MAMO, NIE JEDŹ

Stojąc w drzwiach samolotu, pomyślałam: nawet jakbym się miała zabić, to wyskoczę. Nie mogłam dać panom satysfakcji

Gazeta Wyborcza - Wysokie Obcasy - - TYP TYGODNIA - TEKST MARIA HAWRANEK

iosna 2001 r. Anna Kaczmarczyk ląduje na Pustyni Błędowskiej jako pierwsza kobieta w 6. Brygadzie Powietrznodesantowej. Sprawdza, czy ma nogi, ręce, gasi czaszę spadochronu, by podmuch wiatru jej nie nadął i nie porwał. Kolega podchodzi i pyta, czy pomóc. – Dziękuję, dam radę sama.

Nie tylko sobie radzi, ale i pomaga innym – wczerwcu porucznik Kaczmarczyk za pracę społeczną, charytatywną i służbę wojskową przyznano najwyższe odznaczenie pielęgniarskie Międzynarodowego Czerwonego Krzyża – Medal Florence Nightingale.

Koledzy z sąsiedztwa i piątka rodzeństwa z obdartymi kolanami i drzazgą zawsze biegną do Anny. Wydział pielęgniarski w szkole wTarnowie to naturalny wybór. – Panowała tam ogromna dyscyplina: brak biżuterii, włosy upięte. Do tej pory nie maluję paznokci – Anna wyciąga dłonie. – Wojsko zawsze chodziło mi po głowie, ale wtedy nie przyjmowali jeszcze kobiet.

Po stażu zaczyna pracę w Wojskowym Szpitalu Klinicznym wKrakowie na oddziale chirurgii urazowej i ortopedycznej. Podoba jej się ciężka praca fizyczna. Na oddziale poznaje przyszłego męża, żołnierza, który przechodzi rehabilitację po złamaniu nogi podczas skoku spadochronowego (tak poważnym, że będzie musiał zrezygnować ze służby).

W1990 r. jest już w pododdziale 6. Brygady Powietrznodesantowej jako pielęgniarka. Wychodzi za mąż, rodzi syna, potem córkę. Kiedy ta ma pół roku, przed Anną otwiera się perspektywa wcielenia do wojska – osoby wykonujące zawody medyczne mogą przejść na służbę zawodową bez odbycia służby zasadniczej. To ostatni dzwonek, za moment kończy graniczne dla wcielenia 35 lat. Zapisuje się na kurs zaraz po urlopie macierzyńskim. Z 15 uczestniczek kursu do wojska decyduje się pójść tylko ona.

WŚwieżo upieczony młodszy chorąży Anna Kaczmarczyk wie, że chce służyć w „czerwonych beretach”. Ale od dowódcy 6. Brygady Powietrznodesantowej w Krakowie słyszy: – Absolutnie, nie mam kobiet w kompanii.

Za trzecim razem generał mówi: – Ale wie pani, że nie będzie taryfy ulgowej?

– Przyjął mnie w końcu ze słowami: „To od pani zależy, czy kobiety będą służyć w tej brygadzie”. Poczułam ogromną odpowiedzialność i to mi dało kopa.

Wjednostce jest 600 żołnierzy i ona (kobiety są w izbie chorych i wadministracji, ale nie wkompanii). Pojawiają się kpiące uśmieszki, komentarze: „Mamy babę wwojsku, ciekawe, jak długo”, naigrawania z makijażu („Nie miałam zamiaru wyrzekać się bycia kobietą”). Przed pierwszym nalotem do skoków ze spadochronem słyszy: „Ach, kobieta, na pewno zablokuje wylot” (czyli spanikuje i samolot będzie musiał robić nalot jeszcze raz). Dlatego kiedy widzi zielone światło, to choć ogarnia ją strach, podchodzi do drzwi jak automat.

– Pomyślałam wtedy: nawet jakbym się miała zabić, to wyskoczę. Nie mogłam dać panom satysfakcji.

Krótko po wcieleniu wyjeżdża na pierwszą misję stabilizacyjną do Bośni i Hercegowiny, do Doboju. Prowadzi tam gabinet zabiegowy, zaopatruje wojsko w leki. Na misji jest w miarę spokojnie, ale w domu nie ma jej przez 13 miesięcy (wpada tylko na weekendy co dwa-trzy miesiące). – Najtrudniejsze jest godzenie służby i rodziny – powie po wręczeniu jej Medalu Florence Nightingale. – Wyjeżdżałam, kiedy córka spała, tak mi było przykro. Nie brałam udziału w przygotowaniach syna do komunii – wspomina.

W2009 r. w Ghazni w Afganistanie jest owiele gorzej, niż się spodziewała. – W czasie naszej zmiany trwała regularna wojna.

Każda noc na nasłuchu. Czasem kilka razy dziennie schodzą do schronu, nie zawsze mogą zabrać pacjentów. Codziennie przywożą rannych żołnierzy – polskich lub wojsk koalicyjnych, afgańskich i amerykańskich. Opatrywali też ranne dzieci, badali afgańskie kobiety w ciąży (choć nie bez obaw, czy pod burką nie kryje się mężczyzna z bombą).

Po powrocie trudno jej odnaleźć się w domu. – Czułam, że to tam jestem potrzebna, wszystko mnie drażniło. Jak wracamy z misji, to wydaje nam się, że skoro przeżyliśmy ostrzały bazy i samolotów, to teraz należy nam się spokój. A rodzina wręcz przeciwnie: że to im należy się nasz czas, bo przetrwali te siedem miesięcy. Dopiero po pół roku zeszło ze mnie powietrze i zaczęliśmy się dogadywać.

Ale Annę nosi. Żeby nie wyjechać na kolejną misję, włącza się w tworzenie pierwszego i jedynego w Polsce zespołu ewakuacji medycznej (tzw. medevac – transport żołnierzy ze szpitali polowych lub innych ośrodków medycznych). Bierze udział w 30 ewakuacjach, m.in. z amerykańskiej bazy lotniczej wRamstein, gdzie przywożeni są ciężko ranni z Afganistanu, do Krakowa i Warszawy. Kiedy rozważa kolejny wyjazd na misję, córka najpierw zgrywa twardzielkę, a potem wypala: „Chcesz wrócić bez ręki czy bez nogi?”. Iwybucha płaczem. – Wszystko we mnie pękło.

Więc w wieku 48 lat Anna idzie do szkoły oficerskiej. – Jestem kierowniczką punktu szczepień i wojskową inspektorką sanitarną. Nie lubię być „ta ważna”. Jestem w trakcie specjalizacji z epidemiologii, ale chciałabym wrócić do ewakuacji. Wolę pracę z ludźmi.

Nie tylko wwojsku. Anna od lat udziela się po godzinach – prowadzi szkolenia pierwszej pomocy w krakowskich szkołach, robi pogadanki w liceach wojskowych, w rodzinnych stronach współorganizuje wszkołach uroczystości patriotyczne. – Nie mam czasu, żeby go marnować. Zdarza się, że potrzebuję wejść do pustego domu i posłuchać Chopina na kanapie. Ale godzinka mi wystarczy.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.