Zbrojeniowe perpetuum mobile MON

Polska Grupa Zbrojeniowa jest dziwacznym tworem, w którym minister obrony jest zarazem sprzedającym i klientem. Państwo lokuje w niej zamówienia na miliardy złotych, a szef MON rozdaje posady, wspiera sprzyjające mu media i wzmacnia swoją pozycję w PiS.

Gazeta Wyborcza - - KRAJ - ANNA GORCZYCA PAWEŁ WROŃSKI

W ubiegłym tygodniu RMF ujawnił aferę z należącym do PGZ Autosanem, który spóźnił się o 20 minut w przetargu na dostawy 26 autobusów dla 2. Regionalnej Bazy Logistycznej w Rembertowie. Wygrał niemiecki MAN. Według nieoficjalnych informacji z PGZ oferta została świadomie złożona zbyt późno, bo autobusy Autosana nie spełniały kryterium przetargu.

MON było przekonane, że to Autosan miał najlepszą ofertę. Wiceminister Bartosz Kownacki wskazywał nawet na autobus Lider 10 (wbrew twierdzeniom ministra nie spełnia on kryteriów m.in. z powodu zbyt niskiego zawieszenia i za małej ładowności). Premier Beata Szydło stwierdziła, że jest sprawą przetargu zbulwersowana, a jej okoliczności zbada minister Henryk Kowalczyk.

Wpadka z Autosanem pokazuje, jak część polskiej gospodarki wraca na tory gospodarki centralnie sterowanej – tym razem z siedziby Ministerstwa Obrony przy al. Niepodległości.

Stało się to możliwe w 2015 roku, kiedy zapadła decyzja o przyporządkowaniu MON podległego Ministerstwu Rozwoju PGZ. Macierewicz wiedział, że to w PGZ będą lokowane miliardowe kontrakty wojska. W grupie znajduje się obecnie przeszło 60 zakładów, w których pracuje 17,5 tys. ludzi, a około 30 tys. to podwykonawcy. Dla lokalnych społeczności pobliski zakład PGZ to często jedyne źródło dochodu.

W centrali PGZ szef MON ulokował swoich najbliższych współpracowników Bartłomieja Misiewicza i Radosława Obolewskiego (co zakończyło się aferą i ostatecznie doszło do ich rezygnacji). W spółkach Grupy pracę dostali też m.in. były asystent społeczny agenta „Tomka” Andrzej Skałecki czy 24-letnia działaczka PiS Anna Wiśniewska.

Dziś PGZ to też narzędzie polityczne. W ubiegłym roku w Ostródzie, która nie ma nic wspólnego z przemysłem obronnym, ale ma prezydenta z PiS, zostały, przy współudziale Grupy, zorganizowane targi Pro Defence. Jak twierdzą pracownicy PGZ, coraz więcej pieniędzy idzie na imprezy organizowane lub współorganizowane przez MON albo sprzyjającą szefowi MON prasę.

PGZ to ekonomiczne perpetuum mobile. Dochód zapewnia jej 5 procent od każdego kontraktu w przemyśle zbrojeniowym, pochodzące z budżetu państwa. Antoni Macierewicz jako faktyczny właściciel Polskiej Grupy Zbrojeniowej występuje równocześnie jako klient i sprzedawca. Odpowiada za pomyślność PGZ – która dostarcza uzbrojenie – oraz pomyślność armii, która jest jego odbiorcą. Oznacza to, że obojętnie, jaki sprzęt kupuje polska armia, powinien on być stworzony przez PGZ.

Przykładem choćby hucznie ogłaszane przetargi na drony obserwacyjne i bojowe – polskie prywatne firmy WB Electronics i Siltec należą do czołówki wśród producentów tego sprzętu. Zakupy planował jeszcze poprzedni rząd, a Macierewicz w 2016 roku mówił, że niebawem polskiego nieba będą broniły tysiące dronów. Jednak w ubiegłym roku został unieważniony ostatni z przetargów na zakup małych dronów. Spółka Siltec, która go wygrała, złożyła zbyt drogą ofertę (choć różnica między ceną oferowaną i proponowaną była niewielka). MON uznał, że drony dla polskiej armii będą budować wchodzące w skład PGZ Wojskowe Zakłady Lotnicze nr 2 w Bydgoszczy. Według naszych rozmówców w Bydgoszczy wprowadzane są właśnie technologie, które polscy prywatni przedsiębiorcy stosują od lat.

Jak do tych praktyk odnosi się odpowiedzialny za gospodarkę wicepremier Mateusz Morawiecki? W ubiegłym roku w TVN 24 stwierdził, że nie chce, by PGZ wróciła pod nadzór ministerstw gospodarczych. Powiedział, że Antoni Macierewicz „znakomicie wykonuje reindustrializację armii”.

PGZ wciąż się rozszerza. Wiosną związane z nią konsorcjum Mars przejęło tereny Stoczni Gdańskiej. Prezes PiS Jarosław Kaczyński zapowiedział tam odrodzenie przemysłu stoczniowego. Przybito nawet stępkę do budowy promu dla Polskiej Żeglugi Bałtyckiej, choć nie ma do tego promu planów.

Autosan włączono w skład Grupy półtora roku temu. Firma była wcześniej w stanie upadłości. – Liczyliśmy, że PGZ dokapitalizuje fabrykę i będziemy się rozwijać – mówi Ewa Latusek, szefowa „Solidarności” w sanockiej fabryce autobusów.

– Nowy prezes Marek Opowicz był w Sanoku gościem. Mówił, że jeździł po Polsce zdobywać zamówienia. Klientów mieli zdobywać też zatrudnieni przez niego wysoko opłacani handlowcy, m.in. dyrektor ds. handlowych Maciej Krzyż, który spóźnił się ze złożeniem oferty dla wojska – mówi pracownik Autosanu. Dodaje: – Dowiedzieliśmy się, że bardzo wzrósł fundusz płac, choć w firmie nie było podwyżek. Każdy z handlowców dostał dobry samochód. Okazało się, że byli tacy, którzy przez kilka miesięcy nie sprzedali ani jednego autobusu.

Związkowcy wyliczyli, że Opowicz w ciągu ponad roku przyjął około 60 osób. Na produkcję trafiło ledwie kilku ślusarzy i spawaczy.

W ubiegłym roku fabryka zrealizowała zamówienia na 15 autobusów dla Krakowa. To zamówienie zdobył jeszcze syndyk. W maju prezes Opowicz został odwołany. Nowy prezes Michał Stachura jest na razie skuteczniejszy. – W ciągu trzech miesięcy zdobył zamówienia na 23 autobusy – przypomina szefowa „Solidarności”.

Dziś PGZ to też narzędzie polityczne. Jak twierdzą pracownicy Grupy, coraz więcej pieniędzy idzie na imprezy współorganizowane przez MON albo sprzyjającą Macierewiczowi prasę

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.