Strefy wolne od Trumpa

Miejskie powietrze czyni wolnym – to średniowieczne niemieckie porzekadło powtarzają sobie Amerykanie od Chicago po Nowy Jork

Gazeta Wyborcza - - MAGAZYN - MACIEJ CZARNECKI

OOd dziś Chicago jest „Trump-free zone”. Strefą wolną od Donalda Trumpa – oznajmił na początku września burmistrz Rahm Emanuel. Kilka dni wcześniej prezydent ogłosił, że uchyla tzw. DACA, czyli dekret Baracka Obamy zapewniający ochronę przed deportacją osobom, które przybyły do Stanów nielegalnie, ale jako dzieci, przekraczając granicę u boku rodziców, i zapuściły w kraju korzenie. Większość „marzycieli” nie zna innej rzeczywistości poza amerykańską, kończą szkoły, studiują, czują się Amerykanami.

– W Chicago jesteście mile widziani. To wasz dom, nie macie się czym martwić – zapewnił Emanuel.

Już wcześniej, bo w kwietniu, rada miejska Windy City uchwaliła plan wprowadzenia miejskich dowodów tożsamości. Dostanie je każdy mieszkaniec Chicago, ale chodzi o to, by ułatwić życie imigrantom, którzy nie mają innych dokumentów. Będą mogli otworzyć konto w banku, wylegitymować się w kontaktach z policją, płacić za parkowanie czy skorzystać z biblioteki. Podobne dowody mają już mieszkańcy Oakland, San Francisco, New Haven czy Nowego Jorku. To jedna z najważniejszych inicjatyw tzw. miast-sanktuariów, które ograniczyły współpracę z wyjątkowo aktywnymi od wygranej Trumpa służbami imigracyjnymi, by chronić swych imigranckich mieszkańców.

Plany wygaszenia DACA zaskarżyło do sądu w Nowym Jorku 15 stanów, w tym Illinois, gdzie leży Chicago, oraz Iowa, Oregon, Pensylwania czy Massachusetts. Prokuratorzy stanowi zarzucili prezydentowi dyskryminację: najliczniejszą grupą chronioną dekretem Obamy są Meksykanie, których Trump wielokrotnie atakował i obrażał.

W połowie października Nowy Jork, Kalifornia i kilkanaście innych stanów wniosło do sądu – tym razem w Kalifornii – kolejny pozew przeciwko Białemu Domowi. Tym razem w sprawie planowanej redukcji subsydiów na opiekę zdrowotną. Cięcia są elementem walki Trumpa i Republikanów z tzw. Obamacare, czyli przełomową ustawą dającą niezamożnym Amerykanom dostęp do kosztownej służby zdrowia.

Kalifornia zaskarżyła też projekt budowy muru na granicy z Meksykiem. Przekonuje, że ulubiony projekt prezydenta, jeden z głównych motywów kampanii wyborczej, narusza normy ochrony środowiska oraz zasady podziału władz i uprawnienia stanów. Prototypy wysokiego na dziewięć metrów muru właśnie zaprezentowano w San Diego; w sierpniu prezydencka administracja ogłosiła, że wybrała firmy, które go zbudują.

– W miarę jak rząd federalny wycofuje się z pewnych działań, np. obrony praw obywatelskich lub walki ze zmianami klimatu, coraz większą odpowiedzialność biorą na siebie miasta i stany, wypełniając tę lukę – mówi Ed Siskel, prawnik miejski Chicago. Właśnie 275-osobowy zespół Siskela był autorem jednego z najważniejszych pozwów w batalii miast z Białym Domem.

– Chicago, podobnie jak inne miasta, co roku dostaje federalne granty na politykę bezpieczeństwa, np. sprzęt policyjny, radiowozy, organizacje wspierające współpracę służb z lokalną społecznością. W tym roku mieliśmy przeznaczyć je na program ShotSpotter – technologię pozwalającą funkcjonariuszom precyzyjnie określić, skąd padły strzały, i szybko wysłać tam patrol – tłumaczy prawnik.

Departament Sprawiedliwości oświadczył jednak, że tym razem miasta muszą spełnić pewne warunki.

– Po pierwsze, wpuszczać agentów imigracyjnych do naszych aresztów. Po drugie, informować służby imigracyjne co najmniej 48 godzin przed wypuszczeniem imigranta. Uznaliśmy, że to podkopuje nasz status miasta przyjaznego imigrantom – mówi Siskel. – Ludzie będą się bali zgłaszać sprawy na policję albo zeznawać w sądzie, jeśli to może narazić ich na deportację.

Te obawy nie są bezpodstawne. Kristin Bronson, prawniczka z zespołu Siskela, przypomina sprawę z Teksasu. W lutym w El Paso agenci imigracyjni aresztowali w sali sądowej kobietę, która oskarżyła byłego partnera o przemoc domową. – Inne ofiary dostały sygnał: „Zostańcie w domu, nie możecie już ufać systemowi sprawiedliwości”. To dotyka nie tylko ludzi o nieuregulowanym statusie imigracyjnym. Od tego czasu w Chicago co najmniej dziewięć ofiar przemocy domowej wycofało swoje sprawy. Chcąc nie chcąc, musieliśmy je zamknąć – mówi Bronson.

Ekipa Siskela pozwała prezydencką administrację na początku sierpnia. Miasto argumentowało, że Departament Sprawiedliwości nie powinien uzależniać wypłaty pieniędzy na bezpieczeństwo od kompromisów w zakresie polityki imigracyjnej. A te ostatnie grożą „nieodwracalną szkodą” w stosunkach z lokalną społecznością. W połowie września sąd w Chicago uznał, że prokurator generalny i szef Departamentu Sprawiedliwości Jeff Sessions przekroczył uprawnienia. Wyrok wstrzymał nowe regulacje w całym kraju. Departament złożył apelację, sprawa jest w toku.

Pozew poparły Denver, a potem Nowy Jork, Los Angeles, San Francisco, ale i mniejsze miejscowości, jak Tulsa czy Austin. Prawnicy Denver zaapelowali w pismach do lokalnych służb imigracyjnych, by trzymały się z dala od sal sądowych i zapewniły swoim agentom mundury wyraźnie odróżniające ich od policjantów. Z ofiarami przemocy policjanci i prawnicy Motor City (tak Amerykanie nazywają Denver, od stu lat siedzibę największych koncernów motoryzacyjnych) rozmawiają w prywatnym centrum pomocy, gdzie agenci imigracyjni nie mają wstępu bez nakazu. – Poszczególne stany są w wielu kwestiach suwerenne, prowadzą niezależną politykę. Wiele rzeczy odbywa się bez udziału federalnego rządu. Na przykład niebawem wybieram się do Indii, a potem do Niemiec, by przyciągać do nas firmy – opowiada John Hickenlooper, demokratyczny gubernator Kolorado, przez wielu uważany za poważnego kandydata w prawyborach Demokratów w 2020 roku.

W czerwcu Hickenlooper wraz z republikańskim kolegą z Ohio Johnem Kasichem skrzyknął grupę gubernatorów z obu partii, by wspólnie sprzeciwić się republikańskiemu projektowi ustawy reformującej Obamacare. Ich inicjatywa skłoniła demokratę z Wirginii Terry’ego McAuliffe’a i republikanina z Massachusetts Charliego Bakera do opublikowania własnego apelu do Senatu. Naciski stanów w tej sprawie mogły wpłynąć na stanowisko senatorów. Ostatecznie Senat odrzucił republikański projekt i Trump musi demontować Obamacare kolejnymi rozporządzeniami.

– Współpraca gubernatorów może stworzyć nowy model waszyngtońskiej polityki, uwzględniający potrzeby stanów – przekonuje Hickenlooper

Najwyraźniej siłę miast i stanów widać w walce ze zmianami klimatu. Gdy na przełomie maja i czerwca Trump ogłosił, że wycofa Amerykę z paktu klimatycznego, który dwa lata temu podpisało w Paryżu 195 państw, wielu gubernatorów i burmistrzów ogłosiło, że nadal będzie realizować jego cele.

– Donald Trump prezentuje stanowczą retorykę w sprawach imigracji czy Obamacare, ale ta decyzja jest na razie najbardziej rewolucyjna. Stąd taka reakcja – ocenia Roopali Phadke, profesor studiów nad środowiskiem z Macalester College w St. Paul.

Gubernatorzy Nowego Jorku Andrew Cuomo, Waszyngtonu Jay Inslee i Kalifornii Jerry Brown powołali do życia Sojusz na rzecz Klimatu USA (U.S. Climate Alliance), zobowiązując się do redukcji emisji gazów cieplarnianych zgodnie z paryską umową. Dołączyły stany: Kolorado, Connecticut, Delaware, Hawaje, Massachusetts, Minnesota, Karolina Północna, Oregon, Rhode Island, Vermont, Wirginia oraz Puerto Rico. Ich mieszkańcy stanowią 36 proc. populacji Stanów Zjednoczonych.

Burmistrzowie 382 miast, w tym Nowego Jorku, Los Angeles czy San Francisco, złożyli podobne obietnice w ramach grupy Climate Mayors. Nowy Jork w ostatnich latach zmodernizował milion budynków, by ograniczyć zużycie energii, zasadził tysiące drzew, kupuje elektryczne pojazdy miejskie, montuje na dachach panele słoneczne. W San Francisco od 2008 r. każdy departament ratusza musi przedstawiać plany klimatyczne. Houston udało się ograniczyć emisję gazów cieplarnianych Sceptycy zaznaczają, że choć liberalne media przedstawiają te inicjatywy jako pospolite ruszenie przeciwko Trumpowi, rzeczywistość jest bardziej skomplikowana, a na podział Biały Dom – stany/miasta nakładają się też inne. Owszem, w wielu miejscach gubernatorzy i burmistrzowie rzeczywiście prowadzą aktywniejszą politykę. Ale np. w U.S. Climate Alliance 12 z 14 gubernatorów to demokraci. Spośród republikanów dołączyli tylko Charlie Baker z Massachusetts i Phil Scott z Vermont.

– Nawet w Minnesocie, która wspiera politykę walki ze zmianami klimatu, tylko 40 proc. mieszkańców uważa, że te zmiany bezpośrednio ich dotyczą. Pokazało to zeszłoroczne badanie Yale Climate Opinion Maps – mówi prof. Phadke.

Poza tym miasta i stany często walczą ze sobą. Według statystyk obywatelskiego think tanku Grassroots Change w 2016 r. co najmniej 36 stanów unieważniło prawa wprowadzone przez lokalne rady miejskie, np. o płacy minimalnej, urlopie zdrowotnym, zakazach używania plastikowych toreb, kontroli broni. Alabama i Arizona wprowadziły (zakwestionowane potem przez sądy) regulacje godzące w miasta-sanktuaria. Arizona wstrzymała miejskie zakazy dodawania zabawek do fastfoodowych zestawów dla dzieci Happy Meals, a Missisipi uniemożliwiło zakazywania słodkich napojów w rozmiarze XXL w restauracjach. Gdy Charlotte w Karolinie Północnej zabroniło dyskryminacji osób LGBT, pozwalając im m.in. korzystać z łazienek męskich lub żeńskich wedle własnego wyboru, stan nie tylko unieważnił to prawo, ale też prewencyjnie zabronił go w innych miastach. Najczęstszy typowy konf likt nie wybucha między postępową władzą lokalną a reakcyjnym Białym Domem, lecz między progresywnym miastem z demokratycznym burmistrzem a republikańskimi władzami stanu, co odzwierciedla podział na wiejską i miejską Amerykę. Pierwsza wyniosła do Białego Domu Donalda Trumpa. Druga stara się torpedować jego politykę, jak może, chroniąc dziedzictwo Baracka Obamy.

Czas pokaże, czy demokratycznym gubernatorom i burmistrzom liberalnych miast uda się przyciągnąć do tej rewolty umiarkowanych republikanów, jak w przypadku Massachusetts i Vermont w sprawie klimatu. I czy gubernator Hickenlooper nie grzeszy optymizmem, gdy mówi: – Jesteśmy mniej upartyjnieni niż senatorowie. Potrafimy ze sobą rozmawiać ponad podziałami politycznymi.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.