„BROMANCE” Z TRUMPEM POPŁACA

Amerykański prezydent wykorzystał moment, kiedy w weekend oczy całego kraju zwrócone były na pustoszony przez huragan Teksas, ogłosił w sobotę kilka ważkich i potencjalnie niepopularnych decyzji. Donald Trump jeszcze jako kandydat na prezydenta USA w towa

Gazeta Wyborcza - - ŚWIAT - MAGDA DZIAŁOSZYŃSKA

Relację, która łączy Donalda Trumpa z Joe Arpaio, Amerykanie lubią nazywać „bromance” (od połączenia słów „brothers” – bracia – i „romance” – romans). „Bromance” to podobne osobowości i światopoglądy, wspólne zainteresowania, a jeśli wydarza się między politykami – wspólne cele polityczne.

Jakie to poglądy i cele, Joe Arpaio wytłumaczył swoim i Trumpa zwolennikom w 2015 r. w Phoenix w Arizonie – mieście, w którym był szeryfem, a które Trump wybrał na scenerię swojego pierwszego wiecu w dopiero rozpoczętej kampanii. Był wtedy jednym z wielu kandydatów, któremu nikt jeszcze nie dawał żadnych szans, a Arpaio – popularnym na prawicy szeryfem twardzielem.

Mówił, że mają ze sobą wiele wspólnego, bo obaj „urodzili się 14 czerwca, czyli w Święto Flagi”, obaj „mieli wątpliwości co do świadectwa urodzenia Baracka Obamy” i co najważniejsze, obaj „zaciekle przeciwstawiali się nielegalnej imigracji”. Tak narodziła się przyjaźń oparta na bardzo popularnej w czerwonej, konserwatywnej Ameryce politycznej filozofii robienia tego, co uważa się za słuszne, nie oglądając się na nikogo (a zwłaszcza na wymiar sprawiedliwości).

Arpaio był szeryfem w hrabstwie Maricopa przez 21 lat, od 1993 do 2016 r. Całą swoją karierę zbudował na walce z nielegalną imigracją. Graniczący z Meksykiem stan jest na pierwszej linii walki z tym zjawiskiem, ale nieprzejednanie i spektakularne metody działania przysporzyły Arpaio niemal tylu przeciwników, ilu wiernych zwolenników. Wybierano go na kolejne kadencje, bo Arizona to bardzo specyficzny stan – jeden z najmłodszych w USA, a zarazem jeden z najbardziej konserwatywnych.

Od 1993 r. nieprzerwanie rządzą nim Republikanie, i to ci bardziej radykalni, którym łatwiej tu niż gdziekolwiek indziej zdobywać mandaty ze względu na specyficzne metody finansowania kampanii. Arizona ma więc na koncie jedne z bardziej radykalnych ustaw, czy to w zakresie aborcji, małżeństw jednopłciowych, czy właśnie walki z nielegalną imigracją. Podpisana w 2010 r. ustawa uczyniła przestępstwem przebywanie na terenie stanu bez dokumentów potwierdzających prawo do pobytu na obszarze USA. Służby porządkowe mogły się domagać ich okazania w czasie rutynowych kontroli. W 2012 r. sąd najwyższy uznał część zapisów ustawy za niezgodną z konstytucją.

Wyjątkowy konserwatyzm Arizony jest w Ameryce przedmiotem debat. Popularny żart głosi, że gdy ktoś się przedstawia i mówi, że jest stamtąd, w odpowiedzi na ogół słyszy: „O co właściwie chodzi z tą Arizoną?”.

Chodzić może o to, że to młody stan, który boi się ludności napływowej, bo do tej pory nie było w nim dominującej siły kulturotwórczej (jak w sąsiedniej Kalifornii czy Teksasie), a sporą część mieszkańców stanowią poszukujący ciepła przyjezdni emeryci, w ogóle niezwiązani z nią emocjonalnie i światopoglądowo zachowawczy. Może też chodzić to, że w Arizonie zamknęło się pogranicze, czyli skończył podbój kontynentu. Była ostatnim miejscem, do którego uciekać mogli wszyscy niepasujący gdzie indziej, samowystarczalni, dzielni ludzie. To miejsce, któremu Joe Arpaio, szeryf jak z Dzikiego Zachodu, spadł jak z nieba.

Przez 13 lat w takim właśnie stylu wykonywał swoją pracę, zamykając więźniów w namiotach w palącym słońcu czy upokarzając ich nakazem noszenia różowej bielizny, a kobiety posyłając do pracy w skutych łańcuchami drużynach. Ale jego metody w końcu zaczęto kwestionować na drodze prawnej. Jemu i jego podwładnym zarzucano rasizm i dyskryminację Latynosów, które przejawiały się wzmożonymi kontrolami drogowymi przedstawicieli tej mniejszości, obliczonymi na wyłapanie nielegalnych imigrantów. Kontrowersyjna praktyka policji graniczyła z profilowaniem rasowym.

Choć sąd mu tego zabronił, Arpaio nie zaprzestał stosowania takich metod. W zeszłym roku przegrał wybory i stracił stanowisko, a w lipcu tego roku usłyszał wyrok za niestosowanie się do postanowień sądu. Arpaio się nim nie przejął, prawdopodobnie wiedząc, że w razie czego może liczyć na wsparcie z Waszyngtonu. I nie pomylił się. Na ostatnim wiecu, również w Phoenix, Trump mówił, że nawet jeśli wyrok się uprawomocni, to nie ma się czym przejmować, sugerując ułaskawienie. Jego oficjalne podpisanie ogłosił w piątek.

Media i komentatorzy polityczni ironizowali, że „nie ma lepszego czasu na ogłoszenie kontrowersyjnych decyzji niż piątkowy wieczór, gdy gdzieś w kraju wydarza się akurat klęska naturalna”. Biały Dom wykonał bowiem sprytny zabieg, wiadomość o ułaskawieniu Arpaio podał w piątek wieczorem, w czasie gdy nad Teksasem szalał huragan „Harvey”, a media większość energii skoncentrowały na relacjonowaniu właśnie tego tematu. Również wtedy w eter popłynęły informacje o oficjalnym wejściu w życie zakazu pełnienia służby w armii przez osoby transpłciowe oraz o rozstaniu z doradcą Sebastianem Gorką, następnym po Stevie Bannonie człowieku alt-prawicy, który żegna się z Białym Domem.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.