JAKBYM WYNIOSŁA DZIECKO Z POŻARU

„Chciałem unieść wszystkie nieszczęścia świata ludzi. I zwariowałem” – pisał Stachura. – Chciałam unieść wszystkie nieszczęścia świata dzieci. I nie mogę zwariować – przerabia Stachurę Łopatkowa

Gazeta Wyborcza - Wysokie Obcasy - - AKADEMIA OPOWIEŚCI -

rosimy panią bardzo, aby pani pomogła nam wrócić do domu. Do naszych kuzek, pieskóf i do naszego ukochanego kotka Maciusia i też rodziny, szczególnie taty”. „Jak to dobrze, że Pani wystąpiła w telewizji. Wciąż oPani myślę, gdy wkładam buty. Są dobre i wygodne, będę szanować. Dziękuję”.

„Mam 9 lat. Chciałabym prosić panią, żeby tata nie krzyczał na mamę i chcę być zawsze z mamusią”.

„Przepraszam, że ośmielam się pisać do Pani, ale ja piszę z rozpaczy i wołam ratunku!!! SOS!!!”.

Listy są od dzieci, samotnych matek, więźniów, pedagogów szkolnych, sąsiadów alarmujących o maltretowanych dzieciach. Bywają okresy, że przychodzi ich siedem dziennie, czyli 210 miesięcznie – tak przynajmniej notuje wdzienniku ich adresatka Maria Łopatkowa z domu Kręcisz.

PPolska krwawi, a ja kuję algebrę

Ma dwa lata, gdy umiera ojciec, 12 lat, gdy wybucha wojna, 14, gdy ojczym dostaje się do rosyjskiej niewoli. Matka z małego poletka – w Braciejowicach nad Wisłą – musi wyżywić siebie i dwie córki.

– O Boże, daj zwycięstwo! Walczyć za ojczyznę to święta sprawa. Och, jak ja bym chciała walczyć za nią. Polska krwawi, a ja siedzę i kuję algebrę – wzdycha Marysia.

Ale martwi ją też, że nie może się zakochać. Wkoło same bałamuty, flirciarze albo zajęci. I dręczy się, że jeszcze niczego dla Polski nie zrobiła. A ma już 18 lat. WŁodzi robi maturę, studiuje polonistykę. Wychodzi za mąż.

– My byliśmy młodzieżą po ciężkich przeżyciach – opowiada Danuta Gęsikowska, przyjaciółka Marysi zczasów studenckich. – Ile mieliśmy lęku w sobie… Radość zodzyskanej wolności była ogromna, ale wiedzieliśmy też, że ten świat trzeba naprawiać. Marysia uważała, że trzeba zacząć od dziecka. I uczyć dziecko miłości do drugiego człowieka.

1952 rok, Modlica, wieś pod Łodzią. Liche chałupy kryte strzechą, rozwalające się płoty, puste pola, błoto – wszystko krzyczy, żeby stąd uciekać. Maria Łopatkowa – piękna, smukła, jak gwiazda filmowa na tle źle dobranych dekoracji. Trafia tu zwyboru tuż po studiach. Z mężem i dwójką malutkich dzieci – Hanią i Andrzejem. Ma pracować jako nauczycielka. Wiejskie dzieciaki lepiej radzą sobie z trzymaniem motyki niż ołówka, więc postanawia założyć pierwsze w Polsce ogniska przedszkolne. Prowadzi je społecznie. Zajęcia mają być raz w tygodniu – w poniedziałek. Dlaczego poniedziałek? Bo od niedzieli dzieciaki nie zdążą się jeszcze ubrudzić.

Wyciąga z chałup i starszych mieszkańców. Wremizie strażackiej zakłada zespół teatralny. Aktorzy mają od 16 do 60 lat. Wieś się gorszy i plotkuje: „Pogłupieli na starość”, „Żeby to matka na scenie z chłopcami się wygłupiała?”. Do czasu, aż amatorski zespół przedstawieniem „Dziurdziowie” Orzeszkowej wygrywa przegląd teatrów amatorskich. W nagrodę Modlica zostaje zelektryfikowana.

Jest ciągle zajęta pracą. – Dobrze, że miała gosposię, w szafach jeden wielki bałagan – wspomina Bogusława Bukowska, przyjaciółka. – Mąż wymagał, żeby Marysia sprzątała igotowała, a ona nie była tym zainteresowana. Rozstali się. Hanka albo siedziała na lekcji, albo z gosposią.

Hanna Petsch, córka: – Jak skończyłam 12 lat, to sama gotowałam. Wiedziałam, że to, co robi mama, jest ważne, kibicowałam jej. Nie miałam żalu. Miałam pewność, że jak będę mamy potrzebowała, to ona jest.

Karać trzeba umieć

Praca wWarszawie zaczyna się od problemów. Wojtka Nowaka, jednego zpodopiecznych Łopatkowej, wyrzucono z zawodówki na półtora miesiąca przed końcem szkoły. Pobił kolegę. Zawinił – fakt. Ale karać trzeba tak, żeby pomóc, a nie zaszkodzić – uważa Łopatkowa. Jedzie do dyrektora szkoły. Apeluje: – Chłopak ma 19 lat itrudne warunki, nie kradnie, nie rozbija się, ma zdolności przywódcze, musi mieć zawód, awWarszawie nie ma drugiej szkoły dla tapicerów. Będziemy mieli go na sumieniu, jeśli się stoczy.

Jest 1971 rok. Wojtek Nowak jest ogniskowcem. A Maria Łopatkowa właśnie została nowym dyrektorem Państwowego Zespołu Ognisk Wychowawczych, które przejęła po Kazimierzu Lisieckim, legendarnym „Dziadku”. Ogniska zajmują się ratowaniem przetrąconych i odtrąconych dzieci. Łopatkowa wprowadza swoje porządki. Uważa, że nawet najgorsza rodzina, jeśli dać jej wsparcie, jest lepsza niż dom dziecka. Miłość jest warunkiem wychowywania. Z niej biorą się metody.

Każdy wychowanek ma teczkę. Jest w niej historia dziecka i sposoby pracy. – Po każdym miesiącu ileś tych teczek odkładaliśmy do archiwum – wspomina Janusz Kostynowicz, były psycholog ogniskowy. – Chłopak nie chodzi do ogniska, do szkoły, nie da się do niego dotrzeć, wykorzystaliśmy wszystkie możli-

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.