KURS SKUTECZNEGO DZIAŁANIA

Gazeta Wyborcza - Wysokie Obcasy - - KURS SKUTECZNEGO DZIAŁANIA -

którzy (głównie – które) czuwają nad naszym bezpieczeństwem winternecie 16 godzin na dobę, codziennie!

Nie można zbierać pomysłów i nic z nimi nie robić, to są potem takie wiszące bańki niewykorzystanego potencjału. Jeśli o coś pytamy, to musimy odnieść się do odpowiedzi, a nie tylko przyjąć je do wiadomości. Lepiej się wczytać wto, o czym piszą ludzie, podsumować i wyciągnąć propozycje, które np. powtarzają się najczęściej.

Jak się ludziom pozwoli działać i zaufa, to – niespodzianka i szok – wszystko hula. Przyjęłyśmy zasadę, że każdy robi na swoim terenie to, co uważa za najlepsze. Nie było zatwierdzania scenariuszy działań ani mówienia, co można robić wczasie protestu, a czego nie. I z kim można wchodzić w sojusze.

Wyszedł z ludzi przy tym trochę homo sovieticus. Tęsknota za centralą, która mówi, co można, a czego nie, była silna. Dostawałam skargi, że ktoś (w innymi mieście niż osoba skarżąca) chce zrobić coś, co na pewno się nie uda albo głupio wyjdzie. Że mam interweniować. Tłumaczyłam delikatnie, że nie będąc w tymże mieście, nie wiemy, jak tam jest i czy pomysł opisywany w grupie jako planowany tam na protest jest zły.

Moja mama zawsze mówiła, że jeśli ktoś ponosi sto procent odpowiedzialności, to musi mieć również sto procent władzy. To dotyczy każdej organizatorki lokalnej Strajku. One brały i biorą sto procent odpowiedzialności za to, co się u nich dzieje. Firmują to własnymi twarzami, nazwiskami. Muszą mieć sto procent władzy.

Nie ma powrotu do systemu, w którym centrala (najlepiej wWarszawie) ustalała, a teren karnie wykonywał. Skończyło się, wypad. Ruchy, organizacje i partie, które nie zrozumieją, że ludzie w terenie zrobią tak, jak będą uważali, i nie wolno im w tym przeszkadzać, nie mają przyszłości.

To przede wszystkim w terenie ludzie uwierzyli od razu, że to się uda.

Zarządy i centrale zaczęły wierzyć w okolicach środy, kiedy szala i tak była przeważona, a medialna i internetowa kula śniegowa błyskawicznie rosła. Myślę, że wszystkich to wiele nauczyło, jeśli chodzi o czas reakcji oficjalnych struktur obywatelskich. Skrócił się znacznie od tamtej pory.

Drugim dobrym efektem tego jest strajkowa zasada „no logo” na poziomie ogólnopolskim. To bardzo dobrze, że nie zdążyłyśmy wejść w sojusz na poziomie ogólnokrajowym. Znikim. To otworzyło drogę do najwłaściwszych, dziejących się naturalnie sojuszy – lokalnych. Każdy i każda u siebie.

Od samego chodzenia do telewizji i na panele dyskusyjne nic się nie zmienia, chociaż ważne jest, żeby nazwa strajku istniała w przestrzeni medialnej. Trzeba robić konkretne rzeczy.

Tłumaczenie mediom, że poza Warszawą istnieje życie i są tam ludzie robiący rzeczy, o których warto i trzeba pisać, to osobny projekt, któremu poświęcam mnóstwo czasu.

Utrzymujemy się ze zrzutek internetowych. Mamy zrzutkę główną na OSK, oprócz tego organizujemy zbiórki na poszczególne akcje. Zwykły protest krajowy kosztuje średnio 20-30 tys. zł. Na „czarny piątek” zebrałyśmy 190 tys. zł, to było szaleństwo, ale też ten protest był dużo droższy ze względu na koszt autokarów, których do Warszawy pojechało z całej Polski kilkadziesiąt.

Do tego trzeba dołożyć faktyczne, fizyczne robienie rzeczy. Szczekaczka w garść i zasuwamy. Albo siadamy na ulicy. Przed Dniem Supermatki, zamiast iść na galę Człowiek Roku „Gazety Wyborczej”, rozdawałam ulotki w metrze. Samo się nie zrobi.

Nawet najlepszy pomysł nie usprawiedliwia zmuszania innych do jego realizacji. Podczas protestów pod sądami, kiedy prezydent zawetował dwie ustawy, to bez omówienia tego z dziewczynami rzuciłam hasło: idziemy pod biura posłów PiS wWarszawie i w całym kraju („PodPiS to nie koniec”). Bach, bach, od razu grafika, ogłoszone wydarzenie – wiele dziewczyn dowiedziało się o tym dopiero z fanpage’u Strajku. To było nadużycie, poniosło mnie, uważałam, że mam dobry pomysł i trzeba go szybko zrealizować. Protesty odbyły się w blisko 30 miastach, ale wtedy dostałam niezły łomot. I bardzo dobrze. Należało mi się.

Myślałam: warto nacisnąć na posłów PiS, bo część z nich to miernoty polityczne, które weszły do Sejmu, aby trochę zarobić. I może wcale nie pisali się na zmiany, przeciwko którym ludzie wychodzą na ulice.

Kalkulowałam, że przyciśnięci protestami przed swoimi biurami ci posłowie zaczną kombinować, np. zachorują na głosowanie itp. To mogłoby doprowadzić do powiększenia kryzysu wokół sądów, Kaczyński zacząłby szaleć. Ale nie opowiedziałam tego wten sposób, tylko poszłam na skróty.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.