KORZYŚCI Z GNIEWU

Wmałych miasteczkach pojawienie się oskarżycielskich plakatów oznacza, że można wystąpić przeciw prezesowi, że PiS nie jest aż tak silny

Gazeta Wyborcza - Wysokie Obcasy - - FELIETON - Agata Bielik-Robson

tak źle, i tak niedobrze – to stała zasada obowiązująca w „obiektywnym dziennikarstwie” wkwestii działań opozycji (oczywiście tylko tej istniejącej, zgodnie z jeszcze jedną ulubioną przez klasę krytyczną regułą, że „najpiękniejsza jest partia, której nie ma”, od ledwo co będącej partii Razem po wyśnioną partię Roberta Biedronia). Kiedy więc pojawiły się w Polsce sponsorowane przez Koalicję Obywatelską billboardy ze zdjęciem prezesa w ataku wściekłości i napisami informującymi, że PiS wykradł miliardy z budżetu, by obdarować nimi swoich działaczy, krytycy od razu podzielili się na tych, których ten „tabloidowy” chwyt zniesmaczył (ach, ta wieczna potęga smaku), oraz tych, którzy z góry uznali go za nieskuteczny. Tych pierwszych jakoś rozumiem. Tych drugich natomiast nie: wPolsce, kraju o niezbyt jeszcze ugruntowanych postawach obywatelskich, jest ogromny elektorat, który w swych wyborach politycznych kieruje się głównie resentymentem. To on pod wpływem bezpardonowo agresywnej kampanii

Iwyborczej PiS-u odebrał w roku 2015 mandat rządzącej PO, wyzywanej wówczas od morderców dzieci, zdrajców i złodziei, i to on może zadecydować owyniku kolejnych wyborów. Nie ma więc wyjścia, trzeba się do niego zwrócić i obudzić w nim negatywne nastroje wobec obecnie rządzącego ugrupowania, licząc na to, że znów zadziała populistyczna logika oparta na głębokiej nieufności do wszelkich elit. Tu zatem KO wykazała się makiawelicznym realizmem: skoro nie uda się tej części ludowego elektoratu obywatelsko wyedukować, to trzeba jego wieczny gniew obrócić na własną korzyść. Ale jest jeszcze inny pozytywny aspekt tej kampanii. W wielkich metropoliach nie odczuwamy go tak silnie, ale w małych miasteczkach, gdzie PiS na spółkę zKościołem przejął już niemal cały rząd dusz, jest znaczący. Tam pojawienie się tak agresywnych i otwarcie oskarżycielskich plakatów oznacza, że nowy autorytaryzm jeszcze całkiem nie wygrał – że można publicznie wystąpić przeciw prezesowi. A to dla wyborców, którzy kierują się urazami i lękiem przed potężną elitą, oznacza tylko jedno: PiS wcale nie jest aż tak silny. Skoro na to „pozwala” (bo zgodnie z definicją autorytaryzmu wsferze publicznej może dziać się tylko to, na co rząd daje placet), to znaczy, że może nie jest tak wszechmocny, jak go media publiczne i księża zambony malują. Awtedy jest szansa, że lęk powoli ustąpi i gniew wobec nowej elity znajdzie ujście – najlepiej przy wyborczej urnie.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.