I proszę tutaj na nas nie wybrzydzać, bo tu też jest Europa. Ostatnio Francuzom o tym pisałem, bo nie tylko za niemieckie pieniądze paszkwile piszę

Chcieliście Polaków, to macie, z tym wszystkim, czym Polacy są.

Gazeta Wyborcza - - MAGAZYN -

zajmowanie stanowiska. To się wzięło z sieci, z tym „dodaj swoją opinię”. I każdy dodaje, bo nareszcie mu wolno, nareszcie ktoś dał mu głos. To znak czasów i tej rozpaczliwej ludzkiej samotności, która chce, by ktoś ją usłyszał. Nikt jej nie słyszy. Wykorzystuje się ją, i tyle.

W masowym społeczeństwie ludzie mają poczucie, że nic nie znaczą. „Zajmowanie stanowiska” na chwilę uwalnia ich z tej nieznośnej nicości, z tego nieistnienia. Ale jak zajmujesz stanowisko, to znaczy, że mogą cię wykorzystać chłopcy i dziewczęta z dowolnej opcji. Przez chwilę dadzą ci ułudę wspólnoty, a potem wywalą na śmietnik, na powrót wtrącą w nieistnienie. Ja nie dam sobie skraść życia. Komuna mi go nie skradła, to i prezes też mi go nie skradnie.

Ale wie pani, my go trochę demonizujemy. Mnie mija demonizm jego postaci, kiedy go sobie wyobrażam, jak stoi na tym swoim krzesełku na golasa i wykrzykuje kulawą polszczyzną swoje slogany. Że niby król jest nagi?

– Jaki król? Po prostu goły prezes, goły Jaki, goła Szydło. Proszę ich sobie wszystkich wyobrazić na golasa. To jest niebywały i komiczny kontrast między formą, jaką władza chciałaby sobie nadać, jej najgłębszą, niezbywalną istotą. A wszyscy widzimy, że ta akurat władza jak kania dżdżu wygląda właśnie powagi, dostojeństwa, że tęskni do swoistego bizantynizmu, że nade wszystko pragnie kostiumu, że jak ognia lęka się śmieszności. Bo też jedną z jej naczelnych cech jest brak poczucia humoru. A czego oznaką jest poczucie humoru, też wszyscy dobrze wiemy. Golizna pozbawia ją absolutnie wszystkiego, bo też poza kostiumem ma bardzo niewiele. I podejrzewam, że jeśli nawet tego nie rozumie, to jednak przeczuwa. Człowiek goły, ale inteligentny oraz z poczuciem humoru ma jeszcze jakieś szanse. Golas ponury – raczej nie. Nie wiem, czy napiszę o pana fantazjach.

– Dlaczego? A co, jak chłopcy od Antoniego spuszczą panu łomot? Oni mają broń w wersalkach, a pana broń w szufladzie to ja widziałam. Na plastikowe kulki.

– Dzieciaki przyjaciół, podrastające chłopaki, którym matki zabraniają militarnych zabawek, uwielbiają z tego strzelać. Dostają atrapę Walthera P99 i godzinami łoją do puszek po piwie. Nie można ich w ogóle potem rozbroić. Amunicja musi im się skończyć. Poza tym byłem w wojsku, więc taki strachliwy nie jestem. Pana to bawi, mnie co najmniej niepokoi.

– Jestem facetem i wiem, że chłopak potrzebuje dowartościowania swojej męskości, która nie znajduje, zwłaszcza we współczesnym świecie, formy dla siebie. Więc wkładają te mundury i idą do tego Antka. Jestem w stanie to pojąć. Ta chłopacka energia, biologia muszą się jakoś kanalizować, jakąś formę dla siebie znaleźć. Problemem jest to, że tam jest niezwykle silny podtekst polityczny. Poza tym podejrzewam, że tam znajdzie się wielu takich, którzy zwyczajnie nie wiedzą, co ze swoim życiem zrobić. Bez strachu pan o tym myśli?

– Chyba bez. Przyjdą tutaj przemoczeni, o drogę zapytają, bo się w lesie zgubili. Może bym ich samochodem podwiózł, bo już nie dają rady. Tak to wygląda. Strach bym zachował na jakieś poważniejsze sytuacje. Wojnę?

– Tam zaraz wojnę. Ale kto wie? Mam wrażenie, że co niektórym by to pasowało, bo wtedy mogliby swoje cnoty heroiczne objawić. Być może stałaby za tą wojną klęska Zachodu, a zatem pewne schadenfreude by się pojawiło, a po drugie, w czasach zamętu, chaosu, krwi i wojny ta Polska się realizowała dosyć dobrze. Przynajmniej we własnym wyobrażeniu. Więc tęsknimy do wpierdolu, bo oczywiście my byśmy ten wpierdol zaliczyli, ale za to ileż pieśni wtedy można napisać, ileż poematów stworzyć. Smutna wizja, Panie Pisarzu, ale mnie jednak śmieszy.

– Wizję to ja miałem, kiedy moi rodacy modlili się różańcem przy granicy. Że zamiast skręcić do Krzywej, skręcą do Wołowca. I przyjdą z pochodniami, i oblegną nasz dom. Jak Ku Klux Klan?

– Nie, raczej na modły przyjdą, żeby ze mnie i z naszego obejścia wypędzić szatana. Bo przecież ja jestem Polakiem nie do końca. Bo na przykład paszkwile za euro na ojczyznę piszę, a moi bohaterowie literaccy kręgosłupa moralnego oraz patriotycznego nie posiadają. Taką wizję przez chwilę miałem, ale ją zdusiłem. Miejscowi też byli?

– Miejscowych było stosunkowo mało. To są rozsądni ludzie, po co oni będą jeździć na granicę i się modlić, jak oni tutaj na co dzień żyją i się modlą o swoje. Po rejestracjach autokarów i samochodów sądzę, że to był Kraków, Mielec, Podkarpackie. Ale czemu nie? Proszę się modlić. A jeszcze w przyrodzie? Może coś z tego pejzażu i z tego pięknego dnia zostało u ludzi na co dzień mieszkających w blokach? W każdym razie nie skręcili do mnie. Rozmodlona polskość pielgrzymowała – horrendum! – od cerkwi do cerkwi. Bo i Gładyszów, i Krzywa to jednak dawne cerkwie są. I to było fantastyczne. Pan ma dla tej polskości dużo zrozumienia.

– Ale dlaczego ja mam mieć niezrozumienie dla nich? Po prostu robią to, w co wierzą, i tyle. Ja też robię swoje rzeczy i nie oczekuję od nich akceptacji i zrozumienia. Ja tylko oczekuję, żeby niezbyt gwałtownie przeszkadzali w moim życiu. Przecież nie namawiam ich do akceptacji mojej twórczości czy moich poglądów. Mnie zadowoli to, że możemy na spokojnie rozmawiać. Moja mama, gdyby żyła i była zdrowa, toby poszła w takiej procesji. Ciekawe, czy by się pan z nią kłócił o Polskę.

– Nie kłóciłem się z mamą o Polskę, rozmawialiśmy o życiu, naszym, wspólnym, moim. Dwoje ludzi jest blisko, to nie ma miejsca na Polskę za bardzo. Kłócić się o nią? Po co? Nie da się zresztą spierać ze wszystkimi zdaniami na tym świecie. Szkoda dnia. Nic nie uzyskamy, a i dlaczego nasze zdanie ma przeważyć na przykład? I o taką Polskę walczyliśmy, żeby każdy mógł sobie myśleć, co chce. Rodzimy się poza tym z pakietem genetycznie uwarunkowanych poglądów i nic tego nie zmieni. Trzeba się nauczyć z tym żyć i nie poświęcać temu zbyt wiele czasu. Wolę sobie ostatnio Marcina Sendeckiego wiersze czytać, wydać komuś wybitną książkę, festiwal Haupta organizować, rozmową z psami się zająć albo ulepszaniem świata: posadzić trochę drzew, drogę poprawić, podwieźć kogoś na stopa. Takie rzeczy. A jeśli, ulepszając świat, straci pan wolność?

– To pójdę do więzienia, które świetnie znam. Książkę napiszę. Kto mi zabierze wolność? Jak? Wolność jest w głowie, jest w sercu, jest w duszy, a nie w zewnętrznych warunkach.

Swoją drogą, trochę fetysz zrobiliśmy z wolności. A tutaj proszę – lud ma ją gdzieś. Lud chce mieć święty spokój i trochę igrzysk w rodzaju, że się nareszcie „złodziei” pogoni, którzy się na tej wolności niesprawiedliwie wzbogacili. To jest towar przereklamowany, ta wolność, proszę pani. Ludzie wpadają w panikę na skutek wolności, bo muszą decydować, wybierać, ryzykować, błądzić. Wygodniej jest być Polakiem niż człowiekiem wolnym, bo wolność to wybór, hazard, a polskość to constans. W dodatku nie wiadomo, dokąd wolność nas zaprowadzi, a polskość jak zwykle nas zaprowadzi w przeszłość – najczęściej wyimaginowaną – ale znaną i bezpieczną. I nic nie musisz robić. Rodzisz się, przypadkowo zresztą, Polakiem i masz z głowy. Kariera klepnięta od poczęcia do naturalnej śmierci. To się ludziom podoba, bo ich zwalnia z całej reszty. Elektorat świadomie głosował przeciwko wolności? A może został zrobiony na szaro?

– Nikt nikogo na szaro nie zrobił. Po tych wszystkich latach, gdy lud miał się na gwałt modernizować i cywilizować, pojawił się geniusz, który obiecał ludowi święty spokój. Taki dil: wy na nas głosujecie, a my wam mówimy, że jesteście super, bo narodowości polskiej. Geniusz?

– Geniusz resentymentu. To ów geniusz podpowiedział mu, że w każdym społeczeństwie znajduje się grupa ludzi podobnych do niego: ludzi miernych zdolności i wielkich oczekiwań. Ludzi, którzy za swoje wyimaginowane bądź rzeczywiste niepowodzenia zawsze będą obwiniać innych. Ludzi, którzy własne lęki i kompleksy odbierają jako zagrożenia płynące z realnego świata. Z nich stworzył swój żelazny elektorat. Ze swojego kompleksu, nieszczęścia jakiegoś, samotności zrobił coś, co sprawia, że tłumy za nim idą. Bo on należy do tłumu. Powiedział suwerenom, że są w porządku tacy, jacy są, tylko reszta świata ich nie doceniła. A lud lubi takie słowa. Tak samo jak lubi, gdy władza niczego od ludu nie wymaga. Poza oddaniem głosu. Smutne trochę, bo skoro lud ma i igrzyska, i kiełbasę, to nieprędko zagłosuje na kogoś innego.

– Z tą kiełbasą to jest tak, że zawsze jest pewien gatunek elektoratu, któremu będzie za mało. Nawet jak jest dość. To ma niewiele wspólnego z rzeczywistością, tylko z konstrukcją psychiczną. Jak w tym powiedzeniu: szewc prałatowi zazdrości, że biskupem został.

Oczywiście jest grupa ludzi, którym kiełbasy brakuje albo jest ona nie najlepszej jakości. Tak jest w większości społeczeństw, że dla niektórych nie wystarcza albo nie potrafią jej zdobyć. To wymaga głębokich zmian ekonomicznych, edukacyjnych, społecznych, żeby ludzie potrafili jakoś żyć, jakoś funkcjonować w trudnym, zwariowanym świecie, żeby przestali się go bać. A ci, co dzisiaj rządzą, są siewcami strachu, jego wytwórcami i dystrybutorami. Są słabo rozgarnięci i nie mają innego sposobu, by ludzi mobilizować. Pielęgnują najniższe instynkty. Mówią: trzeba zabrać tym, co mają, i rozdać tym, którzy mają za mało, i tym, którzy zawsze będą chcieli więcej. To się nie ma prawa na dłuższą metę udać, bo w żaden sposób nie buduje społeczeństwa, tylko spycha je do pierwotnego stanu walki wszystkich ze wszystkimi. Co to znaczy, że się nie uda?

– Nie uda się zbudować społeczeństwa na fundamencie strachu, resentymentu i konf liktu. Owszem, da się je trzymać za mordę przez jakiś czas. Ale tylko przez jakiś. Konsensus jest podstawą trwania. Zwłaszcza w czasach dość skomplikowanych, jak dzisiejsze. Po prostu nie można mieć samych wrogów. A w powieści aktualnej opcji są sami wrogowie. Nie ma przyjaciół. Są co najwyżej ci, którzy się zgadzają. Prawie 40 proc.

– Bo 40 proc. nie rozumie na przykład języka, którym się do nich przemawia. Odbiera jedynie literalną treść: na przykład taką, że prezydent Duda jest wybitną osobistością. Albo że prezes walczy o prawdę. Nie wyczuwa stylu, nie wyczuwa fałszu, nie odbiera negatywnych emocji narratora. To jest tak jak z odbiorem literatury przez niezbyt przygotowanych. Czytają czasowniki i rzeczowniki, podmioty i orzeczenia. Biznesmeni uznali na przykład premier Szydło za człowieka roku. W Krynicy.

– Wiem, wiem. Mnie też kiedyś nagrodę tam dali, ale nie za człowieka roku, tylko za książki. A dali też premierowi Mołdawii, który parę lat później poszedł do więzienia.

Upieram się, że mają poparcie, ale poparcie jest dla nikogo, bo tam nie ma żadnej postaci. Trochę im współczuję. Przecież oni dobrze wiedzą, że są trochę brzydsi, trochę głupsi, trochę mniej utalentowani, trochę słabiej mówią po polsku. Niby są przy tej władzy, ale jakby nie byli. Niby dużo mogą, ale najważniejszym ich zmartwieniem są podśmichujki, które czyni sobie z nich elektorat negatywny. Tęsknią do jakiegoś prestiżu, autorytetu, a tu ni chu-chu. Bo autorytetu nie zdobywa się w ledwo, ledwo wygranych wyborach ani z nominacji prezesa. Wie pani, ale to jest problem współczesnej władzy w ogóle: wybieramy gorszych, żeby nas nie wpędzali w kompleksy. Lepsi zresztą się nie zgłaszają. Ale i tak się wzięli do wymiany elit.

– Co to jest wymiana elit? No, nie zrobią za pomocą gestów politycznych ze średnich literatów lepszych pisarzy. Przecież obowiązuje jednak hierarchia. Ona jest oczywiście krucha, delikatna, nieoczywista, ale widać, kto jest dobrym pisarzem, a kto jest złym. Kto robi dobre filmy, a kto kiepskie kino patriotyczne.

Sztuka jest domeną wolności. A prawica jest przeciwko wolności i za ograniczeniami natury ludzkiej. Nie mają talentu, zwyczajnie, w żadnej dziedzinie, wszędzie są średni, umiarkowani albo słabi, wyjąwszy Rymkiewicza, no ale jeden pisarz na 30 proc. elektoratu to słabo jest, proszę pani. Mają tego świadomość, dlatego chcą sobie stworzyć alternatywny świat, alternatywną rzeczywistość literacką, artystyczną, bo to jest jedyna szansa, żeby istnieli. Ale mają poczucie, że to jest skłamane, dlatego są agresywni, dlatego kłamią w żywe oczy. Wiedzą, że tego się nie da zrobić po prostu. Kłania się Mozart i Salieri.

Ostatnio dowiedziałem się, że do mojego niemieckiego wydawcy zgłosił się ktoś z polskiej ambasady i próbował przepchnąć wydanie po niemiecku jednego z aktualnie lansowanych koryfeuszy pióra. Tak to hula, więc raczej nie pohula. A ponadto nie PiS będzie mnie wymieniał, ponieważ mnie PiS nie powoływał. Postawiliście się z żoną państwu rządzonemu przez PiS i wygraliście.

– Myśmy się nie sądzili jeszcze z państwem polskim, tylko z ustawą, która kwestionuje prawo własności. Mówi bowiem, że gospodarstwa łowieckie, czyli te, które są w gestii nadleśnictw, mogą wejść na twój teren i nim rozporządzać. A ja nie życzę sobie, żeby po moim terenie chodzili myśliwi i na przykład strzelali albo zarządzali moją ziemią, której mam, niestety, tak się zdarzyło, 17 hektarów. Mnie się to nie podoba, dlatego poszliśmy z tym do sądu. Co się panu nie podoba? Strzelanie do zwierząt czy myśliwi na pańskiej ziemi?

– Mam rozbudowany instynkt terytorialny. Jak się tu mieszka, to moje jest moje i nie życzę sobie, żeby ścigali zwierzynę, stawiali ambony czy dostrzeliwali jakieś postrzelone zwierzęta, bo ja chcę, żeby te zwierzęta się pasły dzikie, na przykład. I nie chcę, żeby psy moje się bały. Wyjdzie Cujka za płot na moje hektary i jej w tyłek strzelą? Nie chcę tego.

U Haupta w jednym myśliwskim opowiadaniu jest o tym, że postrzelony jeleń ucieka i znajduje się na terytorium sąsiadki. Myśliwi idą do niej i grzecznie pytają o zgodę na pościg. To nie jest kwestia myśliwych, którzy są na świecie i jak już muszą, to niech strzelają na swoim, ale kwestia zgodności prawa z konstytucją. A gadał panu o tym z tutejszymi leśniczymi?

– O tej sprawie? Nie. Przecież nie przeciwko kolegom się sądziłem, tylko przeciwko ustawie. Na razie sąd przyznał nam rację. Oczywiście zaraz się media rzuciły, by robić z tego sprawę polityczną, ale nie dałem się wkręcić. Wie pani co? A może ja bym panią na Słowację zawiózł? Ale po co?

– Ja mówię o moim wiązie, który posadziłem i który zrzuca złote liście, o moim psie, co ma taki cudowny ogonek, jakby zanurzył go w czarnej farbie, o góralach, co odeszli z owcami, i tym odejściem w melancholię przemijania mnie wpędzili, i o poemacie o starości, który piszę, a pani nic, tylko o tej Polsce. A 15 minut stąd nie ma Polski. Od Kołodzieja po prezesa jej po prostu nie ma.

Tu do gardeł sobie skaczą, krew by chcieli przelewać, groby rozkopywać, truchła do piersi tulić, a tam, między Becherovem a Chmelovą, wszyscy mają to zwyczajnie w dupie. Że jakieś trupy, krew, z kolan wstawanie, Piast, prezes – no, kompletnie ich to nie zajmuje. Wielki, heroiczny kraj od morza do morza, a tam co najwyżej zainteresowanie cenami materiałów budowlanych albo sprzętu AGD w powiecie gorlickim. Pojedźmy. To dobrze na psychikę wpływa. A potem usiądę przed waszym kuchennym oknem, wpatrzę się w pejzaż i będę rozmyślała o swoim życiu. Żeby było szczęśliwe.

– Nie żeby było szczęśliwe, bo to jest miraż, tylko żeby było sensowne. Żeby robić to, co się potrafi robić, do czego się zostało stworzonym. Mieszczą się w tym i wybory, i demonstracje, i pisanie paszkwili, i praca zawodowa, ale nie można dać sobie wmówić, że to jest najważniejsze. Bo co jest najważniejsze? Powtórzy pan?

– Życie i zbawienie. Indywidualne. Odpowiedź na pytanie, po co się wzięliśmy na tym świecie. I żeby tej szansy nie przepierdolić na zmaganie się z gołym prezesem na krzesełku. *ANDRZEJ STASIUK – ur. w 1960 r., pisarz, poeta, eseista. Z żoną Moniką Sznajderman prowadzi wydawnictwo Czarne. Wydał m.in. „Mury Hebronu”, „Biały kruk” (Nagroda Fundacji im. Kościelskich), „Dukla”, „Jadąc do Babadag” (Nagroda Literacka „Nike”), „Taksim” (Nagroda Literacka „Gdynia”), „Kucając”, „Osiołkiem”

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.