Nieformalne kontakty USA i Korei Północnej

Mimo braku oficjalnych relacji dyplomatycznych dialog Waszyngtonu i Pjongjangu trwa od lat. Paul Carroll, ekspert zajmujący się bezpieczeństwem nuklearnym, odwiedził Koreę Północną dwa razy i spotkał się z tamtejszymi urzędnikami. Restauracja w Pjongjangu

Gazeta Wyborcza - - ŚWIAT - MACIEJ CZARNECKI

Oficjalnie Stany Zjednoczone i Korea Północna nie utrzymują ze sobą stosunków. Od lat nieformalny kontakt odbywa się w tzw. formacie Track II, czyli bez udziału członków amerykańskiego rządu. Zamiast nich z Koreańczykami – najczęściej pracownikami ministerstwa spraw zagranicznych – spotykają się byli dyplomaci, byli dowódcy wojskowi, akademicy, eksperci z think tanków.

– Cel minimum takich kontaktów to poznanie się, zebranie informacji, które można przekazać potem Departamentowi Stanu. Czasem jednak taki dialog prowadzi do inicjatyw na szczeblu oficjalnym – opowiada „Wyborczej” i kilku zagranicznym mediom Paul Carroll, ekspert ds. bezpieczeństwa nuklearnego, który w zeszłej dekadzie brał udział w dwóch wizytach w Pjong jangu.

Rozmawiamy w San Francisco, w siedzibie organizacji N Square działającej na rzecz nierozprzestrzeniania broni jądrowej. Carroll tłumaczy, że w nieformalnych kontaktach można poruszyć wiele kwestii, które są zbyt drażliwe, by debatować nad nimi oficjalnie. Można wypuszczać próbne balony, testować reakcje oficjeli, zadawać trudne pytania.

Wkrótce po wizycie b. prezydenta Jimmy’ego Cartera w 1994 r. Waszyngton i Pjong jang podpisały porozumienie przewidujące zamrożenie koreańskiego programu atomowego (układ obowiązywał do 2002 r.).

Carroll odwiedził Pjong jang dwa razy: w 2006 r. i 2009 r. Za pierwszym razem był tam m.in. z Bobem Scalopino, ekspertem od wschodniej Azji z Uniwersytetu Kalifornijskiego. Za drugim razem z akademikami z Uniwersytetu Stanforda.

– Nasza pierwsza przygoda zaczęła się już w Pekinie, gdzie musieliśmy dostać wizy. Urzędnik w ambasadzie Korei Północnej sprawdził nasze paszporty, po czym zapytał: „Czy potrzebujecie biletów lotniczych?”. Jasne, że potrzebowaliśmy! Zmienił więc czapkę i przywitał nas jako przedstawiciel linii lotniczej: „Dzień dobry, czym mogę służyć?” – opowiada Carroll.

Jego grupa leciała do Pjong jangu starym rosyjskim samolotem.

– Mam licencję pilota, więc próbowałem ocenić, na ile był bezpieczny. Tak czy inaczej, nie mieliśmy wyboru – mówi ekspert. – Lotnisko międzynarodowe w koreańskiej stolicy jest specyficzne. Pas do odbioru bagażu był wielkości stołu. Żartowaliśmy, że czujemy się trochę jak w latach 50., ale zaraz pomyślałem sobie, że właśnie przez takie niedocenianie Korei Północnej byliśmy tak zaskoczeni ich możliwościami wojskowymi.

Koreańczycy zabrali Amerykanów do muzeum wojny, gdzie malowidła na ścianach przedstawiały amerykańskich żołnierzy ze strasznymi minami lub ginących od koreańskich bagnetów. W piwnicy gmachu można było podziwiać zdobyczne jeepy, helikopter, a nawet przejęty u wybrzeży kraju w 1968 r. okręt rozpoznawczy USS „Pueblo”.

Innego dnia gospodarze urządzili bankiet, a następnie zaprosili gości na koncert muzyki klasycznej. Po spotkaniach zapoznawczych rozpoczęto właściwe rozmowy.

– Koreańscy oficjele są dumni. Pamiętam, jak jeden z nich zrobił nam 40-minutowy wykład o historii narodu od XIX w. Rozmowy na trudne tematy, takie jak broń nuklearna, mogą być jednak zadziwiająco szczere. Czasem dotykaliśmy też innych spraw, np. wymiany naukowców – mówi ekspert.

Kontakty Uniwersytetu Stanforda z Koreańczykami doprowadziły do wybudowania w partnerstwie z resortem zdrowia Korei Płn. pierwszego w kraju nowoczesnego laboratorium diagnostycznego gruźlicy. Z kolei dzięki programowi grantowemu Ploughshares Fund, gdzie Carroll do niedawna pracował, pięciu północnokoreańskich kardiochirurgów kształciło się w ośrodkach w Nowym Meksyku.

– Odwiedziłem szpital w Pjongjangu, w którym byli zatrudnieni. Zapach pleśni, niemal żadnych pacjentów. Zapytałem jednego z lekarzy, czy ma dostęp do zagranicznych czasopism, „Lanceta” i tak dalej. Odparł: „Słyszałem o nich” – opowiada Carroll.

Podczas drugiej podróży w 2009 r. jego grupa wyjechała poza stolicę.

– Pojechaliśmy na farmę. Pamiętam, że był luty, przeraźliwy ziąb. To były pierwsze dni administracji Baracka Obamy. Mogliśmy powiedzieć: patrzcie, nowy prezydent ogłosił już, że ma otwartą dłoń, nie zaciśniętą pięść. Mieliśmy nadzieję na nowe otwarcie, ale dwa lata później zmarł Kim Dżong Il i ocieplenie nie nastąpiło – mówi ekspert. – Z drugiej strony północnokoreański zespół, który bierze udział w rozmowach, jest dość stabilny. Zwykle to ludzie z MSZ-u, w którym jest departament ds. kontaktów z Ameryką. Istnieje też biuro pokoju i rozbrojenia o niemal orwellowskiej nazwie. Podczas pierwszej podróży poznałem wpływową Choi Sun Hee, która nie tylko przetrzymała zmiany reżimów, ale jeszcze wypracowała sobie mocną pozycję – dodaje Carroll.

Choi Sun Hee brała udział w zeszłej dekadzie w sześciostronnych oficjalnych rozmowach z udziałem m.in. USA. Obecnie jest szefową departamentu ds. USA w MSZ. W maju 2017 r. przewodniczyła koreańskiej delegacji na rozmowy Track II w Oslo. Na początku marca Madame Choi miała przylecieć do Nowego Jorku, ale… administracja Donalda Trumpa nie zgodziła się na przyznanie jej wizy.

– W ostatnich latach rozmowy Track II odbywały się w Niemczech, Nepalu, Norwegii, ale są coraz rzadsze. Nie chodzi tylko o zmiany wprowadzone przez Trumpa, ale o to, że Pjong jang nie jest nimi tak zainteresowany. Obawiam się, że efekty mogą być złe – podsumowuje Carroll.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.