Bieszczady

NA LUDZI WYCHODZI SIĘ Z MGŁY W Bieszczadach bezczynne czekanie na lepszą pogodę to grzech. Zwłaszcza że błękitne niebo czasami odbiera górom magię

Podróże - - Pierwsza Strona - TEKST I ZDJĘCIA KAROLINA TOMAS

Polecamy najpiękniejsze trasy i noclegi z duszą

Słyszę śmiech. Nie mam pojęcia czyj – ścieżka ginie w gęstej mgle parę metrów przede mną. Zniknęły w niej też widoki, o których tyle czytałam. Szlak jest dziś prawie pusty. Dwie godziny wcześniej na parkingu w Ustrzykach Górnych oprócz naszego samochodu stały tylko dwa inne. Na słońce nie ma co liczyć, ale nie pada. A że jest chłodniej? Od razu chce się żwawiej maszerować. – Daleko jeszcze do Ustrzyk? – to ich śmiech przełamał wcześniej ciszę. Troje dwudziestoparolatków rozgrzewa się zawartością termosu. Nie taką odpowiedź chcieli usłyszeć, myśleli, że bliżej, ale nie psuje im to humorów. – A do szczytu Caryńskiej? – pytamy. – Jeszcze tylko kawałek, może kwadrans. Ale tam to dopiero wieje! – dodają tak wesoło, że wcale nie brzmi to jak przestroga.

Spacer w chmurach Czerwony szlak z Ustrzyk Górnych przez Połoninę Caryńską do Brzegów (Berehów) Górnych jest dobrze oznaczony i nawet we mgle nie sposób się zgubić. Najpierw śliska, błotnista ścieżka zaprowadziła nas do lasu. Tam podcho- dziło się łatwiej: bardziej ubite podłoże, pomocne korzenie i pnie, wyżej spore kamienie, po których momentami szliśmy jak po stopniach. Po mniej więcej półgodzinnym marszu w odosobnieniu dogoniła nas pięcioosobowa grupa. Szybko zniknęli we mgle, znowu zostaliśmy sami. Taka cisza uruchamia wyobraźnię. Wilgotna biel pochłonęła cały drugi plan – mogło się z niej wyłonić wszystko. Na krańcu lasu w pogodny dzień otworzyłaby się przed nami przestrzeń. Zobaczylibyśmy też, jak wysoko zaszliśmy. We mgle człowiek głupieje. Wysokość trzeba sobie wyobrazić, a odległość mierzyć czasem.

Smak wędrówki Mieli rację. Na szczycie Połoniny Caryńskiej (1297 m n.p.m.) wiatr przeciska się przez każdą szczelinę w ubraniu. Zamiast widoków podziwiam przesuwające się powietrze. Widzę je, mogę zanurzyć w nim dłoń. Zaczepiło się na rzęsach i włosach, zamroziło ich końcówki. Co z tego, że wzrok nie sięga dalej niż kilka metrów, satysfakcja ze zdobycia szczytu smakuje jak zwykle.

Przed nami niecała godzina zejścia. Może trochę więcej – stawiamy kroki bardzo ostrożnie, żeby błoto nie skróciło tego czasu o połowę. Aura odstraszyła nie tylko większość turystów, ale też wszystkich przewoźników, którzy zwykle czekają przy zejściach ze szlaków. Jesteśmy w Brzegach Górnych, samochód – prawie 10 km dalej. Maszerując, próbujemy zatrzymać każdy z przejeżdżających samochodów. Udaje się za trzecim razem, kilka kilometrów dalej.

W słońcu ciaśniej Dwa dni później na parkingu w Brzegach Górnych nie ma wolnych miejsc. Sznur samochodów ciągnie się wzdłuż szosy. Za niewielką opłatą możemy zaparkować na prywatnej działce, służącej częściowo za pole namiotowe. Mgła opadła, słońce osusza ścieżki, a do kasy przed wejściem na szlak ustawiła się kolejka. Podejście od strony Berehów jest strome właściwie od samego początku. Miarowym krokiem, bez pośpiechu docieramy do zielonego zbocza, z którego rozciąga się wspaniały widok na całą okolicę. To idealne miejsce na przerwę,

zwłaszcza że dalej ścieżka jest coraz bardziej stroma. Jestem przekonana, że od razu za tym wzniesieniem zobaczę Chatkę Puchatka (1228 m n.p.m.), legendarne bieszczadzkie schronisko. Rozczarowanie osładza szeroka panorama – od razu zapominam o wysiłku.

Luksusem jest atmosfera W latach 50. ubiegłego stulecia na Połoninie Wetlińskiej stanął wojskowy punkt obserwacyjny. Niedługo potem przejęło go PTTK. Nigdy nie było tu luksusów w postaci bieżącej wody, kanalizacji czy elektryczności. Mimo to chętnych na jedno z 20 miejsc noclegowych nie brakowało. Klimat tworzą przecież ludzie, a Chatką przez lata opiekował się Ludwik Pińczuk – legenda Bieszczad, w tych rejonach po prostu Lutek. Dwa lata temu schronisko znalazło się w rękach Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Na początku tego roku zamknięto je do odwołania z powodu choroby ajenta. Od kwietnia drzwi Chatki znów stoją otworem. W cieple czterech ścian można zjeść własny posiłek, kupić wrzątek, kawę i herbatę. Ale nie można już przenocować, chyba że w sytuacjach awaryjnych. Jaka przyszłość czeka najwyżej położone bieszczadzkie schronisko? Czas pokaże, na razie wiadomo, że w planach jest przebudowa. Wciąż ma służyć turystom, ale prawdopodobnie jako ośrodek edukacji przyrodniczej.

Dzikości nie mierzy się liczbą turystów Chatka nie jest dziś naszym celem. Planujemy przejść całym grzbietem Połoniny Wetlińskiej. Tłum przy niewielkim gmachu chwilowo studzi zapał, ale nie wszyscy powędrują dalej. Stracą to, za co kocham Bieszczady. Spacer połoninami nie jest tak męczący jak wspinaczka, a przestrzeń przywraca zduszony codziennością wewnętrzny spokój. To nie są wysokie góry, nie chodzi się tu po rekordy czy adrenalinę. To przede wszystkim spotkania z przyrodą – takich krajobrazów na próżno szukać w Tatrach, Pieninach, a nawet w innych częściach Beskidów. Bieszczady mają charakterystyczny układ pięter roślinnych: najniżej pogórze, dalej lasy regla dolnego, a powyżej 1200 m n.p.m. – połoniny. To nic innego jak całe połacie ubogiej murawy. Przez suche i ciepłe wiatry z południa nie wykształcił się tu świerkowy regiel górny. Ale do rozległości połonin rękę przyłożył człowiek. Przez kilka stuleci wypalano tutejsze lasy i wycinano zarośla, żeby powiększyć pastwiska. Choć ten wyjątkowy krajobraz w pewnym stopniu ukształtowali ludzie, dziś do Bieszczad przylgnęło miano najdzikszych gór w Polsce. Do Przełęczy Orłowicza (1099 m n.p.m.) maszerujemy jeszcze w dość licznym

gronie. Nic dziwnego – ten odcinek jest zaliczany do najpiękniejszych tras widokowych w Bieszczadach. Na przełęczy szlak się rozwidla. Można odbić tu w kierunku Wetliny, Zatwarnicy lub Jaworca. My wybieramy czerwony szlak na Smerek (1222 m n.p.m.). Od szczytu dzieli nas 20 minut marszu, od wsi o tej samej nazwie – dodatkowe dwie godziny. Smerek ma dwa wierzchołki. Szlak wiedzie tylko na niższy, z kilkoma ławkami przy metalowym krzyżu. Według niektórych źródeł ustawiono go tu, by upamiętnić śmierć turysty rażonego piorunem. Przykręcona do konstrukcji tabliczka informuje, że krzyż postawiono dla uczczenia 600-lecia archidiecezji przemyskiej. Do wsi schodzimy szybciej, niż się spodziewaliśmy. Z ulgą dostrzegamy busiki czekające na turystów. W słońcu wszystko wygląda inaczej. Czy lepiej? We mgle niewiele widać, ale góry można mieć prawie na wyłączność. Przy dobrej pogodzie widokami trzeba się dzielić. r

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.