Dobrze zorganizowana buntowniczka

Irena Sendlerowa nie jest symbolem bohaterstwa narodu polskiego. W tym, co robiła ona i osoby, które wraz z nią ratowały żydowskie dzieci, była samotna

Gazeta Wyborcza - - MAGAZYN - ANNĄ BIKONT*, MAGDALENA KICIŃSKA

Publicznie zaistniała dopiero w 2001 r., kiedy „odkryły jej historię” amerykańskie uczennice, które postanowiły zrobić o niej spektakl.

– Wizerunek z tamtego okresu, bardzo starszej pani na wózku, o pięknym, łagodnym uśmiechu, ustawił perspektywę. Mnie samej trudno było na początku wyobrazić ją sobie inaczej – jako młodą dziewczynę, która miała w sobie to, co wszyscy wielcy społecznicy: empatię, energię i nowoczesne jak na tamte czasy poglądy, które chciała urzeczywistnić. Takie osoby poznała u boku Heleny Radlińskiej w Studium Pracy Społeczno-Oświatowej w ramach Wolnej Wszechnicy.

– Wszechnica uchodziła za uczelnię lewicową, a taka przeszłość też nie pasuje do dzisiejszych kandydatów na pomniki. Studiowali tam robotnicy, komuniści, Żydzi, nie było getta ławkowego. To właśnie między poznanymi tam społecznikami – i społecznicami – powstała owa siatka, która w czasie wojny zajęła się ratowaniem żydowskich dzieci.

– „Te od Radlińskiej” umiały pracować w zespole, były pełne empatii, a przede wszystkim wolne od poczucia obcości wobec Żydów – Żyd był częścią ich świata: kolegą z uczelni, z pracy. Kiedy w czasie wojny Warszawę podzielił mur, szedł często również w poprzek tego środowiska: część koleżanek Sendlerowej poszła do getta pracować dalej z dziećmi, część została po aryjskiej stronie, naturalne więc dla nich było, że muszą zrobić, co się da, żeby ten mur niwelować. To klucz do zrozumienia siły tego środowiska i samej Sendlerowej: ono myślało inaczej. Pod prąd. Wielu Polaków, którzy pomagali Żydom, miało inne podejście: nie pomagają innym Polakom, tylko obcym. Nie współobywatelom. Takie też stanowisko przyjęło Polskie Państwo Podziemne.

– Niemcy poprzez ustawy norymberskie wykluczyli Żydów z kręgu obywateli – to wiemy. Ale dopiero podczas pracy nad książką uświadomiłam sobie, że Polskie Państwo Podziemne wykluczyło Żydów z zasięgu pomocy społecznej. Dopiero Żegota, podziemna Rada Pomocy Żydom, się tym zajęła, ale większość polskich Żydów już wtedy zginęła w Zagładzie.

Skoro więc Państwo Podziemne nie poczuwało się do współodpowiedzialności za los Żydów, może mniej należy się dziwić, że wielu Polaków też nie czuło, iż ma wobec nich obowiązek pomocy, współczucia albo choćby obojętności: niepogarszania ich sytuacji. O wiele mniej Polaków postąpiło inaczej, jak Sendlerowa i jej grupa. Cytuje pani słowa Sendlerowej, że łatwiej było wtedy w Warszawie poprosić o ukrycie czołgu pod dywanem w salonie niż żydowskiego dziecka. Jedynie na terenie Polski za ukrywanie Żyda groziła kara śmierci, ale taka kara groziła też za posiadanie radia bez zezwolenia, a Polacy takie ryzyko podejmowali.

– Myśmy Sendlerową i jej środowisko odarli z tego kontekstu. A te wszystkie szczegóły są niesłychanie ważne. Pokazują, jak wielkim bohaterstwem było to, co ona i jej koleżanki robiły, ale też – jak bardzo były w tym samotne. Samotne sterniczki na morzu obojętności, niechęci, nienawiści. Pisze pani, że „wojna o uratowanie żydowskiego dziecka była wojną polsko-polską”.

– Pokazuje to sam proces ratowania. Najczęściej rodzice, jeśli jeszcze byli, nawiązywali kontakt z kimś znajomym po drugiej stronie muru i oddawali dziecko, samo miało większe szanse. Nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić: oddać dziecko w obce ręce ze świadomością, że ono może zginąć i mnie przy tym nie będzie. Poza tym: pieniądze. Uratowane zostały przede wszystkim dzieci zamożnych, jak na wojenne warunki, rodziców, chociaż oczywiście grupa ratowała wszystkie dzieci, które mogła. Jednak w opowieściach uratowanych stale powtarzają się historie o najściu szmalcowników i o tym, że trzeba mieć porządne pieniądze, żeby się kolejny raz wykupić. Najtrudniejsze było to, co poza murami – najpierw chmary szmalcowników czekających pod gettem, potem sąsiedzi, którzy widzą, że nagle ktoś robi większe zakupy niż zwykle, usłyszą nowy głos za ścianą i zaalarmują policję.

Olbrzymie szanse na przeżycie miały te dzieci, które udało się umieścić w klasztorach. Te, które lokowano na wsi czy w miastach, mogły trafić na oddanych opiekunów albo na takich, którzy chcieli jedynie zarobić i nie mieli skrupułów, by zostawić dziecko na pastwę losu, gdyby pieniądze się skończyły. Byli i tacy, którzy szantażowali opiekunów. To również dlatego osoby ratujące żydowskie dzieci prowadziły konspirację w konspiracji.

– Nawet zaufanym osobom pracującym z nimi w urzędzie miasta nie mówiły, że szukają miejsca czy dokumentów dla dziecka żydowskiego, tylko polskiego, np. z rodziny wojskowej. Sendlerowa pisała, że nie bała się donosu – bardziej obojętności. Nie można oczywiście nikomu czynić zarzutu z tego, że nie pomagał, bo nie można żądać od ludzi heroizmu. Chodzi raczej o tych, którzy donosili. Którzy w tramwaju rozpoznali dawnego kolegę z pracy: nie musieli „dawać znać na policję”, a jednak to robili, za nic. O wyrostków krzyczących: „Żydek!” na każde dziecko, które wyglądało inaczej. W Polsce bohaterowie mają być bez skaz. Pomnik nie może mieć najmniejszych nawet chropowatości.

– Sendlerowa nie jest symbolem bohaterstwa narodu polskiego, była w swoim bohaterstwie przeciwko swemu narodowi: w tym, co robiła ona i jej grupa, była samotna, była mniejszością, której większość zagrażała lub w najlepszym razie była obojętna.

Myślę też, że oprócz tej samotności ważny był jej strach. Ona ten żydowski strach związany z doświadczeniem Zagłady przejęła jako swój i do końca życia go w sobie miała. Nie mówiła dzieciom o żydowskim pochodzeniu ich ojca. Jeszcze jako mocno dojrzała kobieta bała się, że wnuczka nie zda matury, jeśli ktoś się „o tym” dowie. Irena Sendlerowa i Jan Karski stali się narodowym alibi. Tak jak często przytaczane zdanie: „Polakom zasadzono najwięcej drzewek w Yad Vashem”. Wykonała pani tą książką ogromną pracę, by móc o Sprawiedliwych rozmawiać inaczej.

– Nie mam złudzeń, że uda mi się tą opowieścią przebić przez obecną politykę historyczną, wspieraną przez państwo, topornie podzieloną na „dobrych i złych”, czarno-białą. Ale uważam, że czytelnikom się to należy: zniuansowana historia i ratujących, i ratowanych. Nie po to jednak pisałam, żeby cokolwiek „przewalczyć”. To po co?

– Dla odprawienia żałoby. Opowieść o Sendlerowej jest dla mnie opowieścią o dzieciach, które przeżyły. Opowiadanie o nich jest zaś sposobem opowiedzenia o tych, których uratować się nie udało. Pisząc o uratowanych, piszę o nieuratowanych. Pokazując samotność ratujących, opowiadam o skazanych na brak pomocy. O kilku tysiącach, które przeżyły.

– O milionie dzieci. Spośród nich część mogła przeżyć. Wyborcza.pl/magazyn *ANNA BIKONT – dziennikarka, reporterka i pisarka, od 1989 r. w „Wyborczej”. Autorka m.in. książki „My z Jedwabnego”

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.