Lucyna Kirwil i Jerzy Bralczyk spotkają się z czytelnikami w Centrum Premier Czerska 8/10, by rozmawiać o wspólnej książce „Pokochawszy. O miłości w języku”. Na spotkanie zapraszamy 8 maja 2018 r. o godz. 19. Zapisy: Bralczyk.evenea.pl lub pod numerem 22

Gazeta Wyborcza - Wysokie Obcasy - - RYTUAŁY MAŁŻEŃSKIE - Na randki.

JB: Ale też to, że jeżeli się znamy, wiemy, jakie rzeczy cieszą tego drugiego, z czasem mówienie już nawet nie jest konieczne. Samo to, że się wie, stanowi jakiś rodzaj przyjemności. No to po co mówić, skoro się to wie…

LK: To ma charakter nagrody. Oczekujemy czegoś, przyzwyczailiśmy się do tego i jeżeli to się pojawia, to nas wzmacnia. I czyni więź między nami silniejszą. Dam przykład zwczoraj. Nie ma prądu w mieszkaniu, siedzę sama, mam różne kłopoty, ale wiadomo, że nie jestem wstanie nic z tym zrobić w tym momencie. Imyślę tak: mąż jest gdzieś daleko i coś pewnie robi, chętnie bym się dowiedziała co. Ale wiadomo, jest zajęty, nie zadzwoni. Więc schodzę do piwnicy szukać bezpieczników, a tu mąż jednak dzwoni. Nie usłyszałam, odsłuchałam później wiadomość na sekretarce. A tam było tylko: „Kochanie, właśnie wychodzę, już się skończyło, idę do domu”. Głupia sprawa, krótki telefon, ale dzięki temu miałam poczucie kontaktu. To ważne, zwłaszcza że nie ma prądu w mieszkaniu, siedzę sama, mam różne kłopoty...

Rano, kiedy wstajemy i nie jesteśmy razem, też zawsze dzwonimy do siebie tylko po to, żeby powiedzieć, że dzień się dobrze zaczął, że już ruszam, że coś robię. Albo z pytaniem, co ty robisz. To są nasze rytuały. Oczywiście możliwe dzięki nowej technologii, dawniej były listy, które się pisało codziennie, a niektórzy i kilka razy dziennie, jak wynika z literatury, bo były listy poranne, południowe i wieczorne – posłańcy je nosili na drugi koniec miasta. To przykład wymiany bodźców. Niezbędnej, żeby związek żył.

JB: Ale ważna jest w tej wymianie dwustronność, czyli zwrotność. To „I love you” i odruchowe „Me too”. Dlatego na końcu listu pisało się: „Żegnaj, mnie kochającemu odpowiadaj miłością”. Jeżeli był ping, to musiał być pong, jeżeli bing, to musiał być bang. Znamy z tradycji anglosaskiej czy amerykańskiej te dialogi – ktoś dzwoni do żony ina koniec zwykle mówi: „Kocham cię”. A odpowiedź brzmi: „Ja też”. I nawet kiedy jedno z nich się zagapia, to zaraz dzwoni jeszcze raz: „Zapomniałem powiedzieć, że cię kocham”. „Ja ciebie też”. To jeszcze podkreśla rytualność tej sytuacji. Nie widzimy, że coś nowego się wydarzyło, tylko że to stare trwa. Rytuał to podsycanie. LK: Podtrzymywanie. JB: Bo rytuał nie tyle wprowadza coś nowego, ile stabilizuje relacje – małżeńskie, społeczne, każde. Amy lubimy poczucie bezpieczeństwa i dzięki rytuałom je odnajdujemy.

LK: Rzeczywiście, kiedy mąż do mnie nie dzwoni, to ja dzwonię. Jeżeli jest to niemożliwe, to naturalnie czegoś mi brak. Oczywiście to, kiedy nie dzwoni, możemy rozpatrywać w terminach psychologicznej nagrody lub kary. Ale myślę sobie, że w takich stabilnych, mocnych związkach niespełnienie rytuału, zapomnienie o nim jest rzeczywistym zagrożeniem. Jest informacją, że coś się stało: on mnie już nie kocha, jestem dla niego nieważna, on mnie lekceważy, już zapomniał. Albo kiedy nagrywał tę wiadomość, to ziewał, czyli zrobił to tylko zobowiązku. Mówi pani o związkach długich i stabilnych. Mnie się wydaje, że wświeżych ten ping-pong ma jeszcze większe znaczenie.

LK: Na pewno ma. Jedna z moich znajomych opowiedziała mi o sytuacji, którą źle znosi. To kobieta dojrzała, bardzo aktywna, świetnie wyglądająca. Jest w związku względnie nowym, od niecałego roku, z atrakcyjnym pod każdym względem mężczyzną, jeszcze nie partnerem, ale dobrym kandydatem na partnera. Jednak sytuacja życiowa nie pozwala im na to, by mogli być razem. Więc dla niej brak informacji telefonicznej czy jakiejkolwiek innej, choćby SMS-a, oznacza za każdym razem koniec tego związku. Kiedy on się nie odzywa, ona zamartwia się, że odszedł, wycofał się.

JB: Rytuał ma dwie strony. Z jednej strony jest „że”, a z drugiej strony „co”. Wystarczy sam sygnał obecności:„Hej, to ja” albo „Jeszcze żyję” czy też, jak to kiedyś bywało, sygnał na pager. Rzeczywiście, było coś takiego, krótki epizod technologiczny. Potem, jak pojawiły się telefony komórkowe, wysyłało się tzw. strzała.

JB: Strzała? Tak. Bo połączenia były drogie i puszczało się komuś sygnał, że się o nim czy o niej myśli.

LK: Przypomniał mi się nasz kolejny rytuał. Kiedy mogłam sobie pozwolić na to, żeby wieczorem dłużej posiedzieć przed telewizorem, i oglądałam nocny film, rankiem przy śniadaniu opowiadałam o nim mężowi. Mąż słuchał, mało tego – pytał mnie owszystko.

JB: Ja nie oglądałem właśnie dlatego, żeby móc później posłuchać opowieści przy śniadaniu. Była zwykle znacznie lepsza niż sam film. Żona jest szczegółowa, co mnie przez jakiś czas trochę denerwowało, bo chciałem już wiedzieć, jak film się skończy, a żona mówiła o tym, jak ktoś był ubrany…

LK: Może jak ubrany, to nie, ale jak zmienia się sytuacja, jak rozwijają się relacje, to tak. JB: To też, owszem, to też. LK: Ale nie o ubraniu, na Boga! JB: Dobrze, niech będzie. LK: Naprawdę nie mówię nic o kostiumach! A pan już tam siedział cały w napięciu, czy zabije, czy nie zabije. LK: Aja o kolejnych scenach, sytuacyjnych, bodźcach. JB: Ale ja i tak to lubiłem. LK: Inny rytuał, wyraźny i ważny: mąż zawsze wstaje wcześniej ode mnie – ja później chodzę spać i później się budzę. Ale kiedy już jestem na nogach, mąż zadaje mi sakramentalne pytanie: „Czy siądziesz do śniadania?”. Bo nie zawsze mam ochotę na wczesne śniadanie.

JB: Co ty mówisz? Dlaczego mi robisz teraz taką rzecz? Przecież zawsze masz ochotę. LK: No mam, tylko nie zawsze o tak wczesnej porze. Jednak staramy się śniadanie jeść razem – to kolejny rytuał – tak często, jak tylko możemy. Wiemy przecież, że potem często spotkamy się dopiero wieczorem. JB: Aja wieczorem pytam, czy jej zrobić kanapki. LK: Tak, to nasz kolejny rytuał. Jeżeli oczywiście jesteśmy sami, co się wcale często nie zdarza, bo dużo przebywamy poza domem.

JB: Iwtedy żona odpowiada: „Tak, ale tylko jedną”. Po czym przynoszę jej pięć i ona później prosi o szóstą i siódmą.

LK: Amoże jeszcze ósmą i dziewiątą? A ma pan jakieś kanapkowe tajemnice?

JB: Nie, robię z tego, co akurat jest. Ale staram się, jak mogę. Ubarwiam, kładę różne rzeczy warstwami.

LK: Kanapki mojego męża są najlepsze, starannie ułożone, starannie zrobione, idealne. A ja oczywiście, żeby sprawić przyjemność mężowi, wszystkie zjadam. JB: Wyłącznie. LK: Bo co mam zrobić, jak już tyle przyniósł? Jak nie zjem, to znaczy, że go odrzucam. A na randki państwo chodzą?

JB: Na co?

LK: Od wielu lat próbowaliśmy ustalić dzień małżeński czy nasz małżeński outdoor, że tak powiem. To miały być środy. Oboje braliśmy zajęcia dydaktyczne we środy i mieliśmy wieczorem iść na obiad albo do kina, albo do teatru, albo na koncert. Mieszkaliśmy w Milanówku, aprzyjazd do Warszawy zabierał nawet ponad dwie godziny. Czyli specjalny przyjazd po kulturę wymagał co najmniej sześciu godzin. Więc musieliśmy jakoś przeczekać od zakończenia zajęć do wieczora. To zmarnowany czas. Więc w praktyce te środy nam nie wypalały.

JB: Ja z kolei namawiałem żonę na spacery. Czasem mi się udawało.

Nie lubi pani spacerować?

LK: Uwielbiam, tylko chodzimy z mężem w innym rytmie. Ja szybko, a mąż drobnym krokiem. To jest w ogóle bardzo dziwne, bo mąż nie lubi muzeów, nie lubi oglądać wystaw, więc jeśli już, robi to

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.