Gra mieściła się na dwóch dyskietkach, więc pojawiała się na klasowych komputerach szybciej, niż nauczyciele byli w stanie ją kasować

W polskich szkołach łowca „B.J.” Blazkowicz zastąpił Klossa i Brunnera, tając się zmorą raczkujących lekcji informatyki.

Gazeta Wyborcza - - MAGAZYN -

gra pojawiała się na klasowych komputerach szybciej, niż nauczyciele byli w stanie ją kasować. A potem przeszedł na przedwczesną emeryturę. Dlaczego czterech przyjaciół nie przekuwało jego sukcesu w kolejne odcinki i kolejne Ferrari? Żaden nie chciał zdradzić. Być może dlatego, że id Software, które w międzyczasie rozrosło się i zyskało status porównywalny z Warner Bros. w świecie filmu, rozwijało technikę z „Wolfensteina” w coraz bardziej dopracowanych, coraz mniej rozpikselowanych (a także brutalnych, krwawych i odjechanych) strzelankach „Doom” (gracz, też amerykański ranger, odbija kosmiczną bazę z łap kosmitów osiłków) i „Quake” (gracz, znowu amerykański ranger, musi ocalić świat przed legionami potworów rodem z fantasmagorii H.P. Lovecrafta).

Ale kiedy „BJ” w końcu wrócił, to z przytupem. W 2001 r. studio Gray Matter Interactive (przejęło prawa od id Software) odkryło światu sensację większą niż Bogusław Wołoszański: oto Hitler, czując zbliżającą się klęskę, powołuje do życia jednostkę SS do spraw paranormalnych. Jej celem jest... wskrzeszenie księcia Henryka I, wedle kronikarzy obdarzonego nadprzyrodzonymi mocami, który w mrocznym wieku X siał terror w Europie. Aliantom nie pozostało nic innego, jak tylko posłać mu naprzeciw niezmordowanego Blazkowicza. A że przez lata, które upłynęły od premiery „Wolfensteina 3D”, hitlerowscy naukowcy nie próżnowali, dzielny ranger musi stawić czoło nie tylko nazistom z krwi i kości, ale również zastępom zombi oraz żołnierzy-robotów.

Fabuła rodem z kina klasy Z znów nie powstrzymała graczy, którzy kupili w sumie ponad 350 tys. egzemplarzy, zostawiając w kasach 17 mln dol. Dużą zasługę miał w tym kres epoki modemów sieciowych i błyskawicznie rozpowszechniający się szybki internet, który pozwolił na rozgrywki wieloosobowe. Jak kiedyś na podwórku po „Czterech pancernych” czy „Pattonie” – zarówno po stronie aliantów, jak i nazistów.

Gorzej Blazkowicz poradził sobie osiem lat później w starciu z Heinrichem Himmlerem. W trzecim „Wolfensteinie” scenarzyści zupełnie popuścili wodze fantazji, każąc „B.J.” powstrzymać szefa SS przed realizacją planu „Czarne słońce”. Czyli ni mniej, ni więcej, tylko pozbawić III Rzeszę tajemniczego źródła energii, które pozwala przechodzić do równoległego wymiaru. Gra zbierała przeciętne oceny i szybko popadła w zapomnienie.

Wielu wieściło ostateczną emeryturę Blazkowicza. Amerykański twardziel o polskich korzeniach okazał się jednak niezniszczalny. W 2014 r. dzięki „Wolfenstein: The New Order” świat dowiedział się, że hitlerowcy rzutem na taśmę wygrali i III Rzesza zbudowała imperium ciągnące się od Londynu aż po Ural. Nastąpił czas Nowego Ładu. I zapewne trwałby nadal, gdyby nie „B.J.”, który wybudził się po 14 latach w stanie wegetatywnym, spędzonych w polskim szpitalu psychiatrycznym pod opieką Anny, pielęgniarki o twarzy i głosie Alicji Bachledy-Curuś. A potem wybudził ze śpiączki również ruch oporu i wraz z Anną stanął do walki z nazistami, którzy zdążyli się dorobić bazy na Księżycu, ręcznych laserów i gigantycznych atomowych łodzi podwodnych, a także opanowali podstawy robotyki.

„The New Order” wrócił do źródeł, przypominając, na czym polega dobra zabawa z bronią. „Przez lata grania strzelałem do kosmitów, terrorystów, kowbojów, zombi i ufoludków. Strzelałem właściwie do wszystkiego. »Wolfenstein« przypomniał mi, że do kogo, jak do kogo, ale do nazistów strzela się najprzyjemniej” – entuzjazmował się w „Wyborczej” pisarz i znawca s.f. Łukasz Orbitowski.

Nie był w swoim osądzie odosobniony. Grę kupiło ponad 400 tys. osób, generując przeszło 21 mln euro zysku.

Wkrótce potem ukazał się osobny dodatek, „The Old Blood”, ale fani już czekali na pełnoprawną kontynuację. A dowiedzieli się o niej dzięki... „Dzień dobry TVN”. Goszcząca w programie Alicja Bachleda-Curuś zdradziła bowiem, że pracuje nad kolejną częścią, która ukaże się za blisko dwa lata.

„Wolfenstein II: The New Colossus” (wówczas po prostu jako „nowy Wolfenstein”) natychmiast znalazł się na krótkiej liście najbardziej oczekiwanych tytułów. A potem napięcie tylko rosło. W minione wakacje tylko premiera nowej odsłony kultowych przygód dwóch wąsatych włoskich hydraulików (kto pacholęciem będąc, nie pokonywał z wypiekami kolejnych poziomów na podróbce konsoli Nintendo, równie kultowym polskim Pegasusie, ręka do góry? Nie widzę), czyli „Super Mario Odyssey” rozpalała podobne emocje.

Czy zasłużenie? To mieli szansę sprawdzić dopiero nieliczni gracze, bo „Wolfenstein II” pojawił się na sklepowych półkach ledwie wczoraj, i to dosłownie. My mieliśmy szczęście odnowić znajomość z Blazkowiczem kilkanaście dni wcześniej, na przedpremierowym pokazie w Londynie.

I w tej wersji historii III Rzesza nie dała sobie w kaszę dmuchać. Niemcy zrzucili na Nowy Jork bombę atomową, zmuszając dumnych Amerykanów do kapitulacji. Brzmi poważnie? Spokojnie. Scenarzyści nie zapomnieli, że „Wolfenstein” jest najlepszy wtedy, gdy unosi się w oparach absurdu.

W przerwach pomiędzy kolejnymi poziomami zobaczymy m.in. ciężarną ukochaną Blazkowicza, której kilkumiesięczny brzuszek nie przeszkadza w szybkiej wymianie ogniowej z nazistami, usłyszymy monolog hitlerowskiego oficera na temat truskawkowego shake’a rodem z filmów Tarantino. W Nowym Orleanie odbędziemy ognistą ideologiczną kłótnię z nawiedzonym kaznodzieją, guru rebeliantów. Wszystko w rytmie szalonego jazzu, kanonady niemieckich dział i przy spożyciu sporych ilości whisky.

Sam „B.J.” będzie odstrzeliwał nazistów w miasteczku Roswell (tak, tym, gdzie – jak wiadomo – od lat 50. U.S. Air Force ukrywa wrak latającego spodka) w Nowym Meksyku oraz na postnuklearnym Manhattanie.

Rozgrywka też nie rozczaruje tych, którzy pamiętają przedpotopowe „Wolfensteiny”. Jest tak samo szybko, krwawo, hałaśliwie i groteskowo jak za dawnych czasów. Wystarczy wspomnieć, że jedną z „trofiejnych” broni będzie strzelający pociskami z benzyną dieselkraftwerk, a Blazkowicz przywdzieje egzoszkielet, dzięki któremu skruszy niejeden mur. Aż wstyd przyznać, ile radochy sprawia taka zabawa. Dziś trudno sobie wyobrazić rynek gier wideo bez „Wolfensteina”. Gdyby nie on, nie powstałby równie kultowy „Doom”, potem „Quake” i dalej coraz poważniejsze, trudniejsze nie tylko technicznie, ale też moralnie serie: „Medal of Honor”, „Call of Duty” czy „Battlefield”.

Przez 25 lat „Wolfenstein” pojawił się praktycznie na każdej możliwej platformie. Trafił nawet na stroniącą od przemocy konsolę Nintendo, co wymagało nie lada wygibasów – twórcy musieli usunąć wszystkie swastyki i krzyże, krew zastąpić wodą i zgolić jednej z postaci charakterystyczny wąsik. (Na marginesie, polska witryna nowego „Wolfensteina” została całkowicie pozbawiona swastyk, bo z powodu niedokładnych zapisów prawnych wydawca wycofał ryzykowne symbole z materiałów promocyjnych, a w Niemczech, gdzie pokazywanie swastyk jest zabronione całkowicie, Wehrmacht wystąpi pod fikcyjnymi sztandarami).

W 2012 r. pojawiła się nawet plotka o powstającej adaptacji filmowej. Scenariusz miał napisać Roger Avary, kolega Quentina Tarantino, z którym współtworzył „Wściekłe psy” oraz „Pulp Fiction”.

Również w 2012 r. odpowiedzialna za nowe „Wolfensteiny” firma Bethesda wrzuciła pierwszą, najbardziej legendarną część przygód Blazkowicza do sieci w formie gry przeglądarkowej. Do jej uruchomienia wystarczy jakikolwiek komputer.

Wystarczy jedno kliknięcie, żeby pokazać dorosłym dzieciom, w co sami zagrywaliśmy się za młodu, kiedy podwórka nie były grodzone, pajęczyna nie była globalna, tylko u babci na strychu, Facebook live, 3D i surround był przy każdym trzepaku, a do odpalenia gry potrzebna była dyskietka i komputer z minimum 1 (słownie: jednym) megabajtem pamięci RAM.

I by w końcu wspólnie przenieść się w czasy, gdy Donald Trump był tylko gościem, który wskazywał drogę „Kevinowi samemu w Nowym Jorku”.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.