Tajlandia

Podróże - - Pierwsza Strona - TEKST I ZDJĘCIA PIOTR MOJŻYSZEK

Poznaj królestwo Monów i bogactwo tajskich smaków

Idziemy zacienioną ścieżką dopiero kilka minut, ale w tym upale wydaje się, że trwa to całą wieczność. Gęsty, wilgotny las pachnie oszałamiająco. W końcu docieramy do małej polany otoczonej zieloną ścianą wysokiej na trzy metry trawy. Nagle gdzieś z boku wyłaniają się wielkie uszy. Chwilę później kilka potężnych słoni podąża w naszym kierunku. Ktoś krzyczy podekscytowany i robi zdjęcia, inni trochę przestraszeni zastanawiają się, czy nie uciekać. Zwierzęta machają uszami, powoli drepczą ścieżką i co chwila zatrzymują się, żeby skubnąć gałązkę i włożyć ją sobie trąbą do paszczy. Zachwyceni przyglądamy się, jak olbrzymy zgrabnie prześlizgują się przez gąszcz. Przewodnik zatrzymuje zwierzęta. Wszyscy gotowi, spakowane plecaki, zapas wody, kanapki – ruszamy na wyprawę! Nie czeka nas jednak safari na grzbiecie słonia. Elephant Haven to bowiem park, którego motto brzmi: „Now no riding, no shows, only love” (Koniec jeżdżenia, koniec show, tylko miłość)! Jego twórcy zachęcają: „Odwiedź nas, żeby zadbać o słonie i dowiedzieć się o nich więcej”.

Słonie na emeryturze. Żeby zrozumieć, jak ważne w kulturze tajskiej są te zwierzęta, trzeba cofnąć się w czasie o wiele wieków. Zapisały się na kartach historii, bo od zawsze walczyły u boku władców, nieraz wygrywając wojny. Uważano je za święte i otaczano czcią. Do dziś biorą udział w ważnych wydarzeniach państwowych i religijnych. Słonie, choć hołubione, były jednak tresowane i wykorzystywane do pracy. Kiedy pojawili się turyści, szybko stały się jedną z najważniejszych atrakcji kraju. Każdy chciał przejechać się po dżungli na grzbiecie olbrzyma. Rozwinęła się nowa gałąź turystyki i zaczęła udręka zwierząt. Dzisiaj powoli sytuacja się zmienia. Sai Yok Elephant Park powstał w 1997 r. i zajmowano się w nim głównie tresurą. Organizowano pokazy oraz przejażdżki po dżungli. Musiało minąć 18 lat, by szef parku zrozumiał, że dzieje się coś złego, i założył Elephant Haven. – Dzisiaj już się nie jeździ na słoniach – przekonują mnie pracownicy parku. – Nie tresujemy ich. Teraz o nie dbamy i chcemy im zapewnić spokojną starość. Spaceruję po lesie i przyglądam się turystom, którzy karmią zwierzęta, głaszczą je, robią zdjęcia. Nad rzeką wielkie poruszenie – kilka olbrzymów pływa, a młodzi ludzie je myją. Kiedy pytam opiekuna, czy będą sprowadzać nowe zwierzęta, odpowiada, że słonie spędzają tu swoją emeryturę. Gdy umrą, park zostanie zamknięty. Nic, tylko trzymać go za słowo.

Wśród Monów. Nie słychać klaksonów, pędzących motorów ani muzyki. Mój pokój faluje delikatnie, unosząc się na wodzie. Wprost z tarasu obserwuję poranną mgłę nad rzeką Kwai. W rześkim o poranku powietrzu słychać jedynie dźwięczne śpiewy ptaków. Jestem w prowincji Kanchanaburi,

Filozofia Wschodu uczy, żeby szukać równowagi. Dlatego po kilku emocjonujących dniach w Bangkoku warto zatopić się w ciszy i spokoju prowincji Kanchanaburi

Jajka fermentują nawet kilka lat w mieszance gliny, soli, herbaty, ryżu, wapna i wody. Kiedyś używano końskiej uryny

jakieś 150 km na zachód od Bangkoku. To mało zaludniony rejon, poprzecinany pasmami górskimi, szczelnie porośniętymi przez bujne lasy deszczowe. Wciąż można tu spotkać dziko żyjące słonie indyjskie, tygrysy czy mundżaki. Pomiędzy pofalowanymi wapiennymi wzgórzami wiją się dwie najważniejsze rzeki prowincji: Kwai Yai – Duży Dopływ, i Kwai Noi – Mały Dopływ. Są ważną częścią historii i nieodłącznym elementem krajobrazu. Wczesnym rankiem długą łodzią ruszam z moją przewodniczką Thipi w górę rzeki Kwai Noi. Strome skaliste zbocza opadają wprost do wody. Za kolejnym zakolem, kiedy słońce zaczyna już mocno piec, przybijamy do brzegu. Wąska zacieniona ścieżka wiedzie pod górę. Po drodze na małej polance mijamy buddyjską stupę z ogromnym lwem. Thipi tłumaczy, że to świątynia Monów. Szybko dochodzimy do pierwszej osady. Domy zbudowane na palach rozrzucone są na szerokiej polanie. Monowie zamieszkują te tereny od dawna, kiedyś stworzyli nawet królestwo Dwarawati. Dzisiaj częściowo się zasymilowali, w Tajlandii jest ich ok. 4 mln. – Jesteśmy pokojowo nastawieni do świata i pewnie dlatego nie mamy swojego państwa – opowiada Sam, który zaprosił nas na kawę. – Jedyne, co możemy zrobić dla naszych dzieci, to starać się zachować nasze zwyczaje. Młodzi lubią spodnie i T-shirty, które wkładają, gdy jadą do miasta, ale w wioskach chodzą w tradycyjnych strojach. Mamy komputery i telefony, ale z zainstalowa- nym naszym językiem. Bardzo o niego dbamy, bo zaczyna zanikać – Sam pociąga łyk kawy i mówi dalej: – W ciągu roku obchodzimy wiele świąt związanych z naszą religią i historią. Uczymy dzieci, że są Monami. Może tak uda się nam przetrwać. Dalej droga wiedzie skalną półką, a w dole co chwila widzimy meandrującą rzekę. Po godzinie błotnisty szlak zmienia się w wyłożoną kamieniami ścieżkę wijącą się wśród palm i kwiecistych krzewów. Nad naszymi głowami zwisa cały system lin, kładek, pomostów i siatek zawieszonych w koronach drzew. Nazwa parku tłumaczy wszystko: Tree Top Adventure – przygoda w koronach drzew. Po krótkim szkoleniu zakładam kask, uprząż i ruszam na trasę. Początek jest

Witają nas Monowie z twarzami wymalowanymi na biało. Mnie też smarują thanaką chroniącą przed słońcem i insektami

łatwy, a samo oglądanie lasu ze szczytów drzew dostarcza ogromnych wrażeń. Jednak dalej zaczynają się chwiejące się mosty i kilkumetrowe skoki w dół. Po dwóch godzinach, zupełnie pochłonięty podniebną wędrówką, staję przed ostatnim zjazdem. Dobrze się tak zatrzymać i posłuchać dźwięków lasu, porozglądać za dzioborożcami. W końcu skaczę i sunę 200 m nad taflą jeziora. Późnym popołudniem zatrzymujemy się jeszcze na lunch w wodnej osadzie. Nie ma tu prądu ani internetu. Są za to lampki naftowe, cisza i mnóstwo zieleni. W każdym domku unoszącym się na wodzie jest sypialnia, toaleta i wielki taras z huśtawką oraz widokami na rzekę i las. Witają nas Monowie z wymalowanymi na biało twarzami. Mnie też od razu smarują twarz thanaką – pastą z drzewa sandałowego, która chroni przed słońcem i insektami. Na stole czekają dymiący gar ryżu i misy pełne curry. Potem wskakujemy do wody i spływamy w dół rzeki – jak kto woli: tratwą, kajakiem albo po prostu płynąc żabką.

Królestwo smaków. Wracam do stolicy. Bangkok to miasto wodnych kanałów. Niegdyś były głównymi arteriami – tu toczyło się całe życie. Dzisiaj widać, że czasy ich świetności minęły. W zakamarkach wciąż jednak można odkryć coś ciekawego. Moja łódź zatrzymuje się przy drewnianym pomoście. Szerokim uśmiechem wita mnie Kim i zaprasza do swojego królestwa. Po przekroczeniu bramy znikają brud i kiepski zapach kanałów. Wnętrze wydaje się magicznym zakąt- kiem schowanym w środku wielkiego miasta. Wszędzie pną się krzewy, z zieleni wystają kwiaty, a pod nogami wije się serpentynami strumyk z ciekawskimi rybkami. Pachną zioła. Kim wręcza mi zerwany żółty kwiat. – To ratchaphruek, narodowy kwiat Tajlandii – opowiada i częstuje mnie słodkim syropem. – Ten napój podajemy zawsze na powitanie gości, robimy go z suszonych owoców klejowca. Doskonale nadaje się też na konfitury i jest najlepszym remedium na dolegliwości żołądkowe – dodaje i zaprasza mnie do ogrodu. Następne godziny upłyną nam na poznawaniu działania ziół, połączeń smaków, wykorzystywaniu przypraw i odkrywaniu podstaw tajskiej kuchni. Mimo że Kim wszystko po kolei tłumaczy i pokazuje, jak

przyrządzić potrawy, zapamiętuję tylko, że: ryż to symbol życia, noodle soup można dostać 24 godziny na dobę, cynamon rozgrzewa i oczyszcza tak jak imbir, a mango jest królem owoców i ma wszystkie pięć smaków. Później dostaję przepisy i wszystko muszę ugotować sam. Przygotowuję zupę, sataye (szaszłyki z kurczaka), pikantną sałatkę i deser. Na koniec pytam o różowe jajka, które widziałem na straganie. – To khai yiao ma, czyli „końskie siuśki”, tak je nazywamy – tłumaczy rozbawiona. – Te jajka fermentują nawet kilka lat w mieszance gliny, soli, herbaty, ryżu, wapna i wody. Kiedyś używano końskiej uryny, żeby przyspieszyć proces, i stąd ta nazwa. Smakują doskonale i często są stosowane jako lekarstwo.

60 pięter. Tu nie podaje się „końskich siuśków”, za to trzeba się wcześniej umówić i dobrze ubrać. Klapki czy spodenki odpadają. Musisz być punktualnie, tylko jak to zrobić w Bangkoku? Wszędzie korki i tłok. Pędzę, muzyka i klaksony huczą w uszach. Marzę tylko o jednym – żeby choć na chwilę powiał chłodniejszy wiatr, żeby ucichło i żeby pojawiło się trochę przestrzeni. Po godzinie szalonej jazdy staję wykończony przed wieżowcem Lebua. Ochrona sprawdza nazwisko i zaprasza do windy. Wchodzę i mam czas na uspokojenie – czekają mnie 63 piętra jazdy. Wychodzę i widzę wąski korytarz oświetlony świecami. Na końcu otwierają się drzwi do restauracji Sirocco. Robię kilka kroków i zastygam z otwartymi ustami. Podziwiam widok na cały Bangkok z góry – ulicami płyną rzeki samochodów, po kanałach suną łodzie, pociągi pędzą naziemnymi tunelami. Chłodny wilgotny wiatr muska twarz, a chmury płyną lekko obok. W końcu siadam, zamawiam lampkę białego wina i patrzę przed siebie z radością. Niechcący słyszę rozmowę przy sąsiednim stoliku. Młoda Tajka tłumaczy turyście: – Jeśli chcesz w Tajlandii dobrze się bawić i odpocząć, to koniecznie pojedź na wyspy. Najbardziej popularne to Koh Phangan albo Koh Phi Phi, zachwycą cię. Ale jeśli interesuje cię nasz kraj, ludzie i kultura, to koniecznie musisz zostać w Bangkoku i potem pojechać do Chiang Mai, najbardziej znanego miasta świątyń – kończy. A ja popijam wino i zastanawiam się, czy można podróżować bez „naj”. Czy w Tajlandii jest jeszcze dużo miejsc, w których z dala od turystycznego szaleństwa da się ją po prostu niespiesznie poznawać? r

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.