Indie

ODNALEŹĆ SIEBIE Potrafią dać w kość. Prażą upałem, męczą monsunem, zaczepiają miliardem rąk. A jednak, pod wieloma względami, Indie to najlepsze, co może nas spotkać

Podróże - - Pierwsza Strona - TEKST MICHAŁ SZABLEWSKI ZDJĘCIA KAROLINA TOMAS

Monsun, cud świata i leniwy nurt świętej rzeki, której nic nie zdziwi

Pierwszy poranek w Indiach. Wychodzę, jest zupełnie ciemno, potykam się o krowę. Czemu krowa leży w drzwiach hotelu, myślę sobie, bo jeszcze cokolwiek jest w stanie mnie zdziwić. Wymijam ją z przepraszającą miną, ona patrzy na mnie jak na wariata. Gdy mój but ląduje w rwącym potoku błota, który wczoraj był ulicą, dociera do mnie, dlaczego krowa chowa się w wejściu. A więc to jest ten monsun. Wstałem wcześnie, bo chcę pojechać do Agry i zobaczyć Tadż Mahal, a jedyny pociąg, na który były jeszcze bilety, odjeżdża skoro świt. Idę w nieludzkim deszczu Main Bazar Road, główną arterią starego Delhi. W końcu, wyglądając, jakbym ostatnie 10 lat tkwił w ubraniu pod prysznicem, docieram na dworzec kolejowy. Milion ludzi, sto pociągów, nikt nic nie wie. Stoję z oczami wielkimi jak pięciozłotówki i powoli zaczynam się uśmiechać. Będzie zabawnie. Może znajdę właściwy pociąg, a może zły i wywiozą mnie do Kaszmiru, Bangladeszu czy innego Nepalu. Mają tu miły zwyczaj wywieszania na wagonach list z nazwiskami pasażerów. Spróbuję odnaleźć siebie w Indiach – to podobno bardzo modne. „ Szabeski” to pewnie ja, czyli jedziemy do Tadż Mahal. Podróż, jak na warunki indyjskie, niedługa.

Na dworcu w Agrze spokojnie, a przed nim entropia: wszędzie taksówkarze, wszyscy chcą mnie podwieźć, policjanci próbują nad nimi zapanować czułymi dotknięciami bambusowych pałek. Cierpliwie przedzieram się do punktu opłacanych z góry taksówek i kupuję kurs do centrum.

W hostelu rzucam plecak na łóżko i spragniony widoku na cud świata wspinam się na taras. Mój pierwszy raz z Tadż Mahal przypada na potknięcie się o ostatni schodek, prowadzący do restauracji na dachu. Kelner dyskretnie parska śmiechem, kilka znudzonych małpek obraca pyszczki. Przetarłszy kolana, staję na wyprostowanych nogach. A więc to jest Tadż Mahal. Pierwsze wrażenie robi się tylko raz. Mauzoleum z białego marmuru wieńczy kopuła otoczona czterema minaretami. Cesarz Szahdżahan wybudował je dla swojej ulubionej, drugiej żony, która zmarła przy porodzie czternastego dziecka. Dwadzieścia tysięcy robotników, ponad 20 lat pracy, dziś budowa kosztowałaby prawie

Trzech mędrców sadhu znika w mroku i jeszcze tylko chwilę Ganges powtarza ich modlitwę cichym echem

miliard dolarów. Jest co zwiedzać – bogato zdobione wnętrza, podcienie, ogrody. Po rzece suną łódki pełne Azjatów z aparatami o długich obiektywach, przed mauzoleum zakochane pary całują się tak, aby na zdjęciach intymną przestrzeń pomiędzy ich oczami wypełniał cud świata. Jest zjawiskowy. Ponoć wszystkim budowniczym przycięto kciuki, by już nigdy nie stworzyli nic równie pięknego.

Kożuch i białka. W Agrze odwiedzam jeszcze Czerwony Fort i ruszam w dalszą drogę, do świętego miasta wielu imion: Waranasi, Benares, Kashi. Na pociąg z Agry nie ma już biletów. Najwyraźniej miliony indyjskich obywateli postanowiły właśnie tego dnia wybrać się spod Tadż Mahal nad Ganges. Kasjer proponuje podróż z Tundli, miejscowości położonej nieopodal Agry. Z biletami wychodzę na ulicę, spoglądam na mężczyznę stojącego przy rikszy. On łapie mój wzrok i trochę mnie tym przeraża – ma tylko jedno oko i jakoś nie możemy się w tej grze spojrzeń połapać. Podchodzi kulawym krokiem, a ja się pocę, nie tylko od upału, ale i ze strachu, że mam się z tym człowiekiem targować. Na szczęście rzuca stawkę, która nie zwala z nóg. Jedziemy. Na dworcu w Tundli są niby dwa tory, ale cały peron obsiadły krowy. Setki szczurów przechadzają się po wiatach tuż nad moją głową. Słyszę, jak piszczą, przepychając się po nieznanych mi szczurzych ścieżkach. Czekam. Mija godzina odjazdu, pięć minut, potem dziesięć, nic nie nadjeżdża. Nagle na stację wtacza się kilka pociągów naraz, ktoś wskazuje mi właściwy, wchodzę do przedziału, odnajduję swoją kuszetkę. Wkładam kolejne warstwy ubrań – założę się, że gdzieś w indyjskim ministerstwie transportu wisi hasło: „Klima zobowiązuje!”. Zmarznięty wysiadam w Waranasi, mieście położonym ponoć na trójzębie Sziwy. Zostawiono to miejsce samemu sobie i pozwolono mu trwać równie leniwie, jak leniwy jest tutaj nurt Gangesu. Rzeka spowalnia, jakby chciała się przyjrzeć wszystkiemu, co niesie stąd aż do Zatoki Bengalskiej. A zabiera rzeczy doprawdy niecodzienne. Święte Miasto, święte zwierzę, święta rzeka – wszystko tu obraca się wokół świętości, niczym bęben rewolweru, by w końcu wypalić prochem wprost w muliste wody. Jak mówi obwożący mnie łódką wioślarz, najszczęśliwszy jest ten, kto umrze w Waranasi, a jego spopielone ciało trafi do rzeki. Kończąc opowieść, nabiera w dłoń wody i płucze nią usta, odsłaniając pięciolinię zapisaną nutami krzywych zębów. Patrzę na ciągnące się na brzegach ghaty, szerokie schody prowadzące do Gangesu. Na niektórych gra się w krykieta, na innych pali ciała. Religijni hindusi niekiedy całe życie oszczędzają na drewno do kremacji. Dwieście pięćdziesiąt kilogramów opału i trzy godziny – podobno tyle trzeba, aby obrócić się w proch. Nie wszystkich na to stać. Obserwuję, jak do rzeki wrzucane są niedopalone resztki tych, których rodziny kupiły nie dość drew. Zdarzają się i całe ciała, bo nie wszyscy wymagają oczyszczenia płomieniami – nie spala się mędrców sadhu, kobiet w ciąży czy ukąszonych przez węże. Wychylam się przez burtę. Na powierzchni rzeki unosi się kożuch z popiołu, nieopodal przepływa sporej wielkości kształt owinięty w tkaninę. Mój Charon z uśmiechem powiada, że zwłoki sadhu obciąża się kamieniem, ale cóż, czasami wypływają. Później, już z hotelowej werandy, obserwuję tę kawalkadę życia przy rzece, płynnym cmentarzysku: kobiety robiące pranie, bydło pojone u brzegów, tysiące osób pogrążonych w rytualnych ablucjach. Dzieci popisują się akrobatycznymi skokami do wody, obok rozpoczyna się codzienna ceremonia ku czci któregoś z wielu bóstw. W mieście znów zabrakło prądu i wraz z zapadającym zmierzchem wszystko skrywa się w ciemnościach. Gdy wydaje mi się już, że jestem w Waranasi zupełnie sam, słyszę dzwonki. Trzech ubranych na pomarańczowo sadhu, wędrownych ascetów oderwanych od doczesności, idzie gęsiego nabrzeżem, szepcząc modlitwy. Opieram się o balustradę i patrzę z zaciekawieniem. Naraz w ciemności łypią na mnie oczy ostatniego mędrca w szeregu – zmęczone, stare białka, które nigdy nie zetną się w świętym ogniu. Potem mężczyźni znikają w mroku i jeszcze tylko chwilę zdaje się, że Ganges, pochwyciwszy ich modlitwę, powtarza ją cichym echem. Dopijam kingfishera i kładę się spać. Leżąc w łóżku, pod błagającym o prąd wiatrakiem, dochodzę do wniosku, że mamy z rzeką coś wspólnego. Nic nas już tutaj nie zdziwi.

Różowe lamborghini o włos mija wycieńczonego rikszarza na ulicy żywcem przeniesionej z Londynu

Królowa Wschodu. Nazajutrz jednak zdumiony obserwuję, jak na starym radzieckim autobusie układane są kolejne piętra worków z herbatą. Upewniwszy się, że to mój pojazd, kupuję u ulicznego sprzedawcy aloo tikki, ziemniaczane kotleciki z warzywnymi dodatkami, i czekam, aż na dachu znajdzie się roczna produkcja herbaty z całego kraju. Ściemnia się już, gdy wreszcie ruszamy na wschód, do Kalkuty. Usadowiwszy się, niczym w tandetnym filmie, pomiędzy kozą a kurami, szybko zasypiam przy bollywodzkiej muzyce rzężącej z wysłużonych głośników. Budzę się w nocy, pośrodku niczego, przekonany, że nadszedł czas na kolejną z wielu przerw, jakimi raczą nas hinduscy kierowcy. Po chwili widzę jednak pasażerów zbitych w tłum wokół lewego tylnego koła. Chwytam plecak i ruszam na inspekcję. Jadący ze mną Rosjanin dziwi się, że nie obudził mnie wybuch opony. Teraz grupka mężczyzn próbuje reanimować rozszarpane koło, pukając w nie patykiem. Nie przynosi to rezultatu. Pasażerowie rozkładają na ziemi koce i kładą się spać. Kierowca mówi, że może rano coś po nas przyjedzie. „Rano” brzmi jednak dość mgliście, wkrótce więc mknę już stopem w kierunku Kalkuty. Określenie „w kierunku” jest tutaj kluczowe, ponieważ nie do końca potrafię się dogadać z grupą robotników z małego busa. Nasz wspólny język obejmuje gesty i powtarzane przeze mnie w kółko słowo „Kolkata”, na które reagują śmiechem i potakiwaniem. Z opowiedzianych podczas jazdy historii nie rozumiem ani słowa, ostatecznie jednak wysadzają mnie na przedmieściach Kalkuty.

Miasto liczbą ludności ustępuje tylko New Delhi i Mumbajowi. Od razu widać, że nie dla wszystkich mieszkańców wystarcza tu pracy. Przedzierając się przez ulice w poobijanej, ale uroczej taksówce Hindustan Ambassador, dostrzegam znane indyjskie kontrasty o jeszcze większym niż zazwyczaj nasyceniu: luksusowe gmachy w budowie, oplecione rusztowaniami z powiązanych sznurkiem bambusowych tyk, rozkładające się cielska fabryk otoczone kartonowymi domkami pracowników, wycieńczonego rikszarza miniętego o włos przez różowe lamborghini – na ulicy żywcem przeniesionej z Londynu. Kalkuta była wszak w czasach kolonialnych jednym z głównych ośrodków brytyjskiej administracji. Wieczorem idę pod Victoria Memorial, wielki marmurowy gmach postawiony na cześć królowej. Otoczony zadbanym parkiem w stylu angielskim budynek przywołuje wspomnienia Tadż Mahal. Jest jego europejskim kuzynem, bardziej eleganckim i surowym. W środku zamiast mieniących się kolorami kamieni szlachetnych i tajemniczego wschodniego uroku wita mnie dostojne piękno galerii sztuki, pełnej pejzaży i starodruków. Czuję, że coś jest tutaj nie na miejscu – ale to poczucie wyobcowania jest bodaj najlepszą lekcją historii Indii, jakiej doświadczam w tej podróży. Po drodze do nieodległego planetarium Birla kupuję jedzenie na jednym ze straganów. Bengalska kuchnia to sztuka sama w sobie – pełna ryb, kokosa, curry czy bananów, zadowoli

gusta i wymagania każdego. Najedzony siadam w trącącej myszką sali. Obsługa planetarium ucisza zakochane pary niczym zgraję uczniaków. W konserwatywnych Indiach młodzi nie mają zbyt wielu miejsc, w których mogą spotkać się sam na sam i czuć swobodnie, przyszli więc raczej do kina niż na film. Uśmiecham się sam do siebie i patrzę na okręcający się wokół kopuły kosmiczny spektakl. Trzydzieści rupii to doprawdy niska cena za chwilę spokojnej drzemki w świetle gwiazd. r

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.