Kryzys UE? Skądże!

Zachowujemy się jak królik stojący przed wężem. Zamieramy ze strachu, że skrajna prawica przejmie nam Europę. Wielu polityków boi się więc lansować proeuropejski program i przejmuje hasła populistów, chcąc odebrać im elektorat. To niebezpieczna tendencja.

Gazeta Wyborcza - - ŚWIAT - BARTOSZ T. WIELIŃSKI

2 RP ROZMOWA Z PIOTREM BURASEM BARTOSZ T. WIELIŃSKI: Według prognoz w 2019 r. po wyborach do Parlamentu Europejskiego będzie w nim więcej populistów i eurosceptyków niż dotąd. To będzie duży wstrząs dla UE? PIOTR BURAS: To będzie tąpnięcie, ale nie rewolucja. Wizje populistycznej prawicy przejmującej kontrolę nad Parlamentem Europejskim są mocno przesadzone. Z badań Fundacji Adenauera wynika, że skrajna prawica podzielona na dwie frakcje, plus grupa Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, do której należy PiS, będą miały razem 150 posłów. Obecny PE liczy 750 deputowanych. Nawet jeśli dodać do tego skrajną lewicę i niezrzeszonych, razem może mieliby jedną trzecią głosów. Ale sojusz skrajnej prawicy i skrajnej lewicy jest mało prawdopodobny, tak samo jak to, by zjednoczyły się wszystkie eurosceptyczne siły populistyczne.

Zachowujemy się, jak królik stojący przed wężem. Zamieramy ze strachu, że skrajna prawica przejmie nam Europę. W efekcie wielu polityków boi się lansować pozytywny proeuropejski program i przejmuje hasła populistów, licząc, że uda się odebrać im elektorat. To bardzo niebezpieczna tendencja.

Europejskie partie wyłaniają swoje lokomotywy wyborcze, kandydatów, którzy w razie zwycięstwa mają stanąć na czele Komisji Europejskiej. Tak swoje stanowisko wywalczył Jean-Claude Juncker. W tych wyborach też to zadziała?

– Idea lokomotyw wyborczych polega na tym, by dać wyborcom wpływ na to, kto będzie kierował UE i jaki będzie jej program.

Chodziło o to, by instytucje unijne miały większą legitymację demokratyczną. Ale tej obietnicy nie da się już spełnić. Już wiemy, że oprócz wzrostu populistów dojdzie do osłabienia dwóch głównych partii europejskich: Europejskiej Partii Ludowej (EPP) i socjaldemokratów. Nie będą miały większości w parlamencie i nie będą w stanie wyłonić szefa Komisji bez wchodzenia w koalicje, będą musiały mieć poparcie, np. liberałów. A ci powiedzą, że Manfred Weber, prawdopodobny spitzenkandydat EPP, im nie pasuje. I co wtedy?

Obietnica, że szef Komisji będzie realizował program wyborczy, też jest na wyrost, skoro będzie się ona składać z polityków z różnych partii, w tym z populistycznych.

Spodziewany wyborczy sukces populistów jeszcze bardziej ich wzmocni w Europie?

– Nie przeceniałbym wpływu tego, co się dzieje w PE, na debatę w Europie. To właśnie sytuacja w krajach członkowskich przekłada się na sytuację w PE, nie odwrotnie.

Wybory będą testem siły populistów w poszczególnych krajach członkowskich. A to przełoży się nie tylko na wybranych europosłów, ale też na przyszłych członków KE. Nominują ich rządy. Swojego przedstawiciela nominować więc będzie rząd PiS, rząd Viktora Orbána, a także rządy Austrii i Włoch, w skład których wchodzą populiści. Czy taka Komisja będzie zdolna do działania?

Czy Polsce lub Węgrom opłaci się wysłanie komisarzy, którzy będą sypać piach w unijne tryby?

– To będzie zależało od tego, na ile populiści będą w stanie ze sobą współpracować i koordynować swoją politykę. I jak odpowie im polityczny mainstream. Dziś Orbán czy Matteo Salvini [przywódca Ligi Północnej, szef włoskiego MSW i wicepremier] mówią, że chcą przebudować Europę w oparciu o inne wartości. W obecnej Komisji Węgry reprezentuje Tibor Navracsics, postać niepolityczna, umiarkowana. Mogę sobie wyobrazić sytuację, że Orbán w przyszłym roku dojdzie do wniosku, że opłaca mu się wysłać kogoś bardziej wyrazistego. Polska może zrobić to samo. Komisja z pewnością będzie bardziej kolorowa.

Do tej pory mieliśmy do czynienia ze stale postępującą ewolucją UE. Czy w 2019 r. proces pogłębiania integracji zostanie zatrzymany?

– Już teraz widać, że pewien model integracji się wyczerpuje. Chodzi o model wspólnotowy, w którym Komisja ma propozycje dla całej Unii. Widać to w polityce migracyjnej. Od wybuchu kryzysu uchodźczego w 2014 r. wszystkie jej propozycje upadały. W tej kwestii Komisja była bez znaczenia.

Model wspólnotowy zastępuje tworzenie przez kraje UE koalicji chętnych. Inicjatywa obronna Francji działa w zasadzie poza strukturami Unii Europejskiej. W sprawie ograniczenia migracji Niemcy bez udziału Komisji dogadują się z Włochami, Francją, Hiszpanią i pewnie kiedyś będą razem jako grupa krajów negocjować z krajami Afryki nowe zasady readmisji migrantów czy pomocy rozwojowej. Współpraca państw w Europie będzie się zacieśniała. Żaden kraj nie jest w stanie samemu dać sobie rady z problemami migracyjnymi czy klimatycznymi. Ale to nie będzie współpraca w ramach całej UE, ale czasami nawet poza nią. Gdzie w tym wszystkim jest Polska?

– Polski rząd uważa, że większość trendów w UE jest sprzeczna z polskimi interesami. Agenda polityki obronnej jest odbierana jako zagrożenie dla NATO i naszych związków z USA. Uczynienie z polityki migracyjnej kwestii priorytetowej w UE jest złe, bo PiS przecież prowadzi politykę „zero uchodźców”. Ambitna polityka klimatyczna kłóci się ze zobowiązaniem rządu do utrzymania wydobycia węgla kamiennego. W efekcie Polska w wiele rzeczy się nie angażuje. Może się okazać, że gdy pieniądze i polityczne znaczenie będą tam, gdzie kraje porozumiewają się między sobą co do jakiejś wspólnej polityki, UE stanie się jedynie wydmuszką. I w niej właśnie będzie się znajdować Polska.

Moim zdaniem PiS w niektórych sprawach źle interpretuje nasze interesy. Czy „zero uchodźców” lub węgiel to kwestie polskiej racji stanu? Czy polityka obronna UE lub dyrektywa o pracownikach delegowanych naprawdę uderza w Polskę? Rząd jest zakładnikiem starego myślenia, bo Polska od lat była za sojuszem transatlantyckim, zawsze wspierała górnictwo. Problem w tym, że świat się zmienił i wraz z tym powinna się zmienić polityka. Mamy też do czynienia z poważną instrumentalizacją polityki zagranicznej na rzecz populistycznej polityki wewnętrznej.

Kiedy zaczęły się obecne kłopoty Europy? W chwili wybuchu kryzysu migracyjnego?

– Wcześniej. Gdyby nie doszło do kryzysu strefy euro w Grecji czy we Włoszech, kryzys migracyjny miałby zupełnie inne oblicze. A tak uderzył w bardzo mocno osłabione kraje. Ale mówienie o kryzysie UE to błędna diagnoza. W kryzysie są państwa narodowe i model obecnych liberalnych demokracji, które chwieją się pod naporem globalizacji, migracji, zmian klimatycznych, a także zmian związanych z funkcjonowaniem mediów czy sfery publicznej.

Krytyka niedomagających państw narodowych przenosi się na krytykę UE. Ale to nie Unia jest źródłem tych problemów.

Czy populiści zakotwiczą się na scenie politycznej na stałe?

– Mamy do czynienia z dramatyczną zmianą, ale to nie populiści są problemem. Zapada się środek sceny politycznej. Rzadko w Europie zdarza się sytuacja, by była ona tak podzielona jak w Polsce – między populistów i ich przeciwników. W większości krajów do tej pory ton nadawały dwie duże partie: centroprawicowa i centrolewicowa. Obok nich działało kilka mniejszych partii.

W Niemczech w zastraszającym tempie chadecja i socjaldemokraci tracą poparcie. A jednocześnie populiści z Alternatywy dla Niemiec wcale nie stają się największą siłą. Problem Niemiec polega nie na tym, że AfD zagarnie połowę sceny politycznej, tylko na tym, że rozdrobnienie będzie tak duże, iż nie uda się stworzyć nowej stabilnej koalicji. To wynik rozdrobnienia społeczeństw. Nie ma już klas, zwartych grup interesów. Ludzie są bardziej chwiejni. (...)

ROZMAWIAŁ

Krytyka niedomagających państw narodowych przenosi się na krytykę UE. Ale to nie Unia jest źródłem tych problemów

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.