DZIEWCZYNY NA ROZDROŻU

Umiera papież, trwa żałoba narodowa. A Anita rozczarowana, bo koncert się nie odbędzie. Tak po prostu jest

Gazeta Wyborcza - Wysokie Obcasy - - TWARZE - Z pisarką Anną Cieplak rozmawia Lidia Ostałowska

ego dnia, gdy samolot celnie wbił się w dwie wieże World Trade Center, wznosząc puchate chmury białoszarego dymu, postanowiłam, że nie będę już dłużej słuchała Ich Troje”. To Anita, nastoletnia bohaterka „Lat powyżej zera”. Przyglądamy się jej dorastaniu od zamachu w Nowym Jorku po katastrofę smoleńską.

Zaznaczoną lekkim mrugnięciem. I dochodzimy do wniosku, że młodzieńcze polskie biografie mają się nijak do zbiorowych.

Wielkie wydarzenia, te, o których dowiadujemy się zmediów, zapamiętujemy zazwyczaj przez osobiste detale. Są tylko tłem naszej codzienności, nie pochłaniają jej. Mnie atak na WTC kojarzy się ze sklepem ze śrubkami – tam byłam, gdy w radiu powiedzieli o ataku – i z bratem, który tego dnia się dowiedział, że musi zaraz zmienić szkołę, bo z powodu reformy zabrakło miejsc. Uwaga naszej rodziny była na to skierowana. Umiera papież, trwa żałoba narodowa. A Anita rozczarowana, bo koncert się nie odbędzie. Tak po prostu jest. Ojciec Anity, budowlaniec i wielbiciel Kultu, boi się Unii Europejskiej. „Przyjdzie swołocz, zamknie wszystkie polskie zakłady pracy i wstawi do nich Hindusów. Tata wtedy będzie musiał ich słuchać, podczas gdy woli pracować sam i na własne faktury lub nawet bez nich”.

Z Unią wiąże się jedyna historia wspólna dla mnie i narratorki. Obie robiłyśmy z tej okazji film. Zgrałam go niedawno na CD, obejrzałam i się załamałam. Okazało się, że w ogóle nie interesowała mnie rzeczywistość społeczna, polityka. Nie widząc tego nagrania, szłabym pewnie w zaparte, że zawsze byłam przejęta otaczającym mnie światem. A to nieprawda. I nie byłam w tym odosobniona. Pytałyśmy znajomych z klasy, co myślą o akcesji. A oni, że są na nie, bo „chcą pozostać wPolsce”. Zdarza mi się narzekać na młodzież: nie przejmuje się polityką, nie wie, o co chodzi. A byłam podobna, anarchizowałam. Politykę kojarzyłam z odbieraniem wolności, a nie z obywatelskością. To nam wtedy towarzyszyło, tę postawę współdzieliłam z bohaterką. „To, co nagrywałam, było jak obraz z ogromnego terrarium” – podsumowuje film Anita. Chłopcy kopią chodnik. Pusta witryna punktu usługowego. Matka z dzieckiem nie ma na lizaka.

Na ulicach w Dąbrowie Górniczej i okolicy czuło się niepokój. Że ci, którym powodzi się dobrze, nadal będą mieli dobrze. Ale gorzej sytuowani? Trudniej im będzie wyjść na prostą. Ktoś pracował na czarno, ktoś dorabiał bez rachunków. Unia kojarzyła się nie tylko z obietnicami lepszych warunków życia, ale i niepewnością, którą i tak już przyniosły lata 90., z nieznanymi, nowymi restrykcjami. Krążyło na ten temat wiele mitów.

TRodzina Anity jedzie w tym czasie na ziemniakach, żeby wyrównać zaległe rachunki. Mama straciła pracę. Zradością chodziła do nowego supermarketu, a nie kojarzyła, że to tam powstał salon fryzjerski, przez który zbankrutowała, pewnie tańszy niż jej na osiedlu. Ale martwi się nie tylko pieniędzmi. Przez chwilę nie może „dbać o kształt włosów ludzkości”.

Afryzjerstwo ją uszczęśliwia. Znajomy Anity, złota rączka w domu kultury, irytuje się, że zatrudnili faceta od pozyskiwania środków z zewnątrz. Po co te środki, skoro on wszystko naprawi? Nikt im nie wyjaśnił, jak to będzie wyglądać i czego się spodziewać. Bohaterowie mają szacunek dla miejsca, w którym pracują i żyją. To ważne w czasie, kiedy pojawiają się coachingi, treningi, projekty, które niby mają prowadzić do rozwoju, aostatecznie dają tylko złudzenie, że poprzez pewien styl życia zmienimy swoją pozycję społeczną. A twoja rodzina z jakiego pochodzi miejsca?

Mama zPodkarpacia, tata z Dąbrowy Górniczej. W domu zawsze były ciepłe relacje: rozmawiało się, nie wrzeszczało. Słuchało, czytało, nie wywierało presji. Chyba jakoś nas do tego nazwisko zobowiązuje. Relacje w domu opierały się na zaufaniu. Z Anitą wiąże mnie głównie posiadanie żółwia, którego można było kupić na targowisku. I to, że tacy sąsiedzi jak jej rodzice mogli mieszkać obok. W blokach są naprawdę bardzo różnorodni ludzie. Gdzie się pracowało w Dąbrowie Górniczej?

Dużo osób „na hucie” – jak nie jednej, to drugiej. Trudno było skojarzyć, kto wykonuje pracę fizyczną, a kto jest tak zwanym pracownikiem umysłowym. To wiedzieli rodzice, dzieci już nie. Do pewnego momentu, jeśli w domu jest wszystko w porządku, nie dostrzega się różnic. Były „huty” i tyle.

I wspólna podstawówka?

Zaraz obok bloku, bez segregacji. Może dlatego tworzenie więzi niezależnie od różnic w stylu życia czy pochodzeniu wydaje mi się czymś naturalnym, spontanicznym. Miałam wrażenie, że to było zwyczajne. Do biblioteki na naszym osiedlu chodziły dzieci z różnych domów, bo robili nam konkursy na liczbę przeczytanych książek i wręczali nagrody. Kola w pewnym momencie wypożyczyła nawet jedną książkę rano, a drugą wieczorem, żeby wygrać. A ja wkonkursie na rysunek z „Wpustyni i wpuszczy” namalowałam za małego psa i pani wtedy wykryła, że tak naprawdę nie czytałam. Ale coś pewnie z tego wszyscy wyciągnęliśmy. Jak byłam mała, to jeszcze chodziłam w szkole na kółko teatralne. Miałam marginalne role w stylu bycia okiem potwora albo magicznym błotem. Ale szczególnie mi to nie przeszkadzało, bo dzięki tym zajęciom udawało mi się wpadać wotchłanie wyobraźni, a sama pewnie bym nie wpadła. Prowadząca zajęcia włączała

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.