SPÓJRZ NA WRÓBLA

Gazeta Wyborcza - - KULTURA -

Nie mogłam znaleźć miejsca, w którym rozmawiamy. Zastanawiałam się, czy to łamigłówka od pana.

Na znalezienie mnie miałaby pani dobę, inaczej skończyłby się świat. Spokojnie, takie rzeczy robię tylko w książkach. Pana nowa książka, „Początek”, oprócz intrygi daje czytelnikom historię o walce nauki z religią. Obserwujemy to teraz w Polsce.

– To odwieczna walka. Pamiętajmy, co stało się z Kopernikiem, Galileuszem czy Giordano Bruno. Wydaje nam się, że musimy stanąć albo po stronie nauki, albo religii. Na konferencję w Warszawie przyszedł wściekły mężczyzna. „Napisał pan, że nie można być jednocześnie intelektualistą i religijnym człowiekiem! Obraził pan Jana Pawła II” – mówił. To nieprawda. Mam wrażenie, że większość ludzi, którzy są na mnie źli, nigdy nie czytała moich książek.

Można być religijnym intelektualistą – jeśli tylko religia nie każe nam wierzyć w coś, co jest sprzeczne z wiedzą naukową. Jak jeden z bohaterów pana książki – otwarty na naukę ksiądz. Z kolei Robert Langdon zastanawia się, czy Bóg istnieje.

– Chciałem pokazać, że obie odpowiedzi mogą być prawidłowe. To rodzaj ostrożności po skandalach, które wywołały pana książki?

– „Początek” nie jest ostrożną książką. Powiedziałem, co myślę. Nastały dziwaczne czasy. Piszę o tym, jak tyrani wyrastali na nacjonalizmie. W „Początku” nawiązuję do Franco, ale każdy w Stanach wie, kogo mam na myśli. Pisze pan też o sztucznej inteligencji.

– Naukowcy nie są zgodni, czy uratuje nas ona jako gatunek, czy unicestwi. Wiele problemów, jak głód na świecie, może zostać dzięki niej rozwiązanych. W jednym zgadzam się z pesymistami – przyszłość nadchodzi bardzo szybko. W dodatku chętnie poddajemy się wpływowi technologii.

– Jesteśmy odłączeni od natury. Kiedyś, czekając w kolejce do lekarza, patrzyliśmy za okno i obserwowaliśmy na gałązce wróbla. Dziś wyciągamy komórkę. Nasze mózgi się zmieniają, oczekują ciągłego nasycania informacjami. Krytykuje pan z jednej strony nieprofesjonalne serwisy oparte na informacjach zdobywanych przez internautów, z drugiej – media tradycyjne skoncentrowane na podgrzewaniu sporów, bo one się sprzedają.

– W „Początku” odnoszę się do fake newsów, które wyskakują zewsząd, a ludzie się ekscytują i piszą: „Ojej, naprawdę? Muszę natychmiast napisać o tym znajomym!”.

Z kolei pomysł posadzenia naprzeciw siebie ludzi o przeciwnych poglądach mógłby być konstruktywny. Ale oni najczęściej po prostu krzyczą. Nikt nie chce słuchać. Podobne wrażenie mam, gdy obserwuję media społecznościowe. To znaczy?

– Każdy publikuje, nikt nie czyta. Mam profesjonalne konta w mediach społecznościowych, ale prywatnie nie mam czasu robić zdjęć i pisać ludziom, co robię, ani sprawdzać, co robią moi znajomi. Gdy moi przyjaciele chcą wiedzieć, co u mnie, przychodzą na kolację i rozmawiamy. Powiedział pan, że pierwszą książką, która pana wciągnęła, była powieść science fiction „Fałdka czasu” Madeleine L’Engle.

– Miałem może dziesięć lat, wyjechałem z rodzicami na ferie. Nie chciałem iść spać, zanim nie dowiem się, jak się skończy. Bohaterowie przypominali mnie samego: byli molami książkowymi i kujonami. Ale byli też odważni, rozwiązywali problemy, ratowali świat. Kiedy skończyłem czytać, popłakałem się z ulgi, że nic im się nie stało.

Po raz pierwszy poczułem więź z fikcyjnymi postaciami. Od tamtej pory czytałem już bez przerwy. Wściekał się pan na rodziców, gdy zabraniali panu oglądać telewizję?

– Nie, ale frustrowały mnie rozmowy z rówieśnikami. „Widzieliście wczoraj »Aniołki Charliego«?” – pytał ktoś i wszyscy zaczynali o tym rozmawiać. Dlatego uwielbiałem zostawać na noc u kolegów. Mogłem do woli siedzieć przed telewizorem.

Dzisiaj lubię wieczorem obejrzeć serial, szczególnie gdy cały dzień piszę. Na pewno zna pani ten stan: w pewnym momencie nie chcę już widzieć żadnych słów. Po całym dniu pisania czytanie jest ostatnią rzeczą, która mogłaby mnie zrelaksować. Lubię „Suits”, czasem oglądamy z żoną „Grę o tron”, ale ten serial jest trochę za brutalny. Mam wrażenie, że inspiruje się pan serialami. Zawiesza pan akcję w najbardziej emocjonujących momentach, dodaje co chwila podsumowanie, jakby czytelnik nie zrozumiał albo zapomniał, co było w poprzednim odcinku...

– Tak jest. Wolałbym zresztą, żeby na podstawie moich książek powstawały seriale, a nie filmy. Ponoć w pisaniu popularnych książek pomógł panu poradnik?

– Zacząłem pisać pierwszą książkę „Cyfrowa twierdza”, bo pomyślałem: „Przecież to nie może być trudne”. W połowie poczułem, że nie wiem, co robię. Kupiłem poradnik „Writing the Blockbuster Novel” Alberta Zuckermana. Okazało się, że wiele porad zrealizowałem już wcześniej, ale inne okazały się bardzo pomocne. Zuckerman pisał np. o tym, że w tle musi tykać zegar. To rodzi napięcie – dlatego akcja moich książek rozgrywa się w ciągu doby. Co by pan powiedział Zuckermanowi, gdyby go pan spotkał?

– Spotkałem go kiedyś na przyjęciu na wyspie Anguilla na Karaibach. Podziękowałem i powiedziałem, że pomógł mi w pisaniu „Twierdzy...”. Odpowiedział, że będzie wszystkim mówił, że pomógł mi przy „Kodzie Leonarda da Vinci”. Kluczową postacią w „Początku” jest Edmond Kirsch, milioner przypominający trochę Elona Muska, a przy okazji dawny student Roberta Langdona. Miał pan uczniów, którzy robili na panu takie wrażenie jak Kirsch na Langdonie?

– Wielu mnie inspirowało, ale bardziej pamiętam ludzi, z którymi chodziłem do szkoły. Moje liceum skończył np. Mark Zuckerberg, założyciel Facebooka, młodszy ode mnie. To była szczególna szkoła, codziennie kazali nam pisać. Nie tylko wypracowania z angielskiego, ale także z biologii, historii czy chemii. Każdego dnia przez cztery lata. Później poszedłem na uniwersytet i studiowałem pisanie. Pewnie nie ma pan problemu z białą kartką, którą trzeba czymś zapełnić.

– Zupełnie nie. Zdarza mi się, że nie podoba mi się to, co napisałem. Ale to ponoć odróżnia dobrego pisarza od złego – dobry wie, kiedy pisze źle. Większość krytyków uważa jednak, że zazwyczaj pisze pan źle.

– Nie rozumiem tego. Krytyka jest ważna. Ale prawda jest taka, że ludzie szaleją za moimi książkami. Jeśli krytykom się one nie podobają – w porządku. Ale by mówić, jak niektórzy z nich, że nie powinienem już nigdy napisać żadnego zdania... Naprawdę? Moje pisanie jest aż tak złe? Gdyby moje książki sprzedały się w tysiącu egzemplarzy, nikogo by nie obchodziły. Ale obrażając mnie, ci krytycy obrażają miliony czytelników. Tak trudno zachęcić dziś ludzi do czytania. Naprawdę dziwię się krytykom, że chcą tracić czas na pisanie źle o książkach, które są lubiane. „Początek” to piąta książka o Langdonie. Jak zmienił się pana bohater?

– Jest bardziej otwarty, ale także bardziej przekonany o słuszności tego, w co wierzy, przede wszystkim nauki. Ma mniej cierpliwości w stosunku do religijnych radykałów. Mówi, co myśli, nie zastanawia się nad tym, co pomyślą ludzie. Mówimy o Langdonie czy o panu?

– O jednym i drugim. Langdon to ktoś, kim chciałbym być.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.