CZY CIA ZABIŁA KENNEDY’EGO?

Gazeta Wyborcza - - ŚWIAT -

Czy opinia publiczna w USA słusznie ekscytuje się tymi dokumentami?

Tak. Choć przekaz medialny zmierza w kierunku, że nic tam nie ma. Ale tego na razie nikt nie wie, no i warto się zastanowić, dlaczego to „nic” tak długo pozostawało niedostępne. Tajność to ważny element tej historii, wcale się nie dziwię, że wzbudza wątpliwości i nieufność. Jako społeczeństwo mamy prawo wiedzieć, co jest w tych dokumentach; ograniczanie dostępu do nich nie służy demokracji. W takim razie po co to utajnianie?

– Są ku temu podstawy prawne. Czasem chodzi o ochronę prywatności, czasem o bezpieczeństwo narodowe. Ale może to być wymówka, by ukryć coś, co jest wstydliwe albo złe, co nie powinno było się wydarzyć. Wydaje się, że cały świat wie, jak potrafi działać CIA, tylko nie opinia publiczna w USA. Czas, by się dowiedziała. Te materiały mogły kiedyś zagrażać bezpieczeństwu wewnętrznemu albo narazić czyjeś życie, ale to niebezpieczeństwo dawno minęło. Co pan zrobi, gdy się pojawią?

– Zamierzam wejść na stronę natychmiast po opublikowaniu dokumentów. Jestem w trakcie pisania trzeciego tomu z pięciotomowej serii na temat zabójstwa Kennedy’ego, przewidziałem na ten projekt dziesięć lat. Są więc konkretne rzeczy, których muszę się dowiedzieć; przede wszystkim jeśli chodzi o rozszyfrowanie kryptonimów CIA – czy moje przewidywania co do tożsamości pewnych osób były prawidłowe. Media z całego świata siedzą mi na głowie, niestety muszę odpowiadać im: przepraszam, zgłoście się za miesiąc, bo muszę najpierw zobaczyć, co tam jest. To bardzo skomplikowana historia, nie chcę łączyć kropek i wyciągać pochopnych wniosków, zanim się nie przyjrzę. Dlaczego kryptonimy są kluczowe?

– CIA używa ich dla oznaczenia konkretnych osób i operacji. Ich rozszyfrowanie pozwoli zrozumieć, co się wtedy działo w jej szeregach. I to mnie interesuje – tło, które pozwala zrozumieć, jak doszło do zabójstwa i prób ukrycia motywów za nim stojących. Nie interesują mnie teorie na temat trajektorii kul i rentgenów ciała prezydenta; to sprawy wręcz trywialne. Mam 21 lat doświadczenia w wywiadzie, rozumiem dokumenty i to im lubię się przyglądać, szukać igły w stogu siana. Czy po latach badań doszedł pan do innych wniosków niż te komisji Warrena i komisji ds. zamachów Izby Reprezentantów (HSCA)?

– To dwie różne sprawy. Komisja Warrena była papierowym tworem powołanym przez prezydenta Johnsona nie po to, by wyjaśnić sprawę zabójstwa, ale by zapobiec ugruntowaniu się poglądu, że za Oswaldem stali Chruszczow i Castro, na co wiele wtedy wskazywało. Stąd jej słabo udokumentowany wniosek, że był on samodzielnym sprawcą tej tragedii. Johnson zmusił sędziego Warrena do szefowania jej, na co są twarde dowody w postaci nagrań. Zgodził się pod wpływem opowieści o tym, że grożą nam trzecia wojna światowa i nuklearny Holocaust, jeśli przyjmiemy wersję, że to Sowieci i Kubańczycy stoją za zabójstwem prezydenta. Warren to władza sądownicza, nie powinien pracować dla prezydenta, ale zgodził się, bo uwierzył, że musi to zrobić dla dobra kraju.

To kluczowy element do zrozumienia tego, co działo się za kulisami – spiskowcy rzucają podejrzenia na Castro i Sowietów, ale to wielki sekret, który musi pozostać sekretem dla dobra kraju; i wszyscy są tak zajęci ukrywaniem go, że nikt nie patrzy na nich. Z kolei HSCA i działająca wcześniej komisja Churcha zrobiły kawał dobrej roboty, gdy ujawniały kontrowersyjne metody działania CIA i FBI, siedziały im na karku, nie bały się wzywać świadków. Raport HSCA sugeruje, że Oswald mógł nie być jedynym sprawcą i że istnieją dowody świadczące o możliwości istnienia spisku, którego był tylko elementem. Nie udało się jej jednak ustalić, kto za tym spiskiem stał. Dlaczego?

– Przede wszystkim zabrakło czasu i środków. Było też wiele barier, przez które nie udało się przedrzeć. Na przykład kwestia George’a Joannidesa, łącznika między Agencją a komisją. Tyle że komisja nie wiedziała o nim wszystkiego, np. tego, że był oficerem operacyjnym w sprawach, które chciała zbadać, a w które był też zamieszany Oswald. Joannides mógł więc zatajać przed nią dowolne informacje. Jest też kwestia okładek, jakimi opatrzone są wszystkie dokumenty CIA (routing and record sheet), na których musi się podpisać każdy, kto miał do nich dostęp. HSCA nie miała do nich dostępu, a bez tego próba rozeznania się w działaniach Agencji jest jak chodzenie po piwnicy bez latarki. Kiedy ARRB (Assasination Records Review Board) je ujawniła, pracowałem nad książką o związkach Oswalda z CIA, więc zrobiłem olbrzymie postępy. Jakie w takim razie są pana wnioski?

– Użyłbym raczej pojęć „perspektywa” i „robocze hipotezy”, które mogą zmienić się np. pod wpływem tego, co zobaczę w dokumentach. Patrzę na tę sprawę z perspektywy z wewnątrz CIA, bo znam mechanizmy działania agencji i wiem, że istnieje tam komórka operacji specjalnych o wręcz nieograniczonych możliwościach działania. Moje hipotezy są następujące: już inwazja w Zatoce Świń w 1962 r. – której JFK nie chciał i został w nią niejako wmanewrowany – była elementem większego planu. By rzucić cień podejrzeń na Sowietów i Castro, trzeba było stworzyć motyw – chęć zemsty na Kennedym. Po drugie, Oswald długo budował swoją legendę marksisty i procastrowca, by była spójna z tą narracją. Jego papierami manipulował kontrwywiad wewnątrz CIA, napisałem o tym; mam przypisy i wywiad ze starszą rangą pracownicą CIA, która podpisała dokumenty w jego sprawie, o których wiedziała, że nie są prawdziwe. Przed zamachem jego teczka świadcząca o tych powiązaniach była jednak ukryta. Gdyby FBI o tym wiedziało, w życiu nie dopuściłoby go w pobliże przejazdu JFK. Jaka motywacja kryła się za tak wyszukanym spiskiem?

– Administracja Kennedy’ego to była nowa era geologiczna w amerykańskiej polityce. Prezydent i jego pomysły byli nielubiani w wielu kręgach, w Pentagonie, CIA, na Wall Street. O tym nie pisze się tyle co o teorii jednego lub wielu strzelców. Jego polityka dotycząca Kuby czy Wietnamu, która też dopiero się wykluwała, była kontrowersyjna. Miał zamiar się wycofać, choć nie mówił o tym wprost. Z początku krytykował poprzedników, że nie robili dość, ale potem nie okazał się tak samo mocny w czynach, tracił popularność w kręgach wojskowych. Po fiasku inwazji w Zatoce Świń zorientował się, że nie mógł im ufać; zrobił wtedy przetasowanie wśród dowódców i doradców, a już żadne spotkanie Rady Bezpieczeństwa Narodowego nie odbywało się bez obecności jego brata Roberta. Pewnie powinien był tak postąpić w dniu objęcia urzędu. Czy mowa o tzw. ukrytym państwie?

– Terminów jest wiele, ja wolę ukrytą politykę, termin Petera Dale’a Scotta. Termin, o którym pani mówi, zawłaszczyli teraz Donald Trump, Steve Bannon i to towarzystwo. Dziś owo pojęcie straciło znaczenie, prezydent podpina pod nie każdego, kto mu się nie podoba. Ale sieć powiązań na styku wojska, wywiadu i wielkiej finansjery istnieje. Jest płynna, ciągle się zmienia, tak jak zmieniają się interesy. Ale gdy spotkają się na jednej płaszczyźnie i osiągną masę krytyczną, może się wydarzyć coś takiego jak 22 listopada 1963 r. Czy zatem w ogóle nie możemy ufać takim instytucjom jak CIA?

– Oczywiście, że możemy. Trzeba być tu bardzo precyzyjnym; z powodu tajemnicy, jaką okryte są działania CIA, nie jesteśmy w stanie prześledzić, co i dlaczego ktoś robi w danym momencie historycznym. Ale pracuje tam masa dobrych ludzi, tak samo jak w armii; większość nie ma pojęcia, co może się dziać na górze, a problemy na ogół są właśnie tam. I stale mamy z nimi do czynienia, bo o korupcję jest bardzo łatwo, gdy można działać za zasłoną dymną.

Prezydent Kennedy z małżonką Jacqueline w limuzynie na ulicy w Dallas tuż przed zamachem

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.