KURS SKUTECZNEGO DZIAŁANIA

Gazeta Wyborcza - Wysokie Obcasy - - KURS SKUTECZNEGO DZIAŁANIA -

Obserwuję to, co się dzieje wokół.

Na wiele rzeczy reaguję impulsywnie. Usłyszę wieczorem jakieś wiadomości i rano budzę się w podłym nastroju. To myśli o tym, że tracimy swoje znaczenie, demokracja się cofa, to haniebne słowa polityków, które powinny dyskwalifikować z życia publicznego, a nie dyskwalifikują. Chcę natychmiast coś zrobić. Dziś reaguję inaczej niż kiedyś, nauczyłem się rozkładać emocje.

I nauczyłem się słuchać ludzi.

Bywa, że pod ich wpływem rezygnuję zpierwszego impulsywnego pomysłu, czasem muszą przypomnieć, że reprezentuję fundację, co wymaga tego, bym ważył słowa wypowiadane publicznie. To trudne, bo lubię od razu powiedzieć, co mi leży na wątrobie.

Trzymam się w ryzach, zwłaszcza kiedy tory zaczynają mocno falować.

Zanim znalazłem się w telewizji i stworzyłem WOŚP, mój pomysł na siebie wybiegał chwilę naprzód. Jak najdłużej pojeździć autostopem, złapać jakąś robotę, aby życie sobie spokojnie szło. Wszystko się zmieniło po pierwszym finale. Byłem na to kompletnie nieprzygotowany, popularność spadła na mnie nagle i ogarnęła wszystkimi słodkościami. Ta serdeczność, anawet zachwyt, których nagle doświadczasz, przesłania rzeczywistość i uwodzi.

Trudno byłoby mi sobie z tym poradzić, gdyby nie najbliżsi – przede wszystkim Dzidzia. Kiedy tory zaczynały za mocno falować, mówiła: „Nie pajacuj, uspokój się”. Pomogła mi złapać dystans. To bardzo ważne, by mieć wokół siebie takie osoby. Pilnowałem jednak, by tej stabilizacji nigdy nie było za dużo. Ludzie mają czasem świadomość, że kapcanieją, zroku na rok coraz bardziej przypominają własnych rodziców, których styl życia przed chwilą krytykowali. Kupują taką samą jak starzy kanapę i rozsiadają się przed telewizorem. Uważałem, by nie zmienić się wustatkowanego kolesia na peryferiach życia. Bałem się, że pewnego dnia spostrzegę, że nawet jeśli nadal noszę buty na grubej podeszwie, to wpadłem wten obiadowo-sobotni rytm życia z gazetą w ręku.

Przejmuję się zadaniami, które biorę na siebie.

Gdy ktoś patrzy na mnie z boku, ma mnie może za człowieka beztroskiego. A jednak w moim życiu jest duża regularność, jestem obowiązkowy. Do audycji radiowych, które przez lata prowadziłem wTrójce, a dziś w Antyradiu, przygotowuję się szczegółowo, co zajmuje mi co tydzień sześć godzin. Przesłuchuję wszystkie numery, które chcę puścić, i zawsze mam kilka w zapasie, jeśli coś nawali.

Nie cierpię życia w rytm kalendarza.

Nie chcę znać rozkładu dnia na więcej niż dwa dni do przodu. To daje mi komfort działania. Zakodowane mam najważniejsze sprawy i stałe punkty tygodnia. Wiem, że zadania na dalsze dni również czekają, ale nie chcę o tym wiedzieć. Nad tym czuwa mój zespół. Jestem zajęty, ale potrafię być w tym spontaniczny. Udaje mi się łapać cudowne wolne chwile. Kiedy mam ciężki dzień, jedno spotkanie za drugim, umiem wykorzystać nagłą przerwę. Takie nieplanowane lenistwo jest dla mnie czymś fantastycznym. Myślę wtedy o niebieskich migdałach albo plotkuję. Pół godziny odsapki wystarczy, bym złapał energię na resztę dnia. Jestem już odstresowany i zresetowany. Pewnie, że miewam w takich chwilach wyrzuty sumienia. Dopada mnie myśl, że może warto byłoby zrobić wtym czasie coś bardziej pożytecznego. Nauczyłem się to balansować. Gdy dopadają mnie takie myśli, mówię sobie: „Warto, bo oczyszczam głowę”. Poza tym nigdy nie przekraczam granicy, za którą zaczyna się gnuśność. No, może nieraz popadam w nią na wakacjach, kiedy nic nie muszę. Ale to trwa tylko chwilę, awyrzuty sumienia powodują, że do czegoś się zaraz zabieram.

Robię codzienne zapiski.

Wzorem mojego ojca prowadzę je od lat. Wkalendarzyku mieści się tylko kilka zdań. Muszę pisać zwięźle. Zapisuję, z kim rozmawiałem, co widziałem, co zrobiłem w domu, gdzie byłem, czasem jakiś fakcik z życia politycznego. Lubię sprawdzić po czasie, co w danej chwili działo się w mojej głowie, gdzie byłem z jakąś sprawą, gdzie jestem dzisiaj. Widzę, jak intensywność jakichś działań zmienia się wdrugą. Jak nabywam umiejętności (widzę to w odnotowanych działaniach), których nie miałem wcześniej. Pięć lat temu nie umiałbym prowadzić wykładów motywacyjnych, dziś potrafię to robić.

Nagradzanie siebie jest potrzebne.

Duże towarzystwo wokół to moja nagroda. Nie celebruję w ciszy, zamknięty w czterech ścianach. Lubię szum. Takie chwile nakręcają mnie do dalszego działania. Cieszę się na myśl, że po skończonym finale pojadę z ekipą do fundacji, otworzymy wino musujące, pogadamy i zejdzie z nas napięcie. Cieszę się tym, że inni się cieszą.

Sukcesy świętuję też wdomu zprzyjaciółmi, którzy są w naszym życiu od lat. Celebrujemy podczas kolacji w sposób ogólnie przyjęty za rozweselający.

Pocieszam się tak samo. Zawsze – ludzie.

Trzeba się wygadać z tego wszystkiego, posłuchać, co mówią. Jeśli coś nie poszło z mojej winy, mam odwagę, żeby się przyznać do tego przed sobą i innymi. Biorę to na klatę. Z ludźmi wokół wychodzi to ze mnie łagodniej. A kiedy porażka nie jest z mojej winy, ale mnie dotyczy, to potrzebuję ludzi, by wsparli mnie na duchu i powiedzieli: „Jesteśmy z tobą”.

Powtarzam: nie bądźcie sami. W samotności nawet napić się jest źle. Zawsze musi być trochę ludzi obok was, byście się wspierali, podtrzymywali na duchu. I porażki, i sukcesy – zawsze zespołowo.

Startuję o 7 bez budzika.

Nastawiam go, gdy muszę wstać wcześniej, ale wtedy zwykle i tak budzę się pięć minut przed alarmem. Kiedy pośpię dłużej, tak do 8, mam wrażenie, że marnuję dzień i będę ze wszystkim spóźniony.

Dbam o siebie.

Codziennie rano godzina na orbitreku. Podczas ćwiczeń oglądam telewizję: TVN 24, TVN 24 BiS, potem przechodzę na programy podróżnicze i kuchnię świata.

Po treningu koszulka mokra, okrywam się jeszcze sportową kurtką, by spocić się bardziej. Potem lecę do firmy. Często sam, Dzidzia wychodzi wcześ-

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.