O czym powinien mówić ksiądz

W Polsce są trzy płcie: mężczyźni, kobiety i kler

Gazeta Wyborcza - - PIERWSZA STRONA - Z KAZIMIERZEM BEMEM* ROZMAWIA ARTUR NOWAK

AARTUR NOWAK:

Jak to się stało, że chłopak z Łodzi, prawnik z doktoratem na prestiżowej zachodniej uczelni, wylądował w parafii ewangelickoreformowanej w USA.

KAZIMIERZ BEM:

Kalwińska predestynacja! A dokładniej: rodzice byli pracownikami naukowymi na Akademii Medycznej i Politechnice Łódzkiej, więc odkąd pamiętam, dużo podróżowaliśmy, od Kanady po Kuwejt. Jednocześnie tato jest katolikiem, mama bezwyznaniowa, ale z rodziny, gdzie byli ewangelicy i prawosławni, więc dorastałem w dwóch tradycjach. I wybrałeś protestancką.

– W podstawówce uczęszczałem na katolicką katechezę. W ósmej klasie trafił się ksiądz, który zadecydował o tym, że straciłem kontakt z Kościołem. Tischner mówił, że nie spotkał w życiu nikogo, kto by stracił wiarę po przeczytaniu Marksa i Engelsa, natomiast spotkał wielu, którzy ją stracili po spotkaniu ze swoim proboszczem.

– Ja na szczęście w Boga nie przestałem wierzyć. Moja wiara w Niego nie jest w żaden sposób uzależniona od księży.

Ale tamten ksiądz powiedział mojej przyjaciółce, której rodzice się rozwiedli, że jej matka poszła na łatwiznę. To było bardzo trudne małżeństwo, ale młody kapłan oznajmił, że „mama powinna wrócić, inaczej trafi do piekła”. Byłem tak oburzony, że aż się trząsłem. Tego dnia przyszedłem do domu i poinformowałem mamę (tato był w Kuwejcie), że nie będę już chodził do kościoła. Ona wtedy zaproponowała, żebym chodził do kościoła reformowanego. Nie do końca pasowałem, więc spróbowałem luteranów. Ich kościół w Łodzi jest piękny, przystojny pastor pięknie śpiewał, a że jak każdy gej lubię porządną, estetyczną liturgię, zostałem tam na jakiś czas. Po kilku latach wróciłem do reformowanych, bo teologia mi bardziej pasowała, i tym razem zostałem. Pastor właśnie otwierał się na duszpasterstwo osób LGBTQ, bardzo mi pomógł. Jest teraz moim dobrym przyjacielem. Jesteś ewenementem. Niewielu nastolatków myśli o swoim wyznaniu, wybiera świadomie. Nikt się nie zgłębia w teologię, to idzie automatycznie: chrzest, katecheza, bierzmowanie, bo rośnie w takim a nie innym otoczeniu. – Ja też w dzieciństwie przechodziłem katolicką formację kulturową, nie przyjmowałem prawd bezkrytycznie. Kiedy coś mi zgrzytało, zadawałem pytania. Na przykład nie mogłem zrozumieć, dlaczego kobieta nie może być księdzem. Co to za argument, że Jezus powołał tylko mężczyzn? To w takim razie wszyscy kapłani, jak apostołowie, których powołał Jezus, powinni być obrzezani! W domu było typowo katolickie wychowanie?

– Nie, była dyskusja. Kiedy tato mówił, jak jest wśród katolików z tym czy innym dogmatem, to mama tłumaczyła, jak jest u ewangelików.

Rodzina była bardzo otwarta. Babcia opowiadała, że jej nauczycielka muzyki przeżyła ze swoją „przyjaciółką” wiele lat i były szczęśliwe. W domu nie wolno było używać obraźliwych słów, jak pedał. Mama z babcią bez żadnej pruderii wyjaśniły mi, że Aleksander Macedoński i Hefajstion byli kochankami. Rodzice zachęcali mnie do myślenia. Kłóciliśmy się, ale grzecznie. Jak zareagowali, gdy powiedziałeś: „Słuchajcie, jestem gejem”?

– Z mamą nie było problemu, tak samo z babcią od strony mamy – ona była wspaniałą, otwartą kobietą. Tacie powiedziałem później, i też nie było problemu. A w Ameryce, jak wcześniej w Holandii, czuję się jak w domu. Na moje oko co trzeci pastor w Kościołach głównego nurtu protestantyzmu w USA to gej, chyba nieco więcej jest lesbijek. To chyba i tak mniej niż wśród duchownych katolickich.

– Są badania, które rzeczywiście pokazują, że blisko połowa amerykańskich księży to homoseksualiści. I większość amerykańskich biskupów. To skąd wśród kleru ta homofobiczna gęba?

– Tato mówi, że Polsce są trzy płcie: mężczyźni, kobiety i kler.

Duchowni są pod podwójną presją. Ludzie, po pierwsze, mają wyobrażenie, że ksiądz jest aseksualny, a jako społeczeństwo chłopskie, tradycyjne, nieufne, które w większości dopiero w trzecim pokoleniu czyta i pisze, są homofobiczni. Z kolei tego księdza sojusznicy, czyli politycy prawicy, w kółko prawią o jakimś homolobby i zepsuciu, nawet jeśli sami mają dużo za uszami, na przykład biją żonę albo mają kochanka. Więc on, żeby utrzymać iluzję, skierować podejrzenia na kogoś innego, wchodzi w tę homofobię.

Druga rzecz to sprawa wyniesienia kapłanów ponad wspólnotę Kościoła. Katolicy twierdzą, że ksiądz w chwili przeistoczenia, czyli eucharystii, staje w miejscu Chrystusa. Więc ksiądz co do zasady jest święty jak Chrystus i ma rację. A zatem gdy aseksualny duchowny potępia gejów i gender, to musi mieć rację, bo przecież on staje w miejscu Chrystusa. I koło się zamyka. Na Zachodzie wiele się mówi i pisze o seksualności, o celibacie, kapłaństwie kobiet.

– Kondycja polskiego kleru jest pochodną kondycji społeczeństwa. Ludzie z klasy średniej nie garną się do kapłaństwa. To zazwyczaj chłopcy z małych wiosek i miejscowości, więc już w rodzinie nie są przyzwyczajeni do samodzielnego myślenia. A Kościół, zamiast wysłać takich chłopaków na uniwersytety, trzyma ich pod kloszem, czyli kształci w zamkniętym seminarium. A tam młody, często jeszcze nieukształtowany seksualnie człowiek, słyszy, że masturbacja to grzech, dotykanie się to grzech, nawet sen, w którym spełnia się jako mężczyzna, też grzech – co mu pasuje do poglądów, zahamowań, które wyniósł z domu. To tylko wykrzywia jego psychikę.

Miałem znajomego: był w seminarium, poznał kobietę, ma dziecko – teraz są szczęśliwi. Bo frustracja narastała, musiał się wyszumieć. Ale już do głowy mu nie przyszło, żeby założyć prezerwatywę – to jedno mu zostało z katechezy. Akurat on uczciwie zrzucił sukienkę, ale ilu jemu podobnych kończy seminarium, idzie na parafię? Tam nagle staje się półbogiem i odkrywa, że może mieć życie na boku, odetchnąć po klaustrofobii seminarium. Więc korzysta. Potem awansuje, zostaje, dajmy na to, biskupem – i włącza mu się mechanizm rodzica, który bije, bo sam był bity. Myśli sobie: a czemu innym ma być niby lepiej? A wiadomo, że w Polsce nikt biskupa nie ruszy. Przecież Paetz to niejedyny biskup gej w Polsce.

Na to nakłada się następne dziedzictwo: pańszczyzny i kolejnych okupacji – nasz polski konformizm. Boimy się wyróżniać. Gdy studiowałem prawo w Łodzi, nikt mnie nie zapytał o moją interpretację. Miałem wyrecytować z pamięci przepis i jego podręcznikową wykładnię. W Holandii, gdzie pojechałem robić doktorat, przeżyłem szok.

Mam zadaną pracę pisemną – opracować kazus konstytucyjny. Wykładowca zatrzymuje mnie po zajęciach i mówi: „Dobrze streściłeś moje myśli, ale ja wiem, co ja na ten temat myślę. Mnie interesuje twoje zdanie”. Ja na to: „OK, ale panie profesorze – bo na początku trudno było mi przejść z wykładowcami na ty – ja nie zgadzam się z panem”. A on się śmieje: „Jakoś to przeżyję, tylko porządnie uzasadnij”.

W naszym światku akademickim samemu możesz zacząć myśleć, dopiero jak zostaniesz samodzielnym pracownikiem naukowym. To samo widzę wśród sędziów. Boją się zadać na przykład pytanie prejudycjalne do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w sprawach rodzin jednopłciowych, bo wiedzą, że odpowiedź wywoła szok w polskim systemie prawnym. Więc udają, że problemu nie ma, i piszą androny o artykule 18 konstytucji, który ma niby definiować małżeństwo – a nie definiuje. Dlatego ta wykładnia jest statyczna, nie uwzględnia indywidualnych. okoliczności, a całe prawo nie nadąża za zmieniającymi się realiami, za przemianami społecznymi.

Zauważ, że Trybunał Konstytucyjny, gdy jeszcze nie był atrapą, przez 30 lat nie wydał żadnego ważnego orzeczenia o zakazie dyskryminacji w konstytucji w art. 32. 30 lat – to ewenement na skalę europejską! Za to ogłosił, że klauzula sumienia i wolność religii to „źrenica konstytucji”.

W Kościele to jest spotęgowane, bo mamy klerykalne myślenie. Świeccy w zasadzie nie biorą żadnego udziału w życiu parafii. Owszem, niektórzy socjolodzy mówią przekornie, że to w parafiach tworzy się społeczeństwo obywatelskie, no ale strojenie dróg krzyżowych przez staruszki czy towarzyskie spotkania przy księgarni parafialnej z elementem narzekania czy pogadanki politycznej to nie jest aktywne uczestnictwo we wspólnocie.

– Podam ci przykład znany mi z drugiej ręki. Na początku lat 80. tu, w Massachusetts, była zamożna parafia protestancka. Kierował nią pastor, który molestował chłopców. Przełożeni go zwolnili po cichu, a on dostał posadę nauczyciela w gimnazjum. Na spotkanie parafialne przyjechali przełożeni, przedstawili nowego pastora, ale nie mówili, skąd ta nagła zmiana. Jedna z parafianek dopytywała. Starali się ją zbyć, ale ona dociskała. Żądała konkretnej odpowiedzi. Nie odpowiedzieli, więc przeprowadziła śledztwo, odkryła prawdę, napisała do tej szkoły, zrobiła raban. Zwolniony został nie tylko pastor, ale również przełożeni, którzy go kryli. To była prawdziwa członkini wspólnoty. Nie obchodziło jej, że to pastor i że trzeba dbać o wizerunek Kościoła – ona dbała o dzieci, wiernych, czyli o Kościół.

Inny przykład: mój znajomy, zresztą znakomity kaznodzieja, rozpoczął pracę w nowej parafii. Po pierwszym nabożeństwie dostał list od starszej parafianki: „Pięknie pastor prowadził liturgię, miał bardzo dobre kazanie – ale nie miał czarnych butów do czarnej togi”. Ona dała mu do zrozumienia na początku posługi: jesteś duchownym, a nie naszym panem i władcą. Doceniamy i szanujemy twoją pracę, ale to oznacza, że będziemy z tobą szczerze rozmawiać i że ty będziesz nas szanował. Ja do dziś, gdy zakładam czarną togę, to sprawdzam, czy mam czarne buty.

Inny przykład prawdziwej, odpowiedzialnej wspólnoty: teraz amerykańscy katolicy dobierają się już nie tylko do księży pedofilów, ale też do prawników, którzy obsługiwali diecezje. Oni zasłaniają się tajemnicą adwokacką, która tu jest święta, ale to wiernych nie interesuje. Mówią: tu nie chodziło o prawo do obrony, tylko o współudział w przestępstwie! Przecież prawnicy wiedzieli, co zrobił dany ksiądz, wiedzieli, gdzie został przeniesiony. Dlaczego nie reagowali, tylko pomagali kryć? Opowiedz, jak wygląda twoja praca.

– Jestem zatrudniony – bo u protestantów zawiera się regularny kontrakt zwany wokacją – w małej miejscowości pod Bostonem. Mamy tu dwie parafie katolickie – kiedyś było pięć – są też baptyści, luteranie, metodyści i mormoni. Ja mam w kościele 250 dorosłych członków i 110 rodzin, parafia katolicka ma 5 tys. rodzin.

Pastor jest odpowiedzialny przede wszystkim za kazania. Najczęściej nas zwalniają właśnie za słabe kazania. W protestantyzmie prawdziwy Kościół jest tam, gdzie słowo Boże jest zwiastowane, a sakramenty porządnie sprawowane. Ale zaczyna się od słowa, czyli Biblii.

Do kazania przygotowuję się kilka godzin, mam specjalne studium z innymi pastorami. Kazanie trwa nie dłużej niż 25 minut, moje zwykle trwają 15 minut. Absolutnie nie można wchodzić w jakąś politykę, chyba że chodzi o uchodźców czy sprawy społeczne. Za wskazani z ambony konkretnego polityka, na którego należy głosować, Kościół może stracić na kilka lat status organizacji pożytku publicznego i być opodatkowany jak firma. Poza tym dlaczego ja miałbym mówić wiernym, na kogo głosować? To nie jest moja rola jako pastora i nauczyciela.

Pierwszego dnia pracy oprowadzała mnie parafianka. Pokazała, gdzie jest kościół, sklep, i tego samego dnia zawiozła do biblioteki, żebym sobie wyrobił kartę. Parafianie sami mogą być nie najlepiej wykształceni, ale jest nie do przyjęcia, żeby pastor nie czytał. Z biblioteki pojechaliśmy do kuchni dla ubogich, a dopiero potem na spotkanie z burmistrzem. A jak wygląda sprawa finansów w twoim kościele?

– Parafianie deklarują, ile dadzą, sami ściągają i rozliczają składki. Mamy skarbnika, ja nie wiem – bo mi nie wolno wiedzieć – ile kto wpłaca, znam tylko ogólną kwotę, zajmuję się pracą duszpasterską. Jestem w radzie finansowej, ale nie mam prawa głosu. Jestem tak zwanym starszym nauczającym. Od zarządzania parafią są świeccy.

Moje zarobki są jawne, podobnie opłaty za ślub i pogrzeb – wystawiamy rachunki. Parafia nie dostaje żadnych pieniędzy z budżetu stanowego albo federalnego. Możemy się starać o granty, na przykład na renowacje. Wnioski są oceniane tak samo jak każdej innej instytucji występującej o publiczne pieniądze. W okolicy był piękny kościół z rewelacyjnymi witrażami, zaczęły się sypać. Remont witraża – a było ich kilkanaście – to 10-12 tys. dol. Pastor dostał pieniądze ze stanowego budżetu na remont zabytków, ale aktywiści dbający o świeckość zaskarżyli tę decyzję i sąd najwyższy stanu Massachusetts uznał, że wierni w tej parafii mogą za pieniądze publiczne remontować witraże, ale tylko te, które nie mają wyraźnego wydźwięku religijnego. Dostali więc fundusze nie na 12, ale na 5 witraży. A jak wygląda twoje duszpasterstwo?

– Jest dużo spotkań. Rozmawiam z chętnymi o Biblii, prowadzę studium biblijne. Co tydzień przychodzi 20 osób. Czytamy i dyskutujemy. Przychodzą też ludzie z problemami rodzinnymi albo z własną psychiką. Czasem ktoś ma kryzys wiary, wtedy nie bije się sam z myślami, od tego ma mnie.

Odprawiam jedno nabożeństwo w niedzielę i raz w miesiącu nieszpory. Odwiedzam parafian w szpitalu, w domu opieki, raz zdarzyło mi się w areszcie. Zgodnie z reformowanym zwyczajem pastor powinien odwiedzić wszystkie rodziny raz w roku, ja staram się to robić dwa razy. Zwykle przychodzę po kolacji, żeby nie robić kłopotu.

Niektórzy traktują mnie jak kolegę. Dla starszych ludzi jestem trochę autorytetem, dla młodszym – partnerem, dla najmłodszych – trochę dziwadłem. Wszyscy duchowni w Ameryce tak pracują?

– Tu księża katoliccy to w porównaniu z Polską inny świat. Są dobrze wykształceni, często na świeckich uczelniach, są koleżeńscy. Nie mają tej postawy „ja jestem książę”, są blisko ludzi, choć może z racji struktury ich Kościoła nieco mniej blisko niż w Kościołach protestanckich, gdzie z założenia duchowny musi wiedzieć, jak żyją normalni ludzie, znać ich problemy. O czym ostatnio wygłosiłeś kazanie?

– Postawiłem mojej wspólnocie pytanie: Co nas wyróżnia jako chrześcijan? To, że nie potrzebujemy wrogów, by budować swoją tożsamość i wartość. Ona jest nam dana w Chrystusie. A co może nas wyróżniać? Na przykład to, że będziemy umieli się na chwilę zatrzymać, inaczej mierzyć czas. Pomódlcie się – nie musicie długo, wystarczy pięć sekund, ale za to szczerze. Zjedzcie jako rodzina chociaż jeden posiłek przy wyłączonym telewizorze i odłożonych komórkach. Podziękujcie Bogu za wszystkie dary, które wam dał darmo, z łaski.

Ja w polskich katolickich mediach, w polskim Kościele, od polskich hierarchów ciągle słyszę o aborcji, o homoseksualistach, o roli rodziny, o służebnej misji kobiety. A tymczasem Jezus mało interesował się etyką seksualną. To był dla niego bardzo peryferyjny temat, a o aborcji, tej katolickiej obsesji, w ogóle się nie wypowiadał. Za to dużo mówił o traktowaniu ubogich i generalnie o tym, jak wydajemy pieniądze. Fascynowało go akurat to, co prawie nie istnieje w nauczaniu polskiego Kościoła.

Mój tato katolik mówi, żeby chciałby raz w Polsce usłyszeć kazanie na temat przykazania „Nie kradnij”. Ale ciągle słyszy o szóstym, o łóżku. A przecież jest jeszcze dziewięć innych, do jasnej cholery! +

*KAZIMIERZ BEM – ur. w 1977 r., doktor prawa, specjalizował się w prawie uchodźców, absolwent Yale. Pastor kalwiński, pracuje w First Church in Marlborough UCC w stanie Massachusetts

Kościół pastora Bema w Marlborough

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.