Z POLĄ RAKSĄ NA RAMIENIU

Wbrew wyobrażeniom w surowym męskim tatuażu dominują nie czaszki, sztylety, róże i węże, lecz przedstawienia kobiet

Gazeta Wyborcza - Wysokie Obcasy - - KOŃCÓWKA MĘSKA - Maurycym Gomulickim, artystą, rozmawia Monika Stelmach

swoim najnowszym projekcie pokazujesz cykl zdjęć „Dziary”, czyli głównie tatuaże więzienne. Co cię fascynuje w tych koślawych, nakładających się na siebie rysunkach? Prymitywny, nieporadny tatuaż ma w sobie ogromną dawkę autentyzmu. Często takie właśnie rysunki są o wiele bardziej ekspresyjne niż misterne twory artystów, w których komunikat wycisza się przytłoczony mnogością ornamentów.

Dla mnie wszystko zaczęło się od spotkania z niewiarygodnie zabawnym, pokracznym a mocarnym wielorybem, który ozdabiał przedramię człowieka spotkanego przy wyjściu z helskiej plaży wiosną 2007 r. Dlatego postanowiłeś sięgnąć do subkultury gitów?

To uproszczenie. Trudno marynarzy czy żołnierzy robiących sobie pierwsze, i często jedyne, tatuaże zakwalifikować do tej grupy. Ciekawi mnie tatuaż w swojej pierwotnej postaci, dziary powstające na marginesie rzeczywistości, w okresie poprzedzającym współczesny, zasymilowany społecznie tatuaż, którego początki sięgają wczesnych lat 90., a który swój boom przeżywa od blisko dekady.

Dziś często odwołujemy się do tatuażu plemiennego czy etnicznego jako źródeł. De facto o Maorysach czy chorwackich kobietach przypomnieliśmy sobie stosunkowo niedawno. Jako realnych prekursorów tatuażu postrzegam marynarzy, którzy pierwsze rysunki na skórze przywieźli oczywiście z egzotycznych podróży, żołnierzy Legii Cudzoziemskiej i recydywistów. Podobnie rzecz ma się z makaronem: Marco Polo przywiózł go do Europy z Chin, ale to słoneczna Italia obdarzyła nim świat. Bazary ze starzyzną, więzienia, parki? Gdzie fotografowałeś tych mężczyzn?

Fotografowałem ich na ulicy. Nigdy nie byłem w żadnym więzieniu, raz tylko spędziłem 24 godziny w areszcie i wolałbym nie powtarzać tego doświadczenia. „Prison is hell” to nie fraza rzucona na wiatr. Wszystkie zdjęcia powstawały przypadkowo – w czasie spacerów, wyjazdów czy codziennych wypadów po bułki i kefir. Od kiedy zacząłem na serio zbierać materiał, praktycznie nie ruszałem się z domu bez aparatu.

Pchle targi, takie jak warszawska Olimpia czy wrocławski Świebodzki, to miejsca, w których łatwo spotkać „ludzi z przeszłością”. Ponieważ jestem tam od lat regularnym bywalcem, są dla mnie nie tylko miejscem polowań na materialne cuda i cudeńka, lecz również na fantomy utrwalone na skórze. Jeden z ciekawszych przypadków człowieka gęsto opieczętowanego rysunkami, który sie-

Wdział w więzieniu w Barczewie razem zErichem Kochem, spotkałem na parkingu centrum handlowego Arkadia. Co miałeś na myśli, pisząc w albumie „Dziary”, że ta kultura zanika? Więzienia raczej przetrwają próbę czasu. Zanika pewna estetyka, kultura więzienna ma przed sobą długą, choć niekoniecznie świetlaną przyszłość. Zmienia się też technika wykonania. Fotografowałem głównie „kolki” – tatuaże wykonywane tzw. groszówą, jedną lub kilkoma związanymi wyprutą ze swetra nitką, igłami, zaostrzonym drutem czy struną od gitary. Wlatach 50.-70. jako tuszu używano najczęściej gumy palonej, czyli sadzy otrzymanej w wyniku przypalania podeszwy buta, mieszanej z szamponem czy innymi dostępnymi rozpuszczalnikami. Już w latach 90. amatorskie tatuaże były wykonywane za pomocą maszynek samoróbek tworzonych z połączenia automatycznego ołówka z silniczkiem od walkmana. Jako barwnika zaczęto używać tuszów kreślarskich, a później pigmentów wydobywanych z tzw. żelaków.

Z technologią wykonania zmienia się też stylistyka rysunków. Wotchłaniach PRL-u niewiele było gotowych wzorów do skopiowania – większość dziar powstawała spontanicznie, zwyobraźni.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.