KOBIETY IDĄ PO WŁADZĘ

Już 40 proc. spośród wszystkich kandydujących w wyborach samorządowych stanowią kobiety. To najwięcej od 2006 r. W 54 gminach o urząd wójta, burmistrza lub prezydenta walczyć będą wyłącznie one

Gazeta Wyborcza - - PIERWSZA STRONA - PAULA SZEWCZYK MIKOŁAJ MIERZEJEWSKI

W tym roku kobiety stanowią 18 proc. zarejestrowanych kandydatów na wójtów, burmistrzów i prezydentów. W poprzednich wyborach lokalnych po władzę szło w 2006, 2010 i 2014 r. – odpowiednio – 12, 14 i 16 proc. kandydatek.

I są w Polsce 54 gminy, w których o te stanowiska walczyć będą wyłącznie kandydatki. Najwięcej – po trzy – w gminach: Garwolin na Mazowszu, Główczyce (powiat słupski), Dobra Szczecińska (policki), Jabłonna (lubelski), Świnice Warckie (łęczycki), Dąbrowice (kutnowski), Nowinka (augustowski) i Mokobody (siedlecki).

Według danych Państwowej Komisji Wyborczej w dwóch gminach – miasto Wrocław i gmina Drzycim w powiecie świeckim – na fotel szefa startują cztery kandydatki, ale walczą z mężczyznami.

Dlaczego coraz więcej kobiet garnie się do polityki? – Bo zdały sobie sprawę, że wystarczająco długo decydowano o ich życiu bez pytania ich o zdanie – uważa prof. Małgorzata Fuszara, socjolożka, była rzeczniczka rządu ds. równego traktowania, członkini rady programowej Kongresu Kobiet. Mówi, że są to na ogół aktywistki organizacji pozarządowych, stowarzyszeń i ruchów miejskich od lat zaangażowane w działalność lokalną.

– Polityka przestała być traktowana jako wyłącznie męska sprawa. Choć zainteresowanie kobiet samorządami i przyzwolenie na ich udział w lokalnej polityce zwykle były stosunkowo duże. Mężczyźni chętnie wpuszczają kobiety na listy, bo potrzebne im są do ciężkiej pracy, ale też dlatego, że sami szukają gratyfikacji i prestiżu w parlamencie – mówi Tomasz Sobierajski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

O urząd prezydentki, burmistrzyni czy wójciny ubiega się 1277 kobiet, a do rad gmin, powiatów i sejmików wystartowało 75 tys. 669 kobiet, najwięcej w wieku 40-59 lat.

Dlatego, że odchowały już dzieci? Fuszara: – Niekoniecznie. Średnia wieku kobiet decydujących się na dzieci jest dziś wyższa niż kiedyś. Zmiana dotyczy świadomości. Kobiety chcą bezpośredniego wpływu na to, co się dzieje w ich gminach. Także dlatego, że dotyczy to ich synów i córek. Nie bez powodu mówi się też o opóźnionym starcie zawodowym kobiet. Do głosu dochodzi pokolenie, które myślało najpierw o dzieciach, potem o karierze.

Gminy, którymi na pewno rządzić będą kobiety, to tylko 2 proc. wszystkich w Polsce. Jest aż 1458 samorządów, w których na szefa gminy nie kandyduje ani jedna kobieta.

W tym roku kobiety stanowią aż 41 proc. kandydatów w wyborach do rad gmin, powiatów i sejmików wojewódzkich. Jeszcze 12 lat temu o miejsce w samorządach ubiegało się 29 proc. kobiet, cztery lata później – 31 proc., w 2014 r. – 38 proc.

Jak liczba startujących kobiet przełożyła się na wynik wyborczy? Cztery lata temu zdobyły 23 proc. mandatów w sejmikach; najwięcej, aż 41 proc., w woj. mazowieckim; najmniej, 10 proc., w świętokrzyskim. Województwo to jest jedynym, w którym w żadnym mieście nie rządzi kobieta.

– Dziś wynik może być dużo lepszy. Kobiety pokazały siłę i determinację podczas licznych demonstracji, którym przewodziły. Nie mają już problemu „zbyt niskich kompetencji”. Mają świadomość, że są dobrze przygotowane i odpowiednio wykształcone, coraz częściej lepiej niż mężczyźni – mówi prof. Fuszara.

Wybory 21 października nie są pierwszymi z obowiązkową kwotą na listach – w 2014 r. wprowadzono tzw. suwak, czyli naprzemienne umieszczanie kobiet i mężczyzn na listach wyborczych. – Może niebawem przepisy te nie będą już potrzebne – mówi Tomasz Sobierajski – a liczba kobiet i mężczyzn w polityce się wyrówna. Jest jednak wiele do zrobienia, ale bez kwot i gotowości kobiet, nic by się „samo” nie zrobiło. Ile kobiet kandyduje na wójta, burmistrza lub prezydenta w twojej gminie? Zobacz mapę na BIQdata.pl Jak zrujnować wizerunek miasta? Wyniki naszej ankiety wśród czytelników –

Czy jedną decyzją można zaprzepaścić osiem lat dobrych rządów? Można. Jeśli dotyczy tak fundamentalnej sprawy jak prawa człowieka.

Niedawno zapytaliśmy was, co sądzicie o swoich samorządach. Opowiadaliście o tym, czy wasze gminy są mądrze zarządzane, czy rozwijają się w dobrym kierunku, czy władze słuchają mieszkańców. Które miasta znalazły się na szczycie? Nie Poznań, Wrocław ani Kraków. Najbardziej zadowoleni ze swoich samorządów są nasi czytelnicy z Lublina i Rzeszowa. Ośrodki niedawno kojarzone z politycznym zaściankiem, zapomniane i zaszuf ladkowane pod hasłem „Polska B” pokazują, że są gotowe na wejście do pierwszej ligi. Lublin wygrywa w dwóch z czterech kategorii. Ponad 80 proc. ankietowanych twierdzi, że miasto jest dobrze zarządzane, a władze mają wizję jego rozwoju. Ponad trzy czwarte zaznacza, że samorząd słucha potrzeb i oczekiwań mieszkańców.

Po dziesięciu latach spędzonych w tym mieście wiem, że odpowiedziałbym tak samo. Od dwóch kadencji koalicja Platformy Obywatelskiej i Wspólnego Lublina w radzie miasta skutecznie walczyła z polityką wykluczania i dzielenia prowadzoną przez lokalnych działaczy PiS. Po ostatnich wyborach parlamentarnych do radnych dołączył wojewoda lubelski Przemysław Czarnek. I nie przebierał w słowach. Na swoim wideoblogu kazał Żukowi oddać pieniądze, które rzekomo niezgodnie z prawem zarobił, zasiadając w Radzie Nadzorczej PZU (postępowanie w tej sprawie trwa). Oskarżał go o niegospodarność, nazywał kłamcą i oszustem.

Coraz częściej spychany do narożnika prezydent mógł liczyć na wsparcie mieszańców. Kiedy jesienią 2016 r. rada miasta głosowała nad wnioskiem wojewody o wygaśnięciu jego mandatu, pod ratusz przyszły tłumy. Hasło: „Murem za Żukiem” stało się symbolem legitymizacji władzy, której może zazdrościć mu każdy gospodarz. Mieszkańcy odwdzięczyli się za przemyślane inwestycje, ambitny

rozwój i realizowanie mądrej strategii rozwoju miasta jako ośrodka wymiany myśli, otwartości i przedsiębiorczości.

Wyścig o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, budowa i działanie Centrum Spotkania Kultur, lotnisko w Świdniku, nowoczesny stadion miejski, ekspresówka do Warszawy, szybko rosnąca Specjalna Strefa Ekonomiczna. Nigdy wcześniej Lublin nie rozwijał się w takim tempie.

Według sondaży Żuk mógł liczyć na wygraną nawet w pierwszej turze. Niestety, nadszedł dzień, który za kilka lat wspomnimy z bolesnym ukłuciem w brzuchu.

Prezydent miasta, które szczyci się jagiellońskim dziedzictwem, a w strategii rozwoju opiera się na „otwartości” i „przyjazności”, zakazał organizacji Marszu Równości. W mediach i w internecie natychmiast pojawiły się hasła o cenzurze i tchórzostwie prezydenta, a Lublin nazywany jest „wylęgarnią narodowców” i „zaściankiem Europy”.

Czy jedną decyzją można zaprzepaścić osiem lat dobrych rządów? Można. Jeśli dotyczy ona tak fundamentalnej sprawy jak prawa człowieka. W oczach wielu mieszkańców prezydent wiele stracił. Z kompetentnego, otwartego i sprawnego gospodarza zamienił się w tchórza i cenzora. Są tacy, którzy mu nie wybaczą, ale politycznie Żuk wyjdzie z tego bez zadrapania.

Na lokalnej scenie nie ma poważnego kandydata, który przejąłby wkurzony lewicowy elektorat. Najbardziej ucierpiał jednak wizerunek Lublina. Ciekawe, jak dziś zagłosowaliby czytelnicy w naszej ankiecie. Kto na pytanie: „Czy władze słuchają potrzeb i oczekiwań mieszkańców”, odpowiedziałby „tak”?

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.