Idą ludzie Babilonu

Aż się prosi o rym „dobra zmiana – czas Szatana”, ale moi koledzy milczą. Kazik siedzi cicho, choć za czasów niezagrożonej wolności grzmiał jak z ambony. Muniek wieki temu stracił zęby. Na Kukiza nie liczę, bo światopoglądowo zawsze bełkotał

Gazeta Wyborcza - - MAGAZYN -

Ktoś powiedział: „Tu wszyscy szczali do basenu, ale PiS szcza doń z trampoliny”. Co najgorsze – sam łapałem się na tym, że momentami miewałem „pisowskie” poglądy. Choć zgadzałem się z ogólnym kierunkiem przemian, uważałem, że Polskę można by tak samo zaorać i zacząć wiele wątków od nowa.

Mój niesmak budziła obstrukcja sądownictwa, brak kar za stan wojenny dla Jaruzelskiego i Kiszczaka (co wywołało wrażenie, iż spora część komunistycznych winowajców stoi ponad prawem). Reforma szkolnictwa nie spowodowała, że szkoła stała się miejscem edukacyjnego wyboru, a nie bezmyślnej i nikomu niepotrzebnej męki. Oburzał mnie casus ZUS-u – niereformowalnego państwa w państwie, któremu płacimy horrendalnie wysoką dziesięcinę, a który nie będzie w stanie wypłacić nam emerytur. I NFZ-etu, który większość z nas skazywał na wieloletnie czekanie na wizytę u lekarza, a bardziej niecierpliwych na odpłatne leczenie się na własną rękę.

Nie podobało mi się również to, że mój sympatyczny kolega Donald Tusk obiecał, że rozprawi się z kibolstwem, ale zamiast tego uciekł zarabiać do Brukseli, na odchodnym odbierając nam, artystom, niższe podatki wynikające z kosztów uzyskania… I tak dalej, i tak dalej.

A jednak przez cały ten czas miałem poczucie, że dotychczasowe liberalne rządy – choćby wykazujące tu i ówdzie cechy krótkowzroczności, egoizmu, rozpasania czy nawet jawnego złodziejstwa – popychały kraj do przodu, miast kierunkować go na mieliznę albo w stronę przepaści. Nigdy nie splamiłem sumienia głosowaniem na partie inne niż Unia Demokratyczna, Unia Wolności, Platforma Obywatelska. Dziś mogę z przykrością stwierdzić, że w naszej przyjaznej postawie ogólnej „grubej kreski” było sporo niedociągnięć i braków, które zwiodły nas i nasz kraj na manowce.

Może dlatego tylu liberalnie myślących ludzi postanowiło zagłosować na PiS albo partię mojego kolegi po fachu, polityka-oszołoma, Pawła Kukiza (którego poglądów, mimo mojej politycznej otwartości, po prostu nie rozumiem). Nigdy nie wpadło mi to do głowy, bowiem dobrze pamiętam lata 2006-08, kiedy ta populistyczna partia zaczęła swój złowróżbny marsz ku dzisiejszemu, coraz bardziej niepokojącemu stanowi rzeczy. Naprawdę źle zaczęło się dziać od wypadku w Smoleńsku, który przełamał kraj na pół, stanowiąc oczywistą kanwę nowego mitu – mitu opartego na teorii spiskowej, frustracji, resentymencie, chorobliwym wręcz upodobaniu do historycznie wstecznej i nacjonalistycznej narracji.

Oczywiście potencjał dla tego przełamania istniał dużo wcześniej. W Polsce młododemokratycznej i wczesnokapitalistycznej istniały dwa obozy ludzi: tych pogodzonych z kierunkiem przemian, nawet jeśli były dla nas powolne i bolesne, oraz tych sfrustrowanych, skoncentrowanych na przeszłości, niezgadzających się na obecny kształt demokracji. Po wygranej łaciatej, populistyczno-narodowo-socjalistyczno-prawicowej partii PiS grupa frustratów, dyletantów, oszołomów i karierowiczów wypełzła z cienia, zaginając parol na rodzimą politykę, mianując się panami życia i śmierci wszystkich Polaków.

KPowiedzmy sobie szczerze: „dobra zmiana” to diabelski termin. Nie trzeba tu poety, żeby naprędce sklecić prosty rym, o który aż się prosi: „dobra zmiana – czas Szatana”. Ktoś, kto postanawia czynić dobro, stara się to robić bez rozgłosu, bez potrzeby nazywania swojej dobrodusznej aktywności…

My, liberalna część społeczeństwa, rozumiejąca potrzebę i sens zmiany władzy, kierowani niepoprawnym optymizmem i pocieszeni nielicznymi głosami rozsądnych „pisowców”, po cichu liczyliśmy, że może faktycznie PiS (oprócz tego, że tradycyjnie wyszaleje się, pohuczy, nachapie, po czym spuści z tonu) zajmie się reformami istniejących monopoli oraz wzmocnieniem słabych instytucji państwa.

Nic z tego. Oglądamy serial dla ubogich o wzajemnej niechęci szlachetnego prezydenta Dudy i niedobrego, twardogłowego ministra Ziobry, podczas gdy w tle odbywa się mroczny proceder umacniania władzy i ręcznego sterowania państwem, grzebania przy konstytucji i samorządach, gmerania w ustawach o mediach, wreszcie jawnego straszenia, inwigilacji obywateli i pyskówki z zachodnią Europą. PiS twardo dąży do tego, żeby wszyscy ludzie władzy byli u niej z jego nominacji: czy to będzie prezydent, dyrektor lokalnego teatru, szef rodzimego koncernu, czy też wpływowa babcia klozetowa.

Gdziekolwiek pojadę z koncertami, do lokalnego teatru czy do domu kultury, słyszę ten sam niepokojący refren: „Liberalny prezydent miasta walczy z prokuratorskimi zarzutami, zaś »nasza władza« bezpardonowo zaprowadza własny ład, tłukąc się o wszystkie kluczowe pozycje i wymieniając dyrektorów w ośrodkach kultury”. Hola – tutaj kończą się żarty. Nawet komuna nie robiła podobnego „kęsim-kęsim”, jeśli chodzi o zastępowanie ludzi kultury o niezależnych poglądach bezmyślnymi i niewykwalifikowanymi swojakami!

Jaka sztuka i jaka kultura powstanie w kraju ograniczonej wolności i dyktatu prawicy, w której akceptowanych artystów (pożal się Boże) będzie tylko trzech: Rymkiewicz, Wencel i kto?… Pietrzak?… A może prawica na nowo napisze podręczniki historii i już niedługo przeczytamy o tym, że Młynarski, Niemen, Klenczon, Kaczmarski i Ciechowski byli zatwardziałymi prawakami, podobnie zresztą jak cała scena punkowa?... To są żałosne, niebezpieczne zagrywki i nie muszę tłumaczyć, jak trujące mogą zrodzić owoce.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.