „Umarłego miasta”. Zarazem w sztuce powstają rewolucyjne prądy wyciągające na wierzch to, co było ukryte przez kulturę oficjalną. Mniej więcej wtym samym czasie powstają opery „Salome” Richarda Straussa i „Zamek Sinobrodego” Beli Bartóka. Rozwija się kino.

Krążę wokół tych tematów, dzieł i atmosfery od dłuższego czasu i dobrze czuję się w tym niemieckojęzycznym psychoanalitycznym świecie. Być może moje obsesje ułożyły się wpewien tryptyk: „Sinobrody”, którym zadebiutowałem wMetropolitan Opera, „Salome” i „Umarłe miasto”… W każdym wypadku tematem jest miłość i śmierć, przy czym miłość dochodzi do takiej skrajności, że tylko wąska granica dzieli te dwa pojęcia. „Umarłe miasto” to rewers „Sinobrodego”. Wobu tych operach kobieta wchodzi w świat mężczyzny i albo próbuje odkryć jego tajemnice, co jest dla niej bardzo niebezpieczne, albo próbuje go z tego świata wyrwać, co również źle się dla niej kończy. Wyrażają typową dla tamtych czasów mizoginię. Jako kobietę trochę mnie śmieszą, trochę irytują.

„Umarłe miasto” to w największym skrócie opowieść o męskiej iluzji, o tym, że męska wyobraźnia tworzy sobie obiekt niemożliwy. Nie widzi kobiety jako takiej, osoby, tylko jej obraz rozszczepiony na kobietę anioła, którą należy wielbić, i kobietę dziwkę, którą trzeba wykorzystać i zniszczyć. Ta iluzja wyraża bezradność i dziecięcość. Oko mężczyzny jest ślepe.

W„Umarłym mieście” pojawia się żywy człowiek, Marietta, która puka do tego ślepego oka mężczyzny. Relacja między nimi jest nasycona ogromnymi emocjami: to walka na śmierć i życie o miłość, o mistykę relacji kobieta – mężczyzna, o niebo. Bo niezwykle ważna jest w tej operze kwestia wiary.

Żyjemy w czasach fanatyzmu. Słyszymy, a także doświadczamy aktów terroru – w imię wiary, Boga. „Umarłe miasto” powstało prawie sto lat temu, a jest moim zdaniem boleśnie aktualne. Bowiem wiara, tak jak pojmuje ją główny bohater, staje się dla niego argumentem, by zabić. Tak bowiem interpretuje jej dogmaty. Czy to nie szalone? Jednocześnie Paul jest niezwykle prawdziwy w swej żarliwości i bólu. On chce kochać idealnie, bezgranicznie,

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.