KOŚCIÓŁ JANA PAWŁA II

„Widzę ogromne niebezpieczeństwo sojuszu władz kościelnych z prawicą” – pisał do papieża Stefan Swieżawski, jego przyjaciel i mentor. Jan Paweł II pewnie się z tym zgadzał. Ale nie skorzystał z dobrych rad filozofa

Gazeta Wyborcza - - PIERWSZA STRONA - STANISŁAW OBIREK*

Czemu papież Polak wolał miernych, biernych, ale wiernych

TTuż po wyborze na papieża, wieczorem 16 października 1978 r., Karol Wojtyła – Jan Paweł II – zwrócił się do zaskoczonego tłumu pamiętnymi słowami po włosku: „Jeśli się pomylę, to mnie poprawicie” („Se mi sbaglio, mi corrigerete”). Tylko nieliczni pamiętają, że wybór Polaka na Stolicę Piotrową był możliwy dlatego, że dwaj najpoważniejsi kandydaci włoscy, czyli kard. Giuseppe Siri z Genui i kard. Giovanni Benelli z Florencji, toczyli ze sobą twardą i skazaną na nierozstrzygnięcie walkę.

Doskonale pamiętam tamten październikowy wieczór (byłem wtedy klerykiem u jezuitów), gdy w czasie kolacji do rektora kolegium jezuitów w Krakowie zbliżył się jeden ze współbraci i coś szepnął mu do ucha. Wtedy rektor przerwał milczenie i ogłosił: nasz biskup został wybrany na papieża. Od tamtej chwili minęło prawie 40 lat.

Myślę, że wyborem najbardziej był zaskoczony sam Wojtyła. Jednak dość szybko oswoił się z nową rolą i chyba nigdy nie odczuwał potrzeby bycia poprawianym w sposobie jej odgrywania. Nawet więcej – jego najbliższe otoczenie utwierdzało go w przeświadczeniu, że jest papieżem opatrznościowym i wybranym, by sprostać epokowym wyzwaniom.

Większość katolików podzielała to przeświadczenie nie tylko w czasie sprawowania przez niego urzędu, ale też po jego „odejściu do domu Ojca”. W rekordowo krótkim czasie został beatyfikowany (2011 r.) i kanonizowany (2014 r.). Tak jak tego sobie życzył tłum zgromadzony w dniu jego pogrzebu na pl. św. Piotra, został szybko świętym („santo subito”). Podejrzana kultura Należę w Polsce do grona nielicznych, którzy już za życia polskiego papieża wskazywali rysy na sposobie sprawowania przez niego urzędu. Upływ czasu przyznaje nam rację. Katolicyzm 13 lat po śmierci Jana Pawła II znalazł się w głębokim kryzysie, którego korzenie sięgają jego długiego pontyfikatu.

Te uwagi kreślę w duchu parezji, ulubionego słowa papieża Franciszka. Można je określić jako wymóg mówienia prawdy, nawet jeśli dla niektórych może on brzmieć jak brak szacunku dla urzędu czy świętości, a nawet jak insynuacja czy wręcz oszczerstwo. Starożytni określali takie stanowisko krótko: „Amicus Plato, sed magis amica veritas” (Miłuję Platona, ale milsza mi prawda). Tę zasadę wyznają bliscy mi ludzie, niektórzy z nich zaliczają się do najwybitniejszych katolickich myślicieli, jakich było mi dane spotkać.

Tak się złożyło, że wielu z nich było celem ataków jeśli nie bezpośrednio polskiego papieża, to podległych mu urzędników. Sposób rozprawy z krytykami przypominał jako żywo metody wypracowane w przeszłości, szczególnie w okresie pontyfikatu Piusa IX (1846-78) i jego następców, kiedy to donos oraz zastraszanie krytyków były zwyczajnym modus operandi Watykanu.

Wydawało się, że Sobór Watykański II, a szczególnie likwidacja „Indeksu ksiąg zakazanych” w 1966 r. i zniesienie przysięgi antymodernistycznej przez Pawła VI w 1967 r. ostatecznie zakończyły ten mroczny rozdział w dziejach katolicyzmu. Tak się nie stało, owszem, właśnie w czasie rządów Jana Pawła II dyscyplinowanie, zakaz nauczania i publikowania znowu stały się regułą.

Jednak nie tylko ta nowa odsłona antymodernistycznej działalności watykańskich kongregacji naznaczyła teologię katolicką. Również sam papież, zwłaszcza w ostatnich latach pontyfikatu, coraz bardziej podkreślał różnicę między Kościołem a jakoby wrogą mu kulturą współczesną, którą stygmatyzował przy różnych okazjach jako cywilizację śmierci. Piękne owoce pontyfikatu Zacznę jednak od pozytywnych, niekiedy wręcz rewolucyjnych, słów i gestów papieża z tego prostego powodu, że często jego krytyków posądza się o brak znajomości jego niewątpliwych osiągnięć. Otóż jest inaczej. Jestem wręcz przekonany, że to właśnie krytycy Wojtyły znają go znacznie lepiej niż bezkrytyczni wielbiciele, gdyż to z tej znajomości jego głębokiego nauczania wypływa żal, że nie potrafił dostrzec niebezpieczeństw związanych z wybiórczą, a nawet jednostronną interpretacją jego tekstów.

Wśród najważniejszych dokonań było przede wszystkim zorganizowanie modlitwy o pokój w Asyżu z przedstawicielami różnych religii w 1986 r., które stało się ikonicznym wręcz obrazem otwarcia katolicyzmu. Owszem, Sobór Watykański II już w 1965 r. przyjął deklarację „Nostra aetate”, w której ogłosił pozytywny stosunek do różnych sposobów oddawania czci Bogu, ale to dopiero zgromadzenie w Asyżu pokazało praktyczny wymiar tamtego rewolucyjnego dokumentu.

Do podobnych zaliczyłbym gest przekroczenia po raz pierwszy w historii papiestwa progów synagogi w Rzymie w 1986 r. i meczetu w Damaszku w 2001 r.

Również w wymiarze wewnątrzchrześcijańskim Jan Paweł II potrafił zadziwić, rehabilitując Marcina Lutra i innych przywódców reformacji przy wielu okazjach, gdy spotykał się z przedstawicielami Kościołów protestanckich. Zwieńczeniem tych gestów była encyklika z 1995 r. „Ut unum sint”, w której przyznał, że to właśnie urząd papieski jest największą przeszkodą w powrocie do utraconej jedności wyznawców Jezusa Chrystusa.

Szczególnie przejmująca pozostaje lektura opublikowanego w 1994 r. listu apostolskiego „Tertio millennio adveniente”. Papież wskazywał nie tylko na konieczność przygotowania się na zbliżające się trzecie tysiąclecie, lecz także dokonywał szczegółowej analizy błędów i wypaczeń, jakich dopuścił się Kościół katolicki na przestrzeni 2 tysięcy lat.

Bardzo istotnym dokumentem, również ze względu na polski kontekst, była postsynodalna adhortacja z 2003 r. „Ecclesia in Europa”, w której po raz kolejny papież wskazywał na jedność chrześcijańskiej Europy i na ponadtysiącletnią przynależność do niej Polski.

Już od czasów krakowskich znane było otwarcie Wojtyły na świat naukowców i nauki bez oglądania się na ich światopogląd. Temu pozostał wierny również w Watykanie, organizując regularne spotkania z uczonymi z całego świata w swojej letniej rezydencji w Castel Gandolfo. To dzięki nim zapewne odwołał w 1992 r. potępienie Galileusza, a cztery lata później ogłosił aprobatę dla teorii ewolucji. Te gesty oznaczały zakończenie wielowiekowego konfliktu Kościoła katolickiego ze światem nauki.

Nie muszę wspominać otwarcia Jana Pawła II na dziedzictwo świata słowiańskiego, którego czuł się integralną częścią. Dokonał jego dowartościowania, ogłaszając w 1985 r. encyklikę „Slavorum apostoli” – przypomniał wielkie dzieło braci Cyryla i Metodego. Równie istotny był list apostolski „Orientale lumen”.

Choć nie do końca się zgadzam z entuzjastyczną interpretacją przypisującą polskiemu papieżowi zmianę systemu politycznego w naszej części Europy, to jego udział w złagodzeniu przejścia z systemów autorytarnych do demokracji jest niewątpliwy.

Już ten cząstkowy zestaw dokonań Jana Pawła II w pełni usprawiedliwia przyznawane mu tytuły wielkiego i świętego. I tylko mając je na uwadze, należy wyrazić żal, że nie udało mu się zapobiec prawdziwym patologiom. Zresztą mówił o nich kard. Joseph Ratzinger w poruszającej drodze krzyżowej w rzymskim Koloseum tuż przed śmiercią polskiego papieża. Wracał do nich w ciągu swego krótkiego pontyfikatu zamkniętego dramatyczną abdykacją w 2013 r. Zakładam, że są one powszechnie znane. Nie posłuchał mądrego przyjaciela A jednak obraz pontyfikatu Jana Pawła II byłby niepełny, gdybym nie wskazał na jego ewidentne słabości i zaniedbania. Do najważniejszych zaliczyłbym brak wnikliwego doboru najbliższych współpracowników i wiele chybionych nominacji biskupich oraz kardynalskich.

Kiedy obserwowałem z bliska politykę personalną polskiego papieża, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że zbyt dużą rolę odgrywało w niej polskie lobby, którego rozeznanie światowego Kościoła określiłbym jako ograniczone. Również wpływ coraz bardziej konserwatywnego w swych poglądach kard. Ratzingera okazał się wręcz fatalny. Dawanie posłuchu donosom teologicznym (ich ofiarą padł bardzo lubiany pisarz jezuicki Anthony de Mello), niechęć do wysłuchania racji teologów, którzy podnosili istotne problemy Kościoła, stały się źródłem rosnącego napięcia między wieloma środowiskami teologów i dykasteriami rzymskimi.

Lista teologów wciągniętych na unowocześniony „Indeks ksiąg zakazanych” i zmuszanych do milczenia lub wręcz pozbawianych katedr teologii jest zbyt długa, by ją tutaj przedstawiać. I nie wszyscy mieli szczęście jak pracujący w Niemczech Hans Küng, który pozbawiony prawa nauczania w 1979 r. mógł dalej pracować dzięki temu, że uniwersytet stworzył specjalnie dla niego katedrę teologii ekumenicznej. Podobnie równie wybitny teolog amerykański Charles Curran, gdy został pozbawiony prawa nauczania przez katolicki uniwersytet, znalazł zatrudnienie na uczelni innego wyznania.

Mniej szczęścia mieli teologowie wyzwolenia w Ameryce Łacińskiej, których za zaangażowanie na rzecz ubogich i wypracowanie nowej formy teologii spotykały prawdziwe szykany ze strony hierarchów. Wielu odchodziło z kapłaństwa, a nawet oddalało się od Kościoła.

Wybitny teolog Karl Rahner już na początku lat 80. mówił o czasie zimy, jaki nastał w Kościele po wiośnie soborowej papieża Jana XXIII. Nie tylko on. Można wręcz powiedzieć, że większość liczących się teologów próbujących nowej interpretacji doktryny spotykała się z podejrzliwością i niezrozumieniem. Ich symbolem stały się liczne przesłuchania belgijskiego jezuity Jacques’a Dupuisa za jego nowatorskie opracowanie teologii pluralizmu teologicznego. A ostatecznym przekreśleniem tego typu dokonań była cofająca katolicyzm do czasów przedsoborowych deklaracja „Dominus Iesus” z 2000 r. Wynikało z niej jednoznacznie, że zbawienie jest możliwe tylko w Kościele.

Wiemy dzisiaj, że taka dyscyplinująca polityka była niszcząca i wprowadziła atmosferę podejrzliwości, zastraszenia z jednej strony i zwykłego karierowiczostwa z drugiej. A co najważniejsze – nie była konieczna. Od 2006 r. (wtedy ukazał się jeszcze siłą rozpędu dokument krytyczny wobec Jona Sobrino, teologa wyzwolenia i przyjaciela błogosławionego bp. Óscara Romero) do dzisiaj żaden tego rodzaju inkryminujący teologów tekst się nie ukazał, natomiast sam Franciszek daje konserwatywnym i fundamentalistycznym teologom oraz publicystom wiele okazji do zgorszenia.

Chciałbym zakończyć polskim akcentem i zwrócić uwagę na fragment listu Stefana Swieżawskiego, przyjaciela i mentora Karola Wojtyły, z czerwca 1995 r., który brzmi jak komentarz do dzisiejszej sytuacji w Polsce:

„Widzę ogromne niebezpieczeństwo sojuszu władz kościelnych z prawicą, bo to jak gdyby w nasze czasy przeniesione przymierze Kościoła z Tronem! Wiemy dobrze, jak opłakane były i są tego skutki”.

Profesor dodawał: „Martwi mnie też bardzo forowany przez koła prawicowe model polityczno-kulturalny Polski. Jest to skrzyżowanie ideałów Sienkiewiczowskich z kontrreformatorskimi. A przecież nie XVII wiek i ówczesny sarmatyzm, lecz model Polski Jagiellońskiej powinien nas inspirować”.

No właśnie. Nie wiemy, co o tych uwagach przyjaciela myślał Jan Paweł II, choć można domniemywać, że się z nimi zgadzał, bo przy innych okazjach wielokrotnie dziękował Swieżawskiemu za dzielenie się troską o kształt katolicyzmu polskiego.

Szkoda, że wielki i święty Jan Paweł II nie korzystał z dobrych rad swego starszego kolegi. Zapewne Kościół i w Polsce, i na świecie wyglądałby inaczej, gdyby się nimi przejął głębiej niż sugestiami doradców wskazujących mu na czyhające zewsząd niebezpieczeństwa.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.