ŚMIERĆ DO NIEGO NIE PASUJE

Donata Subbotko o tajemnicach i demonach pisarza –

Gazeta Wyborcza - - PIERWSZA STRONA - DONATA SUBBOTKO

ŚŚmierć nie pasowała do niego. – Że umarł, wszyscy się dziwili – mówi Tomasz Łubieński, przyjaciel od dzieciństwa. – Wydawało się, że będzie wiecznie młody. Zawsze żartował. Ze wszystkiego. Nigdy nie narzekał na zdrowie. Każdy mówił, co mu jest, a Janek nigdy. Doszliśmy z kolegą do wniosku, że jeżeli umarł, to znaczy, że teraz już my wszyscy umrzemy.

Mało kto wiedział, że od jakiegoś czasu chorował. Świetnie to ukrywał. Trzymał fason. Tradycyjnie nie odbierał też telefonów, oddzwaniał wtedy, kiedy miał siłę pożartować. Do kawiarni Czytelnika od paru tygodni nie przychodził. Wcześniej, jeśli wpadł na obiad, to najchętniej siadał sam. Czasem z przyjaciółmi, ale coraz rzadziej. Krystyna Kofta martwiła się, że nic nie je, najwyżej trochę zupy. Mówił tylko: – Już jest lepiej. Albo: – Nie będę opowiadał, wiesz, jak to jest.

– Siadał po prawej stronie, zaraz jak się wchodzi – mówi Janusz Rudnicki. – Ostatnio był podejrzanie szybko chudszy o dobrych parę kilo. I te tak charakterystycznie świecące oczy. Unikał nas i trochę się męczył, jeśli ktoś podchodził i zarzucał wędkę z haczykiem jakiegoś tematu. Nie łapał się, nie chciał, zdawkowy był. Potakiwał grzecznie z błąkającym się po ścianach uśmiechem, czekając, aż ten ktoś odejdzie. I jeszcze ten słuch, słabł mu. Coś tam brzęczałem jak mucha. Irytował się, zły był trochę. Na siebie, bo go to poniżało, i na mnie, bo to przeze mnie. Podobnie było wcześniej z Henrykiem Berezą, tylko że on, jeśli nie zrozumiał, to opierdalał mnie za złą dykcję. Janusz nie miał tyle tupetu.

Był zmęczony. I fizycznie, z powodu ukrywanej choroby. I tą całą Polską, w której trudno wytrzymać. – Przez całe moje powojenne życie wolność i w ogóle wszystko, co najlepsze, miało przychodzić z Zachodu. A teraz okazuje się, że stamtąd maszeruje najgorsze zło – mówił zniechęcony kilka miesięcy temu. Zniechęcenie zawsze miało w jego przypadku pewien wdzięk, ale ostatnio przybrało postać poczucia beznadziei. Nawet nie chciało mu się gadać. Wszystko wydawało się ewidentne, słowa za słabe, przemiędlone, a sytuacja absurdalnie niepoważna i bardzo poważna zarazem. – Konstytucja nie nakarmi naszych dzieci i jest nudna – prowokował. – To już Mrożek kiedyś zauważył, że gdyby do konstytucji wpisać słowo „kurwa”, to może by ona kogoś zainteresowała. Rządy PiS tak podsumowywał: – Polska jest demokratycznym państwem prawa i chuj.

Ponad tydzień temu wyjechał z żoną Oleną do Afryki – polscy znajomi zaprosili ich do Egiptu. Umarł nagle. Pewnie tak umierać – akurat tam – nie chciał. Może by zachichotał i uznał, że to śmierć lekko surrealistyczna. Uważał przecież, że w jego życiu – i pisaniu – realizm i surrealizm pracowały razem i w porozumieniu. W dodatku nabijał się ze swojego ojca Jerzego Głowackiego, który w późnym wieku, marząc o podróżach, zaczął pisać m.in. kryminały rozgrywające się właśnie w Egipcie. Był to taki Egipt, w którym tańczyły ponętne hurysy, w tle stały pocztówkowe piramidy, a po pustyni wiły się węże. Śmiał się, że w jednej książce nawet napisał ojcu patetyczną scenę: zmierzch, bohater podchodzi do okna; pada zdanie: „Nie wiedział, że patrzy na ogród po raz ostatni”.

Nie trawił literatury pisanej „słowem dostojnym”. Uwielbiał krwawego Babla, jego poezję, cynizm i bezczelność. Cudo wyobraźni, humoru i języka. – Opowiadania o Armii Konnej Budionnego to poemat o rzezi, mordzie, pogromach, okrucieństwie napisany z czułością i zrozumieniem dla oprawców. Wszystko jest naturalne, takie ludzkie, tylko język szaleje – mówił. Kiedyś na pytanie ks. Andrzeja Lutra o Boga odpowiedział też Bablem: „Niech w Boga wierzy ten, kto wygrał dwieście tysięcy na loterii”. Ale córkę Zuzię ochrzcił. U ks. Twardowskiego, który – gdy Głowacki do niego przyszedł – powiedział: „O, wiem, to jest ten trudny przypadek”. Podczas ceremonii na pytanie, czy wyrzeka się szatana, nie wiedział, jak się zachować, więc ksiądz popatrzył na niego z pogardą i powiedział: „Wyrzekam się”.

W powojennej szkole na religię chodził. Żartował, że przeszedł kryzys wiary, po tym jak ksiądz wziął go za ucho i wyrzucił z kościoła za to, że wepchnął się do spowiedzi bez kolejki: „O kurwa, pomyślałem, to koniec”.

Pasowałoby do niego zdanie pewnego rabina – może jak na gust Głowackiego zanadto patetyczne, ale niech tam, bo też z Babla – że „każdemu głupcowi wystarcza głupoty, żeby się frasować, a tylko mędrzec rozdziera śmiechem zasłony bytu”. Mawiał, że żyje ironicznie, a przynajmniej udaje. Nie mówił niczego wprost. O sobie właściwie wcale. I w prozie, i w rozmowie uciekał na piętra wyższe, gdzie mieszka absurd. W finezyjny żart, pikantną anegdotę, ożywcze porównania. Lubił skrót, metaforę i językowy ping-pong. Jeśli piłeczka zgrabnie mu się odbijała, było trochę chichotu. Ale takiego czechowowskiego, najmądrzejszego na świecie. Czechowa zresztą kochał, chętnie się do niego odwoływał i zapowiadał, że z przyjemnością by się z nim spotkał – w nocy, na cmentarzu Nowodziewiczym. Pogadaliby o tym, jak sobie radzić z bezsennością. Trzeba przy tym brać pod uwagę, że i w prozie, i w życiu Głowacki tworzył świetne dialogi, najchętniej mijane i z kluczem, więc rozmowa byłaby pewnie interesująca, choć nie dla wszystkich zrozumiała. Józefowi Henowi, dla którego Głowacki był w Czytelniku już ostatnim kolegą z kręgu literackiego, tłumaczył, że przychodzi na obiady rzadziej, bo jest pochłonięty pisaniem nowej książki. Faktycznie szykował „Z głowy 2”, dziennik trochę nieprawdziwy. Miała wyjść jesienią. Wydawnictwu jeszcze jej nie oddał.

„Siedzę przy oknie i razem z całą cywilizowaną Europą popijam espresso. Czasem się troszkę wstydzę, ale nie bardzo” – brzmi jej pierwsze zdanie. Często mówił, że się czegoś wstydzi. Wstydził się udawać w szkole teatralnej i dlatego go wylali. Wstydził się swojego prowincjonalizmu, kiedy wyjechał z Polski. Wstydził się, że jest człowiekiem, podczas odsłonięcia pomnika w Jedwabnem. A ostatnio się wstydził, żeśmy spieprzyli ten świat. I że będziemy pieprzyć go dalej. Bo ludzie są ludzcy. Bóg – często to powtarzał – nie miał złudzeń co do ludzkiego charakteru, dlatego nie dał nam

Głowa lubił być podziwiany i miał status amanta, ale to był jego pancerz ochronny. Miał taką ujmującą nieporadność, która stała w sprzeczności z jego wspaniałą męską urodą. Uczuciowo był skomplikowany. Nieprzystępny

ostrych kłów i długich pazurów. Ale człowiek dał sobie z tym radę i wymyślił kałasznikowa.

Skundlona tragedia, uwznioślona farsa – tak widział świat, lubił przywoływać tę frazę.

Ostatnio wracał do powieści Josepha Conrada. Mówił: – Conrad zrobił wielkie halo, że Lord Jim uciekł z tonącego statku, powierzając kilkuset pielgrzymów bożej łasce. A teraz z uchodźcami to norma. Ironizował: – Bóg zesłał uchodźców jakby specjalnie dla nas. Żeby nam poprawić samopoczucie. Islamista, brudna kurwa, nam, Polakom, nie dorówna. Zawsze myśmy się gdzieś wpychali, emigrowali, błagali, żeby nas wpuścili. A teraz, nareszcie, my możemy nie wpuszczać. Jezu, jakie to jest przyjemne.

Bardziej od Ameryki, Francji czy Anglii interesował go Wschód. To, co się dzieje w Syrii, Turcji, Rosji i na Ukrainie. – Trwa rzeź, a my się zajmujemy ruchadłami leśnymi i innymi żołnierzami wyklętymi – grzmiał. Nad „kopaczami grobów” chciał się pastwić w szykowanej książce. Mówił: – Mam nadzieję, że uchodźcy będą w stanie wybaczyć to, co się z nimi wyprawia. Nawet te dzieci, które przechodzą przez takie piekło, przez jakie może ja przechodziłem, uciekając z matką z powstania warszawskiego. Mnie psychoanalityk w Ameryce powiedział, że to jest niemożliwe, żebym nie był ukształtowany przez wojnę. – Mieszkaliśmy razem na Żoliborzu, chodziliśmy do jednej klasy, skakaliśmy wzwyż przez sznurek nad Wisłą i bawiliśmy się żołnierzykami. Był dosyć tajemniczy, jak teraz myślę – wspomina Tomasz Łubieński. – Niewiele było wiadomo o jego życiu. W szkole raczej nieśmiały, nie brylował. Czytał powieści indiańskie, ja historyczne. Stosunkowo późno, niedawno, dowiedziałem się, że przeżył powstanie. Wspomniał o tym kiedyś na jakimś pogrzebie, ale mówił, że nie miał traumatycznych przeżyć.

Miał. Coś tam wspominał w książce „Z głowy”, ale w swoim stylu, trochę frywolnie i jakby mimochodem. Dopiero niedawno przyznał, że jego pierwsze wspomnienia to trupy, trupy, trupy: – Z bliska widziałem, jak rozstrzeliwali. Trupy leżały na ulicach. Widziałem ludzi, co uciekali, i innych, co do nich strzelali. Jakąś kobietę gwałcono. Ktoś zraniony wpadł do ogromnej brytfanny ze smołą i się cały spalił.

Żartował, że nie ma pretensji do Niemców, mimo że zabili jego dziadka i babcię. Dziadka, Bronisława Rudzkiego – przedwojennego kompozytora i przedstawiciela firmy płytowej Columbia na Polskę – zgarnęli w łapance w 1939 r., zawieźli na Pawiak, w styczniu 1940 r. rozstrzelali w Palmirach. Babcię wzięli „do jakiegoś obozu koncentracyjnego”. Nie chciał o tym mówić: – Kochanie, nie pamiętam, to było dawno temu, co ja, kurwa, mogę pamiętać? Nie pielęgnuję takich wspomnień. Staram się zapomnieć. Wojnę postanowił zamazać, ale z wiekiem temat chyba wracał. Nie bez powodu całe życie cierpiał na bezsenność i chodził w Ameryce do psychoanalityka. I nie bez powodu napisał „Good night, Dżerzi”. Pisząc o Jerzym Kosińskim, dziecku Holocaustu, pisał trochę o sobie.

Kosiński wcale nie był jego ulubionym pisarzem, ale Głowacki tak jak on miał swoje demony: – Sam się w życiu całkiem sporo naudawałem i ciekawiło mnie, jak on te coraz bardziej przylegające maski przymierza. I w którym momencie się zmienił w konika, na którym jedzie kreacja, pogania batem i galopuje, uciekając przed czasem przeszłym i teraźniejszym. I czy ma rację Auden, że jak się raz zacznie uciekać, to potem nie ma już ucieczki od ucieczki.

– Głowa nie lubił, nie potrafił się zwierzać. Ani właściwie przyjaźnić – opowiada Kazimierz Kutz. – Był skryty. To się wiąże z tym, co przeżył jako dziecko podczas okupacji. Trzymał ludzi na dystans. To nie był facet, do którego można było zadzwonić i poplotkować. Jeśli już się z czegoś zwierzył, było to zawsze niezwykłe. Normalny człowiek by powiedział 30 zdań, a jemu starczały dwa. Jak mówił trzecie, to uważał, że już przesadza, jakby grzeszył. Ze wstydliwości był taki skrótowy. Najbliższa była mu „Mateczka”. Poświęcił jej piękny, całkiem poważny jak na niego rozdział w książce „Z głowy”. Helena Głowacka, z domu Rudzka (siostra aktora Kazimierza Rudzkiego), była absolwentką polonistyki i filozofii. Urodziła go w 1938 r., będąc po trzydziestce. Poród odbył się w Poznaniu, podobno przypadkiem, rodzice skądś dokądś jechali.

– Wyszła ze środowiska przedwojennej elity – mówi Kutz. – Głowa był w sensie duchowym skamandrytą, dzieckiem najlepszej polskiej kultury literackiej i kabaretowej. Trochę z Gombrowicza, trochę ze Słonimskiego. Matka, która po wojnie pracowała jako redaktorka w Iskrach i Czytelniku, szykowała go na kogoś takiego. Jego mentalność, poczucie humoru były usadowione w przedwojennej Warszawie. On właściwie nie miał innego wyjścia, jak zostać pisarzem.

Matka wielbiła Francuzów: Balzaka, Prousta, Stendhala, Flauberta. Gdy miał dziesięć lat i chorował, czytywała mu „W poszukiwaniu straconego czasu”. Wolał „Księgę dżungli”, przy Francuzach zasypiał. Ale to ona zaraziła go ambicją literacką i była wspólniczką jego młodości. Przepisywała mu pierwsze teksty na maszynie, lansowała go, chroniła i zawsze w niego wierzyła.

– Kiedyś ojciec Janka wziął nas obu na film „Fanfan Tulipan” dozwolony od lat 16, a my mieliśmy po 14. Janusza wpuścili, był wysoki, a mnie bileter zatrzymał – opowiada Łubieński. – Wtedy wkroczył pan Jerzy Głowacki: „Co pan będzie mi mówił, ja wiem, ile on ma lat!”. Obejrzeliśmy ten film z wypiekami, była tam scena erotyczna, w której Gérard Philipe patrzy z okna strychu w dół na biust Giny Lollobrigidy i mówi: „Widzę dolinę między dwoma uroczymi wzgórkami”. To była nasza inicjacja.

Głowacki nie miał z ojcem tak dobrego kontaktu jak z matką. Wprawdzie mieszkał z nimi, ale tak osobno trochę. Łubieński: – Pani Głowacka chodziła razem z moją mamą na wywiadówki do naszej nauczycielki, pani Liberowej, matki Antoniego Libery. Gdy tylko była mowa o Janku, na twarzy pani Głowackiej pojawiał się uśmiech. Zachwycała się nim. A on wyznawał wręcz kult matki. Stosunek do niej mówi o Janku najwięcej, tu widzę powagę jego życia i pewną tajemnicę. Bo on tak naprawdę był poważny, chociaż maskę ironisty nosił z wdziękiem. Lwem towarzyskim został dopiero na przełomie lat 60. i 70., kiedy zaczął pisać opowiadania, felietony i scenariusze filmowe: „Polowanie na muchy”, „Rejs” (razem z Markiem Piwowskim) i „Trzeba zabić tę miłość” ( jeden z ulubionych polskich filmów Martina Scorsese). O debiutanckim tomie opowiadań „Wirówka nonsensu” (1968) napisała paryska „Kultura”. Zaliczono go do listy młodych gwiazd, obok Hłaski, Stawińskiego i Nowakowskiego. Nazwano prozaikiem „czułym na problematykę moralną i język rówieśników”. Tytułową „wirówkę nonsensu” pożyczył Głowacki od Szpotańskiego, który zresztą w tym opowiadaniu występuje ( jako Jan B.) i mówi, że to „taniec małp w społecznej próżni, w klatce, która nie wydaje żadnego rezonansu”. To ważne dla twórczości Janusza Głowackiego w ogóle. Cokolwiek by pisał, z tej wirówki nie wypadał.

Uważał, że głupota ludzka – podobnie jak miłosierdzie Boże – nie zna granic. Felietony, które publikował w tygodniku „Kultura” Janusza Wilhelmiego, to były metaforyczne szkice. Z braku wolności zrobił użytek: czego nie mógł krytykować, wychwalał do obłędu. Lubił zagłaskać kotka na śmierć.

Wydawałoby się, że życie felietonu jest krótkie, ale te Głowackiego jakoś się nie przeterminowały. Ich narratorem był człowiek ograniczony, za to pełen żarliwości i oddania partii. Propagandową powieść „Głupia sprawa” Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego o Marcu ’68 porównywał z wydanym po raz pierwszy w Polsce „Ulissesem”. Film „Prawdzie w oczy” Poręby – z „Czerwoną pustynią” Antonioniego. Kiedy wybuchła nagonka, żeby nie powierzać roli Kmicica Danielowi Olbrychskiemu, przekonywał, że aktorów powinien wybierać nie reżyser (to kapitalistyczny nawyk), ale naród – więc Kmicica mógłby zagrać Kloss. A pisząc o demonstracji sił fryzjerskich bloku socjalistycznego, martwił się, czy nie zagubiony zostanie „narodowy charakter naszych fryzur”. Jedna z definicji wolności głosi, że to możliwość picia nieograniczonej ilości wódki. Głowacki przekonywał więc nie tylko, jak żyć, ale i jak pić: „Nie mieszać, nie bełtać, nie zakąszać trawą, po każdym litrze robić 15 minut przerwy, pamiętając, że mamy tylko jeden organizm”. Ogłaszał konkursy na odnalezienie w tekście haseł szkodliwych i głęboko szkodliwych oraz słusznych i jedynie słusznych, a były to hasła w stylu: „Wróg śpi, bo ma mieszkanie” albo: „Donieś dzisiaj, co miałeś donieść jutro”. Pisał o królu Pergamonu (to o Gierku było), który bardzo liczył się ze swoim zdaniem, spotykał się sam ze sobą, zadawał sobie pytania i udzielał na nie odpowiedzi. W ten sposób wilk despotyzmu był syty i owca demokracji cała. Albo o tym, że każdy Hun już w piątym roku życia musiał znać wymowę imienia swojego wodza Attyli i skandować je w biegu. I przytaczał słowa umierającego wodza, który mówił: „Chłopaki, pokażcie tym pedałom”, wskazując ręką na południowy zachód.

Wchodząc na coraz to wyższe piętra absurdu, bywał opacznie rozumiany, co komentował: – Zrobienie kariery w oparciu o czytelników, którzy cenią mnie, gdyż wszystko, co piszę, zrozumieli odwrotnie, wydaje mi się propozycją świeżą i zbyt kuszącą, abym z niej łatwo zrezygnował.

Henryk Bereza mówił, że kiedy Głowacki uzyskał prawo siadania przy jego stoliku w SPATiF-ie, „więcej niż z innymi gadaliśmy o jego twórczości, zwłaszcza felietonowej”, bo one miały „bardziej artystyczny charakter niż niektóre jego teksty jak gdyby z założenia artystyczne”.

Z Berezą przyjaźnili się i mieli komitywę literacką. – Heniowi dawałem do czytania wszystko, co napisałem. Był może nawet dla mnie za wielkim autorytetem – mówił Głowacki. Bereza miał pretensje, że w jego opowiadaniach jest za mało metafizyki. Za utwór wielkiej wagi uważał transowy „Raport Piłata”. Łubieński: – To jego najmniej ironiczne opowiadanie. Apokryf. Opowieść zbudowana na Biblii, dziejąca się w komisariacie milicji. Wspaniała, uniwersalna, z żargonem, kolejny dowód na doskonały słuch językowy Głowackiego. W latach 70. wypracował sobie wizerunek playboya, który chodzi po Nowym Świecie w rozpiętej koszuli, z gołą klatą i trochę niepoważnie pisze.

– Czasami robiłam z Januszem zakupy ubraniowe – opowiada Krystyna Kofta. – Lubił białe koszule. Wszystko, co kupował, musiało być za duże, luźne. Dbał o formę, dużo pływał. Kiedyś mu mówię: „Plotkują, że wspinasz się po plecach kobiet”, a on: „Wiesz, Krysiu, strome i śliskie są plecy kobiet”. Mówi się tylko, że Głowacki to był playboy. A on myślał np. o tym, że „jest taki poeta, biedny, chory i wiesz, Krysiu, on spodni nie ma, może byśmy mu kupili”. Kiedyś jedliśmy obiad, przyszła dawna redaktorka z czasów komuny, niezbyt lubiana za dawne grzechy, i do mnie: „Pani tak ładnie je”. Janusz z miejsca kupił jej obiad. Okazało się, że często głodowała. Taki był. Kiedy udało mu się wynająć w Stanach mieszkanie, dzwonił i namawiał: „Uciekaj, przyjeżdżaj z całą rodziną, zmieścimy się”. Ludzie go nie znają. Miał swoją mroczną stronę. Żartował, że „Z głowy” to same kłamstwa są.

Kutz: – Lubił być podziwiany i miał status amanta, ale to był jego pancerz ochronny. Dziewczyny strasznie na niego leciały. Korzystał z tego, ale bez przesady. Sam wcale tak bardzo nie uwodził, nie prowadził sklepu erotycznego. Miał taką ujmującą nieporadność, która stała w sprzeczności z jego wspaniałą męską urodą. Uczuciowo był skomplikowany. Nieprzystępny. Miał tylko dwie żony. Ta życiowa łapczywość – charakterystyczna dla wybitnych ludzi, którzy cudem przeżyli wojnę – polegała także na tym, że on w pewnej chwili postanowił zostać pisarzem światowym. Chciał być sławny. Całe jego życie było wielkim wysiłkiem, żeby wyjść z polskiego prowincjonalizmu. Los sprawił, że znalazł się w Ameryce, gdzie harował nieludzko, żeby wypłynąć. Także w tym Kosiński był mu bliski. Nauczył się tam metod chodzenia za własnym interesem artystycznym. Swoim talentem – nie tylko pisarskim, ale i dbałością o autoreklamę – przekroczył granicę sukcesu. O jego życiu zdecydował „Kopciuch”, sztuka, która w Polsce mało komu się podobała (chociaż Kisiel napisał, że to polski „Lot nad kukułczym gniazdem”), a w 1981 r. miała premierę w Royal Court Theatre w Londynie i do dzisiaj jest na świecie wystawiana. Gdy Głowacki pojechał do Anglii zobaczyć próby, wprowadzono stan wojenny. Przez następne lata miał okazję zrozumieć, co znaczy być uchodźcą. W Warszawie zostawił matkę, dwuipółletnią córkę Zuzię i późniejszą żonę Ewę Zadrzyńską. Miał dżinsy, dwie koszule i 20 funtów. Do Stanów, skąd przyszła propozycja prowadzenia kursów o Kafce, Czechowie i Dostojewskim w Bennington College, pojechał z kompleksem prowincji maskowanym pychą. Bał się i pocieszał: „Janek, co się przejmujesz. Jedziesz do dzikiego kraju, w którym nikt nawet nie wie, kto to jest Himilsbach”.

Ameryka go zweryfikowała. Na początku był na dnie, potem blisko szczytu. Pisał o sobie: „W Nowym Jorku w jednej chwili przestał istnieć Głowacki playboy, środowiskowy pisarz, przewrotny felietonista i ozdoba przyjęć. Narodził się przestraszony, źle mówiący po angielsku nieznany pisarz bez pieniędzy”. O przysługę prosił ludzi, których prosić nie powinien. Oczywiście odmawiali. Z Josifem Brodskim miał śmieszne spotkanie. Umówili się w kawiarni w Greenwich Village i Brodski mu powiedział: „Janusz, czuję, że odniesiesz wielki sukces, w tobie jest coś wspaniałego, nie potrzebujesz pomocy, wierzę w ciebie. Zobaczysz, będzie fantastycznie”. Głowacki wyszedł szczęśliwy z tego spotkania; dopiero po chwili zrozumiał, że wielki poeta właśnie go spławił.

Uczył na Uniwersytecie Columbia, chodził po przyjęciach i stosował się do zasady „noś przy sobie jeden egzemplarz swojej sztuki albo scenariusza i pamiętaj, nie jesteś tu dla przyjemności, bądź kurewsko atrakcyjny, nie upijaj się ponuro, śmiej się głośno i opowiadaj dowcipy”. Oszczędzał na metrze i brał meble wystawiane na ulice. Chodził po parku i patrzył na bezdomnych, co zaprocentowało dramatem „Antygona w Nowym Jorku”, który Jan Kott uzna za jedną z najważniejszych polskich sztuk i o którym napisze: „Zobaczyłem niespodziewanie serce Janusza”.

O tym, jaką cenę zapłacił za Amerykę, najwięcej jednak mówi autobiograficzne „Polowanie na karaluchy” – o parze emigrantów, którzy stracili wszystko poza akcentem. Byli sławni, są pogubieni. O biedzie, strachu, okłamywaniu siebie i bezsenności. – To był temat na ponury dramat, więc napisałem komedię – mówił. Za Beckettem powtarzał, że nic nie jest tak śmieszne jak nieszczęście. Po dwóch latach przyjechały żona i córka. Joseph Papp, największy producent na Broadwayu, zdecydował się wystawić „Kopciucha”, reżyserował John Madden („Zakochany Szekspir”), a grał Christopher Walken („Łowca jeleni”). Pieniądze zaczął Głowacki zarabiać w dru-

giej połowie lat 80., po wystawieniu „Polowania na karaluchy” w reżyserii Arthura Penna („Bonnie and Clyde”) z Malcolmem McDowellem („Mechaniczna pomarańcza”). – Głowa przeniósł swoją doniczkę z kwiatem z Warszawy do Nowego Jorku – mówi Kutz. – I umiał wejść w tamto środowisko. Wszystko temu podporządkował. Był bardzo pracowity, chociaż wyglądał na lowelasa. Odnalazł tam jakiś rodzaj wolności, ale w pewnej chwili to się skończyło. Wrócił. Opowiadał mi dlaczego – że to ze strachu. Jak te dwa samoloty pierdolnęły w WTC, to jemu runęła ta wolna Ameryka. Uciekł z powrotem do Warszawy, na Bednarską, do mieszkania na Mariensztacie po rodzicach. I znowu zaglądał do Czytelnika i Bristolu, gdzie znajomy pianista grał mu „As Time Goes By” z jego ulubionego filmu „Casablanca”. Żegnał po kolei Holoubka, Łapickiego, Berezę, Konwickiego. Mówił, że wszyscy wokół niego już powymierali i przy stolikach siedzą duchy: – Ci, co ich nie ma, są obecni. Jakby idą ze mną. Szalenie realni. Żeby jednak nie wypaść zbyt sentymentalnie, dawał receptę, jak żyć – wziętą od Himilsbacha: trzeba dużo pić i jebać, żeby się z nędzy wygrzebać. Ostatnio między jednym żartem a drugim rzucił, żeby – jak umrze – napisać o nim jakieś ciepłe słowo.

– Ludzie lubili go za jego wolność, niezależność, brak chamstwa – mówi Kutz, jeden z ostatnich z ekipy Czytelnika. – On zgorzkniał trochę po „Wałęsie”. Mnie się wydawało irracjonalne, że pracował z Wajdą. Nie przystawali do siebie.

No, ale Wajdzie się nie odmawia. Głowacki był zresztą w stoczni w 1981 r. podczas strajku, pojechał tam z Łubieńskim – z ciekawości. Napisał potem powieść „Moc truchleje” – o Ufnalu, który tak wszystkim ufał, że został agentem SB; tragifarsę w swoim stylu, lubił bohaterów żałosnych raczej. Dlatego, jak mówi Kutz, przy „Wałęsie” Głowacki był umordowany: – Biadolił, że co napisze, Wajda mu wyrzuca i zamawia coś nowego. Chciał nakręcić człowieka z mitu, a Głowa wolałby zrobić z Wałęsy człowieka prawdziwego, również śmiesznego. Miał narastające poczucie poniżenia.

Kutz od dawna miał teorię, że Głowa jest wrażliwą dziewczynką. Dzisiaj precyzuje: – Taką, co to jest gotowa do utraty dziewictwa, ale strasznie się boi. Nie wie, dać czy nie dać. Powiedzieć czy nie. Stąd ta jego nieśmiałość i mówienie skrótami.

Sam Głowacki chętnie się widział w takiej roli, a nawet to pole poszerzał: – Mógłbym być kombinacją Królewny Śnieżki, Ryszarda III, Otella, Aloszy Karamazowa i Skąpca. I przyznawał: – Szczerze to ja nic nie mówię.

Ojciec dał mu przed śmiercią kilka kiepskich rad, ale jedna była dobra: „Nigdy się, Janku, nad sobą publicznie nie roztkliwiaj”. Tego się do końca trzymał. Jest takie zdanie z Babla, które bardzo lubił: „Benia mówi mało, ale on mówi smacznie. On mówi mało, ale człowiek ma chęć, żeby on jeszcze coś powiedział”.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.