Legutko w „Rzeczpospolitej”: „Nasze ministerstwo zablokowało podręcznik tylko z powodu zdania »Mama krząta się po kuchni«. Kiedyś nie wolno było kwestionować przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, a dziś nie wolno napisać o mamie, że krząta się po kuchni”

Gazeta Wyborcza - - WYDARZENIA -

towana – ale i tak wprawił biskupów oraz dużą część elektoratu w osłupienie.

To właśnie on rozpoczął w MEN prace nad projektem posłania sześciolatków do pierwszej klasy. W starym programie PiS można przeczytać: „Prawo i Sprawiedliwość uważa za zasadne obniżenie wieku rozpoczynania szkoły podstawowej od szóstego roku życia. Jednocześnie opowiadamy się za pozostawieniem dotychczasowej struktury szkolnej: sześcioletniej szkoły podstawowej, trzyletniego gimnazjum oraz trzyletniego liceum”. W tym kontekście zabawnie brzmi Legutko z 2016 roku strofujący Związek Nauczycielstwa Polskiego za zmianę zdania i obronę gimnazjów: „Trzeba się na coś zdecydować!”.

Na pytanie „Wyborczej”, czy nauczyciel homoseksualista może uczyć w szkole, odparł: „Obowiązują w Polsce pewne standardy. O ile wiem, przy naborze do zawodu nauczyciela nikt nie sprawdza, co ten pan czy pani poza godzinami pracy robi w swoim domu lub w swojej sypialni”. O wieszaniu krzyży w klasach mówił: „Jeśli będzie taki spór – w konkretnej klasie, w konkretnym miejscu w Polsce – to nie należy go rozwiązywać pryncypialnie, bo nie ma takiego pryncypium, z którego by przekonująco wynikało: tak, wolno wieszać krzyże, albo: nie, nie wolno. Takie rzeczy można uzgadniać na zasadzie konsensusu. Jestem zwolennikiem zdrowego rozsądku, roztropności i umiaru”.

Kilka lat później zmienił zdanie. Jesienią 2009 roku maturzyści z XIV LO we Wrocławiu poprosili dyrektora o usunięcie symboli religijnych z sal. Nawiązali do wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który uznał, że są naruszeniem wolności sumienia. Legutko, wówczas europoseł z okręgu wrocławskiego, nazwał uczniów „rozwydrzonymi smarkaczami”, a ich działania „typową szczeniacką zadymą”. Dwoje z nich – Zuzanna Niemier i Tomasz Chabinka – pozwało go. Profesor zasłaniał się immunitetem. Sprawa dotarła do Sądu Najwyższego, który po pięciu latach orzekł, że polityk, zwłaszcza gdy jest filozofem i profesorem UJ, nie może naruszać godności osób, które krytykuje. Nawet młodszych o 40 lat. Sędziowie nakazali europosłowi przeprosić licealistów.

– Nie ma żadnej sprzeczności w moim postępowaniu. Ciągle twierdzę, że takie rzeczy można i należy załatwiać przez kompromis i porozumienie. Ale właśnie we Wrocławiu stało się coś odwrotnego. Pod pretekstem wyroku Trybunału dotyczącego konkretnej sprawy we Włoszech troje uczniów zażądało usunięcia krzyży w szkole. Czy to jest krok kompromisowy, że trójka młodocianych chce narzucić poglądy całej reszcie? Natychmiast media i antyklerykalne mądrale zrobiły z nich celebrytów i pieszczoszków – kwituje dziś Legutko. Tymczasem we wrocławskiej szkole odbyła się – na wniosek tych samych młodych ludzi – debata. Krzyże zostały na miejscu.

W 2007 roku profesor minister nie zdążył dokończyć swojej zdroworozsądkowej reformy. PiS przegrał wcześniejsze wybory. Legutko znalazł się na politycznym aucie, bo nie zdobył też ponownie mandatu senatora.

Wtedy wziął go do swojej kancelarii prezydent Lech Kaczyński. Dwa lata później Legutko zdobył mandat do Parlamentu Europejskiego i został w nim na dobre. W 2009 roku zdobył 64 tys. głosów, w 2014 roku – już 81 tys.

Ryszard Legutko zgadza się na rozmowę, choć – jak podkreśla – środowisko „Wyborczej” uważa za wyjątkowo szkodliwe. O życiu prywatnym nie rozmawiamy, bo profesor chce je chronić. Dyskutujemy przez telefon półtorej godziny i nie jest to łatwa wymiana zdań. Na moją uwagę, że żyje w dwóch światach jednocześnie – w jednym wyrafinowanym, w drugim pełnym brutalności, od której sam nie stroni – odpowiada tak:

„Nie jestem schizofrenikiem. Gdy zajmuję się filozofią starożytną, to wyłączam inne aktywności. A życie polityczne ma inny wymiar. Siłą rzeczy publicystyka, wystąpienia polityczne czy wywiady mają w sobie dużo ognia, może czasami za dużo. Ale rządzi tą sferą określona poetyka, natomiast jeśli ja miałbym dzielić scenę na lewą i konserwatywną, to przy wszystkich błędach, przesadach retorycznych i wpadkach tej drugiej trzyma ona jednak pewien poziom intelektualny i klasę. To druga strona doprowadziła do niebywałego schamienia sfery publicznej i był to przecież główny nurt polskiej polityki. Ja zresztą staram się mitygować. Cechuje mnie niebywała wstrzemięźliwość. Aż sam się sobie dziwię”. Jako głównych winowajców „schamienia” wymienia Stefana Niesiołowskiego i Janusza Palikota, szczególnie po katastrofie smoleńskiej.

W rozmowie wciąż przewija się problem definicji „buractwa” w polityce. Gdy pytam o brutalne wypowiedzi Krystyny Pawłowicz, Legutko je bagatelizuje: „To inna historia, prof. Pawłowicz zbyt emocjonalnie reaguje na rozmaite zjawiska i natychmiast to komentuje na Twitterze”.

– Różnica polega na tym, że Palikot jest poza polityką, a Niesiołowski na jej obrzeżach, Pawłowicz zaś jest na froncie, jest wizytówką PiS – odpowiadam. Cytuję: „Nie potrafi otworzyć mordy bez obrażania” – to do Kamili Gasiuk-Pihowicz z Nowoczesnej w komisji sejmowej. „Spierd...j” – to do posła Marka Balta z SLD. O opozycji: „Lewackie chamstwo robi chlew”.

– Nie będę bronił jej niektórych wypowiedzi. Ja takich narzędzi jak Twitter nie używam, bo są z tego punktu widzenia zdradliwe – odpowiada profesor.

Legutko swoich przeciwników też traktuje bez taryfy ulgowej. W jego tekście na Niezależna.pl Bronisław Komorowski występuje jako „prostak”, „maestro świniowatości” i „świniowaty marszałek”. Były prezydent „obciachem może obsłużyć połowę polityków europejskich”. Legutko przyznaje, że z tą słynną wyprawą do Japonii, na której temat w sieci skutecznie rozpowszechniono kłamstwo, jakoby Komorowski wszedł na krzesło, to może była przesada, ale przecież było tyle innych wpadek.

Gdy przypominam, jak wypowiadał się o Komorowskim, choć sam się kiedyś oburzał na inwektywy wygłaszane pod adresem Lecha Kaczyńskiego, odpowiada: – Określenia „prostak”, „maestro świniowatości” w moim tekście nie padły. To swobodna twórczość redakcji we stawianiu śródtytułów stosowana, niestety, przez wszystkie redakcje. Wypowiedź moja brzmiała: „Po roku 2007 został marszałkiem Sejmu i do tej pory bywa przez posłów wspominany jako najbardziej małostkowy i złośliwy, a mówiąc dosadniej, najbardziej świniowaty marszałek Sejmu w historii III RP, nawet bardziej świniowaty od Radosława Sikorskiego, który w tej konkurencji jest przecież wyjątkowo mocnym zawodnikiem”.

Dodaje, że słowo „świniowaty” opisywało zachowania Komorowskiego jako marszałka, bo taki był w stosunku do posłów opozycji, nawet w sprawach błahych.

Kiedy przypominam, jak Jarosław Kaczyński woła do opozycji w Sejmie: „mordy zdradzieckie” i „kanalie”, profesor tłumaczy: – To był wybuch na skrajnie bezczelne używanie osoby Lecha Kaczyńskiego jako pozytywnego przykładu, a używali tego chwytu ci, którzy najbrutalniej atakowali prezydenta, gdy żył. Polityków dzisiejszej opozycji, którzy nie wypowiadają się jak Niesiołowski, można policzyć na palcach jednej ręki. Inni wydają z siebie nieustanny bluzg.

Legutko nie ma dobrego zdania o przeciwnikach w żadnej dziedzinie. Gdy protestują przeciwko łamaniu konstytucji i mówią o tym także w Brukseli, komentuje dla portalu wPolityce.pl: „Opozycji zostaje staczanie się na pozycję targowicy”.

Przypominam profesorowi jego słowa sprzed kilku lat, gdy PiS skarżył się na rząd Tuska w Parlamencie Europejskim w sprawie śledztwa smoleńskiego, ordynacji do Senatu czy rzekomego sekowania przez władze Telewizji Trwam. – Mam nadzieję, że nie ulegnie pan pokusie, aby ograniczyć demokratyczną debatę, posługując się argumentem, że kto krytykuje rząd w czasie polskiej prezydencji, ten szkodzi krajowi i Europie. Zamykanie ust konkurentom nie jest w Europie akceptowane – mówił Legutko w 2013 roku do Tuska w PE.

Odpowiada, że wtedy sytuacja była zupełnie inna: – Roztrząsanie narodowych spraw to normalna praktyka w Parlamencie Europejskim, natomiast walka z własnym rządem i dążenie do jego obalenia – już nie. Nigdy nie domagaliśmy się, aby instytucje europejskie przejęły funkcje polskich władz.

Dawni koledzy kąśliwie komentują bezkrytyczny stosunek profesora do PiS. – Ryszard zasmakował wystawnego życia jako europoseł.

Mandat w europarlamencie jest z tego punktu widzenia atrakcyjny. Z oświadczenia majątkowego deputowanego wynika, że ma 50 tys. euro oszczędności i 800 tys. zł w papierach wartościowych. Dom – 300 m kw. – dwa mieszkania i działkę budowlaną. Dochód z tytułu zasiadania w PE to rocznie ponad 100 tys. euro brutto.

– Ale to ma cenę. Weźmy choćby to, że z założenia nie jest klerykałem, nawet jeśli jest wierzący. Ten człowiek nie pasuje do PiS, ale się dopasował – mówi były działacz PiS.

Koledzy Legutki z innych niż Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy europarlamentarnych frakcji uważają, że mandat i stanowisko szefa delegacji PiS to dla niego czysta synekura. Wypomniała mu to przed poprzednimi wyborami do PE europosłanka PO Róża Thun: „Jeżeli ktoś przez pięć lat nie opracował żadnego prawa europejskiego, to może dobrze by było, aby taki talent filozoficzny nie marnował się w Parlamencie Europejskim”. I dodała: „Nikt nie mówił, że będzie lekutko”.

– Profesor to wybitna sprawność intelektualna, jego wystąpień wygłaszanych nienaganną angielszczyzną słucha się z przyjemnością, lecz ich wykwintna forma jest zwykle pozbawiona treści mających wpływ na debatę. Aktywność Legutki w europarlamencie jest równie marginalna jak aktywność frakcji konserwatystów, do której należy – oceniał europoseł Jacek Saryusz-Wolski w „Newsweeku” w 2014 roku, kiedy jeszcze był daleko od PiS.

– Nie wiem, o co chodzi z tą „realną pracą” – odpowiada profesor. – Są komisje legislacyjne i nielegislacyjne. Ja jestem członkiem komisji spraw zagranicznych, która nie zajmuje się tworzeniem przepisów. A poza tym jestem współprzewodniczącym, a realnie przewodniczącym trzeciej największej grupy w parlamencie – i tym drugim jest Brytyjczyk, który wraz z kolegami już się pakuje – co jest bardzo ważnym i wysokim stanowiskiem. Proszę mi wierzyć, na brak realnych zajęć nie narzekam.

Zresztą Kaczyński nie po to wysyłał Legutkę do Parlamentu Europejskiego, żeby naprawiał przepisy. On ma dawać ideową, intelektualną oprawę polityce PiS, a nie dłubać w paragrafach. Jest potrzebny do delikatnych misji dyplomatycznych, by swoją nienaganną angielszczyzną absolwenta filologii na Jagiellonce wspierać prezesa PiS podczas spotkań na najwyższym szczeblu. Towarzyszył Kaczyńskiemu podczas spotkania z kanclerz Merkel. Według izraelskich mediów wraz z europosłem Tomaszem Porębą, najważniejszym spindoktorem w partii, prowadził ściśle tajne negocjacje w sprawie nowelizacji ustawy o IPN, aby doprowadzić do zakończenia międzynarodowego konf liktu kompromitującego rząd, który, jak pisały zagraniczne media, „zamyka usta historykom i wybiela przeszłość”.

Ale Legutko jest dla Kaczyńskiego kimś więcej niż zaufanym doradcą i intelektualnym zapleczem. Przyjacielem to może za dużo powiedziane, ale na pewno jednym z nielicznych ludzi, których prezes uznaje za intelektualnych pobratymców i partnerów do szczerej rozmowy. Kaczyński bywał nawet u Legutki w domu pod Krakowem.

Tych specjalnych relacji koledzy z PiS bardzo profesorowi zazdroszczą. Cierpko komentują, że „Ryszard zaspokaja u prezesa silną potrzebę komunikowania się z elitami, przez które, jak wierzy Jarosław, był tyle lat odrzucany”.

– Kiedy pan profesor poznał prezesa Kaczyńskiego?

– We wczesnych latach 90. Polityka stała się wówczas kalką tego, co można było wyczytać w liberalnych mediach zachodnich. W nim widziałem człowieka, który jest intelektualnie samodzielny. Nasze relacje są nadal świetne. Bardzo lubię i cenię pana prezesa, jest fascynującym konwersantem.

Kaczyński poważa Legutkę tak bardzo, że od dawna widział go w fotelu szefa MSZ. Niesamodzielnego Waszczykowskiego wystawił na strzał, kiedy profesor odmówił.

Złośliwi koledzy komentują, że nie chciał rezygnować z komfortowych warunków pracy. Życzliwsi – że nie chciał, ale po to, żeby spokojnie dokończyć dzieło życia „Sokrates. Filozofia męża sprawiedliwego”.

– Dla filozofa napisanie książki o Sokratesie to jak dla aktora rola Hamleta – zauważa sam profesor. Książkę pisał przez niemal 20 lat. Zebrała bardzo dobre recenzje.

Pytam Legutkę o spór z wrocławskimi maturzystami. W ten sposób przerobimy od razu kwestię reformy wymiaru sprawiedliwości – kolejną wśród działań PiS, która powinna bulwersować konserwatywnego filozofa państwowca.

– Mój proces ze „smarkaczami” to osobna historia. Jakość argumentacji sędziów we wszystkich instancjach była tak żałosna, że można to tłumaczyć albo niskim poziomem wykształcenia sędziów, albo skrajną stronniczością, albo połączeniem jednego i drugiego.

Zdanie profesora o sądach jest bardzo krytyczne. Popiera bezwzględnie wszystko, co robi partia rządząca: – Sędziowie przyzwyczaili się do władzy absolutnej, która jak każda władza absolutna demoralizuje absolutnie. Dlatego coraz większa liczba skandalicznych, arbitralnych wyroków. Tego się nie da łatwo zmienić. Jakimś sposobem może być coś w rodzaju parytetu różnych środowisk i orientacji – wyjaśnia profesor. – Bo teraz stan sędziowski jest zdominowany przez ludzi o poglądach liberalnych i lewicowych.

A co z zarzutami, że PiS łamie konstytucję? Absolutnie nie łamie. – Wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans zachowuje się i mówi jak przełożony polskich instytucji i polskiego państwa, jak dyktator. (...) Mówi, że nie wolno nam przenieść sędziów w stan spoczynku. A skąd on to wie? Akurat konstytucja polska przewiduje coś takiego. Czy to się odnosi do tej sytuacji, czy innej – to już skomplikowana materia prawna. Tymczasem Timmermans przychodzi i mówi: „Nie, taka jest wykładnia polskiej konstytucji, tego wam robić nie wolno”. On zachowuje się jak konstytucyjno-prawny chuligan” – wyjaśniał Legutko w telewizji Republika.

11 lat temu swój sceptycyzm wobec religii wliczanej do średniej na świadectwie uzasadniał właśnie ustawą zasadniczą: „Mam wątpliwości, czy to jest zgodne z konstytucją”. Bo „na mocy konkordatu istnieje autonomia Kościoła. Natomiast w kwestii średniej Kościół – z własnej woli – od tej autonomii odchodzi”.

O podobne sprzeczności pytano Legutkę już na samym początku romansu z polityką. „Jak pan godzi etos intelektualisty – osoby krytycznej i wyczulonej na nadużycia władzy – z przynależnością do PiS?” – indagował w „Wyborczej” Adam Leszczyński.

– Przekonanie, że intelektualista ma być „krytyczny”, to pozbawiony sensu frazes. Intelektualista ma dobrze rozpoznać rzeczywistość. „Krytyczny” może być każdy; opisać i zrozumieć rzeczywistość potrafi niewielu – odparł Legutko. I wyjaśnił, że „krytycyzm stał się dzisiaj w dużym stopniu wehikułem bezmyślności: im kto wie mniej, tym jest bardziej krytyczny”.

W przerwach między wizytami w Strasburgu i Brukseli, spotkaniami z Kaczyńskim i występami w prawicowych mediach profesor pracuje już nad kolejną książką, tym razem o presokratykach.

Pierwsi filozofowie, poprzednicy Sokratesa, zajmowali się – w dużym skrócie, ryzykując „niezaliczony” w indeksie od profesora – etyką. Ale to nie znaczy, że zatrzyma się walec jadący po sądownictwie, samorządach, szkole, przyrodzie. Bo przecież Heraklit, jeden z najsłynniejszych presokratyków, głosił: „Panta rhei”.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.