PRZEDWYBORCZE BAJKOWE TEORIE SPISKOWE

Gazeta Wyborcza - - OPINIE - MICHAŁ WOJTCZUK

Co jakiś czas odżywają plotki o tym, że wybory samorządowe mogą zostać zmanipulowane. Np. w Warszawie mogłyby być wypaczone, bo rzekomo do rejestru wyborców dopisywani są hurtowo ludzie spoza stolicy, w domyśle: podstawieni przez PiS. Rzeczywiście – zainteresowanie dopisaniem się do rejestru jest większe niż cztery lata temu. Ale do skali dającej wpływ na wynik wyborów jeszcze daleko.

Na Facebooku dużą uwagę w ostatnim czasie budzi wpis Sebastiana Deptuły, który opisał grupę ludzi podążających w kierunku urzędu jednej z warszawskich dzielnic, by dopisać się do rejestru wyborców. Z usłyszanych fragmentów rozmów wynikało, że są to sympatycy Patryka Jakiego. „Autobusy z zakątków całego kraju będą zjeżdżać do Warszawy, żeby głosować za jedynie słuszną panującą partią... Bareja do kwadratu” – komentował Sebastian Deptuła. W późniejszych wpisach sprecyzował, że sytuacja miała miejsce w okolicach ratusza Targówka.

Patryk Jaki rzeczywiście zachęca do dopisywania się do rejestru wyborców. Niedawno zorganizował w tej sprawie wspólną konferencję z ministrem cyfryzacji Markiem Zagórskim. Ministerstwo zaś w mediach społecznościowych zachęca do dopisywania się do rejestru przez internet.

Czy rzeczywiście w Warszawie mamy do czynienia z masowym dopisywaniem się wyborców spoza stolicy?

– Dane z wczoraj: od początku roku do rejestru wyborców dopisało się 9155 osób. W tym od 13 sierpnia do 9 października 8790 osób – informuje Bartosz Milczarczyk, rzecznik stołecznego ratusza. Dodaje: – W całym 2014 r. dopisało się 4354 osoby.

Burmistrz Woli Krzysztof Strzałkowski informuje, że w jego dzielnicy dopisano już ponad tysiąc osób, dwa razy tyle, co cztery lata temu. – Wpływa ok. 200 wniosków dziennie – twierdzi.

Czy to dużo? W Warszawie uprawnionych do głosowania jest – to dane Państwowej Komisji Wyborczej z czerwca 2018 r. – prawie 1 mln 318 tys. ludzi. Przy frekwencji na poziomie 50 proc. (cztery lata temu była niższa: 44 proc. w pierwszej turze i 47 proc. w drugiej) oznacza to 659 tys. głosujących, a 6,6 tys. głosów dawałoby jeden procent poparcia.

W 2014 r. w I turze Hanna Gronkiewicz-Waltz dostała 294 tys. głosów, Jacek Sasin – 172 tys. W drugiej turze pani prezydent dostała 342 tys. głosów, a Sasin 241 tys.

Dodać trzeba, że urzędy dość dokładnie sprawdzają, czy ktoś rzeczywiście jest uprawniony, by zostać dopisany do rejestru wyborców, m.in. czy może udowodnić, że tutaj mieszka, za pomocą np. umowy najmu mieszkania w Warszawie. Według danych sprzed kilku dni odrzucono ponad 2 tys. wniosków. By zrobić to przez internet, trzeba posłużyć się tzw. profilem zaufanym oraz skanem dowodu osobistego.

W tym roku wybory są bardziej zacięte niż cztery lata temu. Wtedy pani prezydent Gronkiewicz-Waltz we wszystkich sondażach wygrywała kilkunastoma procentami z Jackiem Sasinem, co działało demobilizująco na część elektoratu, który po ośmiu latach jej rządów nie był do niej przekonany.

Teraz w większości sondaży Patryk Jaki, kandydat PiS na prezydenta Warszawy, jest tylko o kilka punktów procentowych za Rafałem Trzaskowskim, kandydatem Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej. W drugiej turze różnice są większe. To oczywiście tylko sondaże.

Można podejrzewać, że w tych wyborach frekwencja będzie wyższa niż cztery lata temu. Starcie Trzaskowskiego i Jakiego jest bardziej emocjonujące niż pojedynek Gronkiewicz-Waltz i Sasina. Wybory poprzedzone są bezprecedensowo długą i intensywną kampanią wyborczą, obaj kandydaci non stop jeżdżą po Warszawie, mobilizując wyborców. Wyższa jest też stawka: po stronie Jakiego zaangażował się właściwie cały rząd, zaś po stronie Trzaskowskiego ustawili się w szeregu liderzy opozycji: PO, Nowoczesnej i stowarzyszenia Inicjatywa Polska Barbary Nowackiej. Pojawiają się skojarzenia z 2006 r., kiedy starcie Kazimierza Marcinkiewicza z PiS i Hanny Gronkiewicz-Waltz przyciągnęło do urn 53 proc. wszystkich uprawnionych.

Dlatego potrzeba będzie pewnie ponad 7 tys. kart do głosowania wrzuconych do urny, żeby zdobyć chociaż punkt procentowy.

Absurdem jest założenie, że wszyscy, którzy dopisują się do rejestru wyborców, to przywiezieni w autokarach zwolennicy PiS i Patryka Jakiego. Znaczna część z nich to zapewne warszawiacy mieszkający tu od dawna, którzy postanowili wziąć udział w wyborach. Być może nawet część z nich dopisuje się do rejestru z pobudek dokładnie przeciwnych, niż podejrzewają autorzy teorii spiskowych – sam znam kilka takich przykładów.

Na dopisanie się do rejestru zostało realnie pięć dni roboczych, bo żeby mieć pewność pozytywnej decyzji, wniosek trzeba złożyć do wtorku 16 października. Jeśli tylko w tych dniach nagle nie spadnie lawina 20 tysięcy wniosków, obawy o próby wypaczenia wyborów można będzie odłożyć między bajki.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.