JAK URATOWAĆ WIECZÓR ZA POMOCĄ KORKOCIĄGU

W filmach klasy A i B są podobne budżety, często ci sami aktorzy. Ale film klasy A coś wnosi w nasze życie, zmienia myślenie, rozbudza emocje. Podobnie działa dobry dizajn

Gazeta Wyborcza - - PIERWSZA STRONA - Z TOMKIEM RYGALIKIEM* ROZMAWIA NATALIA MAZUR

NNATALIA MAZUR: Produkt zaprojektowany w oderwaniu od ludzkich potrzeb to…

TOMEK RYGALIK: Szczoteczka do zębów.

Hmm… wydaje się raczej niezbędna.

– Zajrzyjmy do drogerii: szczoteczki prężą się swoimi „ergonomicznymi” kształtami. Przypominają elektronarzędzia, mają gumowane uchwyty, żebyśmy myjąc zęby, nie zrobili sobie odcisków. Logiczne byłoby stworzenie szczoteczki bardzo prostej, która wyróżnia się jedynie jakością włosia. Ten wymyślny kształt ma jednak działać na podświadomość, sprawić, że wyciągniemy rękę po kolejny produkt. Kupujemy nową szczoteczkę, a starą wyrzucamy – małą, nierozbieralną bombę ekologiczną, której nie da się w żaden sposób wtórnie wykorzystać.

To jest problem: robimy rzeczy jednorazowe, nieprzemyślane lub z umyślnie krótką żywotnością. Projektujemy tak, by przedmioty dobrze wyglądały na półce sklepowej lub na stronie internetowej i sprawiały wrażenie bardziej zaawansowanych w stosunku do swojej ceny. Tak wygląda komercyjne projektowanie dla korporacji. Naszym odbiorcą jest wtedy nie człowiek, ale klient, konsument.

A od tego, jak zdefiniujemy odbiorcę, wiele zależy.

Możemy w nim widzieć klienta, nabywcę. Kogo jeszcze?

– Marketing widzi człowieka jako personę – wyobrażoną osobę o określonych cechach, którą trzeba odpowiednio podejść. Dizajner myśli o odbiorcy jako o użytkowniku: projektując, zwraca uwagę na ergonomię i funkcjonalność przedmiotu. Ale najwyższym stopniem wtajemniczenia jest projektowanie z myślą o człowieku, jego faktycznych potrzebach. Podam przykład: projektując grzejnik, możemy się zastanawiać, co zrobić, by urzekał formą i miał funkcje, o których nie pomyślała konkurencja. Ale możemy też zadać sobie pytanie: czemu w ogóle służy grzejnik? Skoro odpowiedź brzmi: dostarczaniu ciepła, to może należy się zastanowić, w jaki jeszcze sposób można to ciepło dostarczyć. Może grzejniki są nam w ogóle niepotrzebne? Może gdyby projektant był zaangażowany w proces na wcześniejszym etapie – tworzenia założeń – doszłoby do jakiegoś przełomu w branży ogrzewania? Może znalazłoby się niematerialne rozwiązanie problemu i zamiast produkować kaloryfery, zaczęlibyśmy się częściej przytulać, siadać bliżej siebie?

To, co mówię, to oczywiście abstrakcja. Chciałem tylko pokazać, że zamiast definiować autentyczne potrzeby, zajmujemy się nadprodukcją i nadkonsumpcją dóbr. Ten mechanizm sam się napędza. Każda firma chce mieć kolejny model, a poprzedni już jest gorszy od tego nowego. Kiedyś docenialiśmy kunszt wykonania i jakość, dziś jesteśmy ogłupiani wizerunkiem przedmiotów. Kiedy myślę o niektórych sprzętach, zastanawiam się, jak to możliwe, że tak zaawansowany świat używa tak nieprzemyślanych, prymitywnych rzeczy.

Czego na przykład?

– Korkociągu. Chcemy otworzyć wino. Atmosfera jest miła, może nawet romantyczna. I wtedy zaczynamy się mocować z butelką. Nastrój popada w ruinę. Oczywiście jest na rynku korkociąg, który z otwieraniem wina świetnie sobie radzi, tzw. korkociąg kelnerski. Ale jest też olbrzymia nadpodaż dóbr wątpliwej jakości wymagających siłowania się, sprawiających, że korek w całości lub części ląduje w winie, a my mamy pokaleczone palce.

Może projektanci tych fatalnych korkociągów myśleli o tej ukrytej potrzebie człowieka, jaką jest chęć pokazania siebie jako bohatera wieczoru dzielnie walczącego z przeciwnościami losu?

– Ciekawa hipoteza, ale nie sądzę. Widać, że projektanci myśleli o udogodnieniach, narzędzia powlekane są dodatkowym gumowaniem, bywa, że mają skomplikowane rozwiązania pneumatyczne. Niektóre są tak zaawansowane, że prawie lecą w kosmos.

Wytaczamy armaty, by osiągnąć drobną rzecz, a nie adresujemy sedna problemu. Bezmyślnie próbujemy mieć kolejny produkt na rynku, nie lepszy, ale inny.

Projektant jest zależny od zleceniodawcy, producenta, a ten z kolei musi rywalizować na rynku. Jeśli przestanie nas zadziwiać kolejnymi propozycjami, przepadnie. Jesteśmy w pułapce, zginiemy zasypani dziwnymi szczoteczkami.

– Z perspektywy projektanta jest przynajmniej kilka sposobów, by poradzić sobie z tym problemem. Pierwszy to całkowite zaprzestanie działalności. Victor Papanek, projektant i wykładowca akademicki, już w latach 70. pisał, że wobec problemu nadprodukcji i nadkonsumpcji wycofanie się jest najlepszą rzeczą, którą planiści, architekci, dizajnerzy mogliby zrobić. To radykalne rozwiązanie jednak nie zmieni świata, bo ci, którzy wypełnią lukę, będą kontynuować proceder, i to z mniejszym wyczuciem problemu.

Drugim sposobem jest kontestacja, dizajn krytyczny, bliski sztuce, rodzaj aktywizmu służący propagowaniu projektowania zrównoważonego. Problem z aktywizmem jest taki, że słuchają nas ci, którzy chcą nas usłyszeć, którzy już myślą tak jak my. Bardzo dużo energii potrzeba, by dotrzeć do tych, którzy myślą inaczej.

Kolejny sposób: budowa nowej, alternatywnej gospodarki. To już się dzieje, jej projektanci tworzą własne przedsięwzięcia, żyją w prosty, zrównoważony sposób. Uciekają do Tybetu, w Bieszczady, wytwarzają swoje wyroby, wymieniają się z innymi. Pozostają w niszy o niewielkiej sile oddziaływania, ale przynajmniej nie mają dylematów moralnych. Wspomnieć trzeba o edukacji, istotnej niezależnie od tego, którą z dróg wybierzemy.

Ja zdecydowałem się na czwartą drogę: uczestniczenie w procesie tworzenia dóbr w sposób możliwie najbardziej świadomy. Nie staję się częścią problemu, ale też nie uciekam, nie odcinam się od niego. Liczę się z tym, że nie zmienię świata całkowicie – chyba że będę miał szczęście i wprowadzę jakąś radykalną innowację, co też się zdarza – ale po prostu z rozmysłem podejmuję decyzje projektowe. Chcę robić mniej rzeczy, robić je lepiej, a nie tylko inaczej. Nie chcę zajmować się dizajnem konsumenckim ani nawet tym stricte użytkowym, tylko postrzegam odbiorcę jako człowieka w szerzej pojętym świecie.

Nie deprecjonuję innych dróg. Ale projektując produkt, który sprzedaje się w tysiącach sztuk, już mam jakiś wpływ, jakiś wkład. To nic nowego. Zawsze byli projektanci dążący do tego, by dostarczać człowiekowi jak najlepsze produkty, zrównoważone, cyrkularne w kontekście gospodarki zasobami Ziemi, oparte na zasadzie „from cradle to cradle” – od kołyski, do kołyski – w myśl której koniec produktu jest początkiem czegoś nowego. Dziś jednak szczególnie wyraźnie widzimy negatywny wpływ człowieka i galopującej konsumpcji na środowisko, widzimy to w smogu, w zmianach klimatycznych, w torebkach, które pływają w oceanie i duszą ryby. Świadomość, którą mają projektanci, zatacza coraz szersze kręgi, kolejni ludzie stają się ogniwem zmian.

Jak to się odbywa?

– Ludzie są coraz bardziej doświadczonymi konsumentami. Widzą, ile rzeczy wyrzucili, bo były badziewne, ale cena w zestawieniu z liczbą funkcji i wygibasami formy wydawała się kusząca. Wybierają roztropniej. Zdają sobie sprawę z tego, że tańsze jest droższe. Ja sam staram się w każdej kategorii znaleźć tę najlepszą rzecz. To także moja zawodowa odpowiedzialność, bo sam chcę robić rzeczy coraz lepiej.

Kiedy umawialiśmy się na tę rozmowę, zgadaliśmy się, że używamy tego samego fotelika niemowlęcego. Ten mój przywędrował z Nie-

miec, gdzie kołysał dzieci przyjaciółki. I jestem pewna, że pobuja jeszcze wiele niemowlaków.

– Najlepszy dizajn to dizajn trwały, który nie wypada ani z mody, ani z użytku. Wnosi dodatkową wartość. W filmach klasy A i B są podobne budżety, często ci sami aktorzy. Ale film klasy A coś wnosi w nasze życie, zmienia myślenie, rozbudza emocje. Podobnie działa dobry dizajn. Wspomniany fotelik jest prosty, ale niezwykle przemyślany. Sposób, w jaki buja się i sprężynuje, naprawdę uspokaja dziecko. Projektant wyszedł poza obszar ergonomii i funkcjonalności i zaadresował szerszą potrzebę: jakość życia młodych rodziców. Mama lub tata uzyskuje dzięki niemu coś, co jest niebywale przydatne: parę rąk. Gdy jednak mówię o dobrym dizajnie, wolę podawać inny przykład.

Zamieniam się w słuch!

– Spinacz biurowy. Był zainspirowany kluczem wiolinowym do spinania nut. Ma wszystkie cechy dobrego dizajnu: jest atrakcyjny, opłacalny i wykonalny. Zamykamy oczy i na hasło „spinacz” wszyscy widzimy to samo. To tylko kawałek drutu zawiniętego w odpowiedni sposób, ale – choć wielu próbowało – nikt nie wymyślił lepszej metody spinania papieru.

Albo parasol. Ten czarny, bo jest najbardziej uniwersalny, nie brudzi się, więc jest trwały. Wszyscy prawie myślimy o tym z wygodną, zawiniętą rączką. Oczywiście technologia się zmienia, używamy coraz mniej papieru i pewnie kiedyś wymyślimy coś innego do ochrony przed deszczem i słońcem. Ale w tym momencie oba przedmioty są absolutnymi faworytami w swoich kategoriach.

Inaczej mówiąc: jeśli używamy spinaczy, to prawdopodobnie najlepszych na świecie? Ale do życia potrzebujemy czegoś więcej. Co jeszcze pan odkrył?

– W większości kategorii znajdziemy obiektywnego faworyta. Używam np. jednej, bardzo konkretnej kawiarki, takiej, którą stawia się na palniku. Richard Sapper zaprojektował ją dla marki Alessi. Przebija archetyp, którym od zawsze był Bialetti: aluminiowa kawiarka o przekroju wielościanu. Ta archetypowa czasami się jednak zapieka i trudno ją otworzyć, nagrzewa się plastikowa rączka. Sapper rozwiązał te problemy – rączka jest klamrą, która zamyka kawiarkę, nie trzeba jej rozkręcać. Dzióbek lepiej odcina płyn: kawa przy nalewaniu nie leje się po naczyniu. Forma wynika z optymalnego przełożenia powierzchni grzewczej na ciśnienie wewnątrz. Miałem okazję używać różnych kawiarek i zastanawiam się, po co one tak naprawdę powstają. Jedynie konfundują konsumenta, a gdzieś za miastem piętrzy się góra wyrzuconych kawiarek. Doceniam bardzo, że Richard Sapper z taką wnikliwością wszedł w potrzeby użytkownika, któremu rytuał parzenia kawy ma sprawiać przyjemność. Musimy być wymagający wobec rzeczy, bo życie jest za krótkie na niedobrą kawę.

Jak rozpoznać, czy płacąc więcej, zyskamy coś lepszego, czy zapłacimy tylko za markę i niepotrzebne bajery? Jak rozpoznać dobry dizajn?

– Kluczem może być podglądanie świata profesjonalnego. Proszę zwrócić uwagę, z jakimi walizkami podróżują piloci, jakich noży i desek do krojenia używają szefowie kuchni. Warto sięgać po najlepsze rzeczy, bo one są na lata, a gdy zrobimy rachunek, okaże się, że w czasie, w którym używaliśmy porządnego noża, wyrzucilibyśmy cztery kiepskie.

Ekspertami od przestrzeni domowej są często architekci. Przesiąkli pewnego rodzaju poczuciem jakości, odróżnią subiektywną estetykę, opartą na gustach i trendach, od uniwersalnej, która nie wypada z mody. Jako projektant produktów do wnętrz dostrzegłem, że rozwiązania stosowane w domach są na zupełnie innym, dużo niższym poziomie niż te oferowane na rynku profesjonalnym. Siedziska, lampy, elementy wykończenia projektowane do lobby hotelowych, biur, restauracji,

na lotniska są zaprojektowane zupełnie inaczej. Liczy się uniwersalność wzornicza, uniwersalność ergonomiczna, trwałość, dzięki której sprzęty przetrwają próbę sił w kontakcie z tysiącami odbiorców. Nie wyobrażam sobie, by na lotnisku zamiast kamienia na posadzce położyć panele. Samochody użytkowe też przejadą więcej kilometrów niż te konsumenckie.

To chyba nie znaczy, że mamy przesiąść się do dostawczaków i zastąpić wykładzinę kamieniem?

– Ale na pewno warto, byśmy zadawali sobie więcej pytań, posługiwali się gęstszym sitem i nie kierowali się wyłącznie ceną.

Jako projektant próbuje pan stworzyć nowy spinacz?

– Zaprojektowałem ostatnio kilka przedmiotów o ponadczasowym charakterze. Taki jest zamysł całej kolekcji Tre Product opracowanej przez twórców z całego świata pod moją kuratelą. Są w niej stolik i krzesło – w bardzo podstawowej kolorystyce. Są trwałe, zrobione ze stali ocynkowanej, żeby nie rdzewiały. Nie mają nas zadziwiać formą, tylko służyć przez lata, nie wypadać z użytku ani z mody. Krzesła się sztaplują, czyli wchodzą jedno w drugie, jak te używane w przestrzeniach publicznych. Przedmiotów w kolekcji jest więcej. Proste formy są starannie wykonane z właściwych, naturalnych materiałów. W śrubokręcie metalowa część nie odpadnie od rączki, bo całość jest zrobiona z jednego kawałka. Podpatrywaliśmy świat profesjonalny: karaf ki wyglądają jak szkło laboratoryjne, mają podziałkę ułatwiającą precyzyjne odmierzanie płynów.

Zwykle w tym celu trzeba kupować osobny dzbanek niesłużący niczemu innemu. A przecież taka podziałka na karafce nikomu nie przeszkadza.

– To jest rodzaj konia trojańskiego wpuszczonego do świata konsumpcji. Dajemy ludziom takie rzeczy, by czegoś innego już nie wybrali. Zależało mi, by wywołać reakcję: „Dlaczego wcześniej nikt czegoś takiego nie wymyślił?”.

Chciałbym, żeby te sprzęty za 150 lat mogły się znaleźć na pchlim targu. I żeby służyły tak samo jak dzisiaj i wczoraj. One są takimi spinaczami biurowymi we wnętrzu. +

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.