MÓW MI PTASIARZ, NIE PTAKOLUB!

Gazeta Wyborcza - - KULTURA -

Spotykamy się na nadwiślańskim brzegu na wysokości warszawskiego Żoliborza. Łubieński przyszedł o godz. 9, żeby poobserwować drapieżne ptaki. W wypatrywaniu nie ustaje – podczas naszej rozmowy wielokrotnie, nie przerywając wątku, sięga po lornetkę. napisałem gniota, i strasznie się bałem, co teraz będzie. Tym bardziej że miałem trudny moment – nie wierzyłem w siebie, dopadła mnie frustracja, szukałem pracy, wysłałem nawet propozycję swoich usług do portalu o sztukach walki. Od czego zacząć przygodę z ptasiarstwem?

– Lepiej uczyć się w terenie niż z książek. W Warszawie jest łatwiej, bo regularnie odbywają się spacery ornitologiczne. Ale ten weekend jest wyjątkowy, bo obchodzimy Europejski Dzień Ptaków i darmowe wycieczki odbywają się w miastach i miasteczkach w całym kraju. W swojej książce trochę wymyślił pan nowy język mówienia o ptakach.

– W atlasach o ptakach nie ma miejsca na wrażenia i prywatne ekscytacje autora. Sam opis czasami jest po prostu nieciekawy, za suchy. A z drugiej strony jest ta najcieńsza linia, której nie można przekroczyć, czyli granica infantylności: żeby o ptakach nie mówić jak o kolegach albo o ludziach, którymi nie są.

Oczywiście nie jest tak, że w literaturze o ptakach nic nie ma. Elementy ptasie i bardzo trafne opisy przyrody znajduję w książkach Krzysztofa Środy i Michała Książka, duży wpływ na kształt „Dwunastu srok...” miało „Zawsze jest dzisiaj” Michała Cichego – też szukałem pisania, które odpowiadałoby rytmowi spacerowania. (Co z tymi kormoranami, kurka wodna...). Chciałem znaleźć bliskość między człowiekiem a ptakiem. W czym się może ona przejawiać?

– Banalnie mówiąc, w tym, że ptaki są wszędzie, żyją z nami w każdym miejscu na ziemi. Od zawsze są obecne w wierzeniach, w sztuce, przenoszą naszą wyobraźnię na wyższy pułap. Zawsze zazdrościliśmy im latania. Czy to znaczy, że odkąd latamy, ptaki straciły w naszej wyobraźni?

– Czy mamy możliwość latania? Przecież nie polecimy teraz na kawę na pl. Wilsona. Fajne u ptaków jest to, że poruszają się w trzech wymiarach. A my jesteśmy uwięzieni przez grawitację. I dlatego wydaje nam się, że ptaki są istotami wolnymi. A nie są?

– Całe życie ptaków jest podporządkowane walce o przetrwanie: to szukanie pożywienia, odpoczywanie, szukanie kryjówki, poszukiwanie partnerki, wychowywanie młodych. O czym najczęściej rozmawiacie na spotkaniach z czytelnikami?

– Żelazny zestaw to pytania, jakim chciałbym być ptakiem i jaki jest mój ulubiony ptak. Przyciśnięty, udzielam wymijających odpowiedzi albo wybieram na chybił trafił coś. Nie wyróżniam żadnego ptaka, bo wszystkie domagają się naszej uwagi. Nawet gołębie – „szczury ze skrzydłami”?

– Tak nie można mówić. Gołębie są inteligentne i podobno mają świetny wzrok. W Ameryce używano ich do poszukiwania ludzi, którzy zaginęli na morzu. Z punktu widzenia takiego obserwatora jak ja, gołębie to są to „półptaki”, bo nie są dzikie, dlatego rzadko zdarza mi się je obserwować. Choć oczywiście są wdzięczne, bo ładnie latają, fajnie klaszczą skrzydłami. Czy jest coś, czego pan nie lubi w ptakach?

– Nie lubię, jak odlatują i nie dają czasu, żeby się im przyjrzeć. I je nazwać. Dlaczego?

– Kiedyś zgadałem się na ten temat z moim kolegą, biologiem Igorem Siedleckim, z którym współpracuję przy wycieczkach przyrodniczych. Mamy zupełnie różne filozofie obserwacji ptaków. (O, pliszka przyszła. Coś jej jest, gdzie moja lornetka? O, ma złamaną nogę). On jest nastawiony na to, żeby rozumieć proces, a dla mnie jest ważne nazywanie tego, co widzę. Gdy dopytuję go, jak się nazywa ta roślina, mówi mi „nie wiem, ale na podstawie budowy mogę powiedzieć, co jej jest potrzebne do życia”. A dla mnie nazywanie jest niezwykle ważne. Ktoś podsunął mi myśl, że to jest obsesja filologiczna: jeżeli czegoś nie potrafimy nazwać, to ono istnieje, ale nie do końca. A ja jestem piszącym humanistą, dla którego ważne jest to, jakie nadać słowo. Czytelnicy Wyborczej.pl w dyskusji pod tekstem o pańskiej książce oburzali się na określenie „ptasiarstwo”.

– Mnie ono też się nie podoba, ale nie znam trafniejszego słowa, które by określało amatorów takich jak ja. „Ornitolog amator” jest kulfoniasty. To powinno być jedno słowo. Kiedyś był „ptakolub”, ale to brzmi przecież infantylnie. Na razie musimy zadowolić się „ptasiarzem”. (O, tam coś się dzieje! Pustułka ratuje honor! Ona mieszka tam, po drugiej stronie Wisły, więc to może nie aż takie spektakularne, ale skoro miał być drapieżnik, dobre i to).

Stanisław Łubieński wypatrzył sobie Nike Czytelników. Czy jury pod przewodnictwem prof. Tomasza Fiałkowskiego podzieli ich zdanie?

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.